
DZIEJE ZAMKU
Zamek w Bierutowie, dziś skromny i nieco zapomniany, pozostający w cieniu bardziej rozpoznawalnych rezydencji Dolnego Śląska, powstał prawdopodobnie w pierwszej połowie XIV wieku, za panowania księcia Konrada I (zm. 1366) – energicznego potomka głogowskich Piastów, który zasłynął z ambicji terytorialnych i konsekwentnego umacniania swojej dzielnicy. Impulsem do budowy warowni była zmiana właściciela: Henryk Brzuchaty (zm. 1296), książę o przydomku, który więcej mówi o jego sylwetce niż o zasługach, i jeszcze mniej godnej pozazdroszczenia pozycji politycznej, zrzekł się praw do tej części księstwa wrocławskiego – najpewniej nie z własnej inicjatywy, lecz pod wpływem okoliczności, które nie znosiły sprzeciwu. Na jego miejsce wkroczyli książęta głogowsko-oleśniccy, którzy potrzebowali nie tylko pieczęci i dokumentów, ale też murowanego znaku władzy. I tak pojawiła się potrzeba nowej siedziby – solidnej, reprezentacyjnej, na miarę ambicji nowej dynastii.

Pierwotny zamek bierutowski, w swej gotyckiej wersji, prezentował się raczej powściągliwie. Miał formę prostokątnego pałacu, ujętego w mury obronne, oraz wieży dostawionej od północy – masywnej, kwadratowej, nieco surowej w wyrazie. Przez niemal dwa stulecia gmach ten nie wybijał się ani militarnie, ani reprezentacyjnie. Służył jako jedna z wielu rezydencji książęcych urzędników – wygodna, lecz pozbawiona większego znaczenia.
Marginalizacja Bierutowa miała swoje przyczyny. Miasto leżało na uboczu głównych szlaków handlowych, a jednocześnie w niepokojąco bliskim sąsiedztwie stołecznej Oleśnicy – ośrodka silniejszego, zamożniejszego i atrakcyjniejszego z punktu widzenia książęcej strategii. Trudno się dziwić zatem, że dwór i inwestycje kierowały się właśnie tam.

Dodatkowo XV wiek nie oszczędził miasta. Najazd husytów Husytyzm – ruch religijny i polityczny zapoczątkowany przez Jana Husa, którego zwolennicy w 1417 ogłosili Cztery artykuły praskie w których domagali się m.in. sekularyzacji dóbr kościelnych i komunii pod dwiema postaciami. Po 1415 roku, gdy stany czeskie wyraziły publicznie swój protest wobec spalenia na stosie Jana Husa, przybrał formę ruchu politycznego, stał się powodem rewolty w Czechach, a następnie obronnych wojen husyckich. w 1430 roku, klęska głodu w połowie stulecia i niszczycielski pożar z 1474 roku – który pochłonął trzy czwarte zabudowy – dopełniły obrazu peryferyjnego ośrodka, któremu los nie szczędził prób, ale poskąpił nagród. Bierutów, choć zamek miał, do wielkiej historii nie wszedł przez główne wrota – raczej przemykał bocznym wejściem, przyglądając się z dystansu, jak inni rozdają karty.

W kolejnych dekadach pojawiają się już bardziej swojskie formy, choć nadal nie do końca ustabilizowane. W dokumentach z 1268 roku miejscowość figuruje jako ante civitatem Beroldi, a później jako Beroldestat i Berodestat (oba warianty z 1288 roku). Wszystko wskazuje na to, że źródłem tych nazw było imię Bernhard, a właściwie jego skrócona forma: Berold lub Berol. W niektórych przekazach imię to łączone jest z postacią margrabiego Bertholda, ojca św. Jadwigi, księżnej Śląska, choć – jak to często bywa w takich przypadkach – dowodów jest mniej niż hipotez.
W sporządzonej na przełomie XIII i XIV wieku łacińskiej księdze Liber fundationis episcoptus Vratislaviensis, powstałej za rządów biskupa Henryka z Wierzbna, miejscowość pojawia się w wersji Lignite – formie zlatynizowanej, ale jeszcze rozpoznawalnej. Później dominować zaczęły już nazwy bardziej zdecydowane w brzmieniu niemieckim: Bernstadt (1329), Bernstad (1419), Bernstat (1579), a pod koniec XVIII wieku – Bierutow (1781). Ostatnia z niemieckich wersji, Bernstadt in Schlesien, przetrwała aż do 1945 roku.

Gdy w 1492 roku zmarł Konrad Biały, ostatni z piastowskich książąt oleśnickich, zakończyła się lokalna gałąź jednej z najstarszych dynastii Europy. Bez większych dramatów, bez bitew o sukcesję – historia po prostu zamknęła drzwi, lekko skrzypiąc zawiasami. Trzy lata później, z decyzji króla Czech
Władysława Jagiellończyka
, Bierutów – z zamkiem w pakiecie – trafił w ręce Henryka I z Podiebradów (zm. 1498), przedstawiciela czeskiego rodu, który coraz mocniej zaznaczał swą obecność na Śląsku.

Na początku nie zapowiadało się, że Bierutów stanie się czymś więcej niż kolejną punktacją na mapie księstwa. Sam zamek trwał, ale raczej w cieniu bardziej znaczących siedzib. Zmieniło się to dopiero za czasów wnuka Henryka I – Henryka II (zm. 1548). Między 1534 a 1540 rokiem, z jego inicjatywy, zamek przeszedł gruntowną przebudowę: z obronnej bryły zrobiła się wygodna rezydencja w stylu renesansowym – z arkadami, proporcjami i odrobiną południowego wdzięku. Krótko mówiąc – przestał odstraszać, zaczął zapraszać.
Sęk w tym, że entuzjazm do Bierutowa nie był dziedziczny. Następcy nie darzyli miejsca szczególnym sentymentem. Zamek kilkakrotnie oddawano pod zastaw – m.in. rodzinie von Schnidel w latach 1574–1604 – co może i było opłacalne, ale na pewno nie służyło prestiżowi. Rezydencja zaczęła tracić na znaczeniu, powoli zjeżdżając z pozycji „książęcej siedziby” do roli „niezłego adresu na prowincji”.

DZIŚ ZOSTAŁO TYLKO SKRZYDŁO POŁUDNIOWE, WIEŻA I PORTAL BRAMNY – WSZYSTKO TROCHĘ ZMĘCZONE ŻYCIEM, ALE WCIĄŻ NA NOGACH.
Jakby tego było mało, w 1603 roku miasto strawił pożar, który dosięgnął także zamku. Spłonęła część wschodniego skrzydła – najstarszego i najbardziej pamiętliwego. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby historia miała się urwać w popiele, ale jeszcze raz odezwał się głos z rodu Podiebradów.
Henryk Wacław
(zm. 1639), widząc zniszczenia, postanowił nie tylko naprawić szkody, ale i odmienić całą przestrzeń. W latach 1622–1624 zamek zyskał nowe skrzydła – wschodnie i południowe – ustawione względem siebie pod kątem prostym, trzykondygnacyjne, z arkadowymi gankami otwartymi na dziedziniec. Wieża została podniesiona – może nie po to, by widzieć więcej, ale żeby robić większe wrażenie.

DZIŚ ZAMIAST OGRODÓW MAMY DZIKI PARK Z JABŁONKAMI, ZE WSCHODNIEGO SKRZYDŁA ZOSTAŁO TYLKO WESTCHNIENIE, A POŁUDNIOWE WCIĄŻ STOI – CHOĆ WYGLĄDA, JAKBY CODZIENNIE MODLIŁO SIĘ O GENERALNY REMONT.
Spokój nie trwał długo. W 1618 roku wybuchła wojna trzydziestoletnia, a z nią przyszły grabieże, zniszczenia i wszystko to, co zazwyczaj odbiera zamkom urok. Bierutów nie był wyjątkiem – oberwało się i miastu, i jego rezydencji. Gdy w 1647 roku wygasła dynastia Podiebradów, zamek znów zmienił właściciela. Tym razem trafił w ręce Kristiana Ulryka Wirtemberskiego (zm. 1704), który – ku zaskoczeniu wielu – nie tylko objął majątek, ale postanowił go jeszcze rozbudować.

Zamek znów urósł – dosłownie. Do budynków mieszkalnych dodano po kondygnacji, do południowego skrzydła dobudowano efektowny, barokowy portal, a od strony miasta stanęła nowa, ozdobna brama. Całość zaczęła znów wyglądać jak coś więcej niż tylko lokalna ciekawostka. Na tyłach powstały też ogrody – niewielkie, ale dobrze zaprojektowane, pewnie po to, by właściciele mogli czuć się trochę jak u siebie, a trochę jak w miniaturowej wersji Wersalu.

Po kilku kolejkach, najwyraźniej przekonani o własnej nieśmiertelności, wznieśli toast nie byle jaki – za zdrowie diabła. Bo skoro wojna to piekło, to może warto mieć układy z kierownikiem.
Ledwo wypowiedzieli te słowa, zorientowali się, że przy stole siedzi czwarty. Nieproszony, z oczami jak węgiel w kuźni, dolał im jeszcze po kielichu i poprosił, by powtórzyli. Posłuchali – bo odwaga pijana nie odróżnia gestu od błędu.
Tym razem odpowiedź była natychmiastowa. Siła – trudna do nazwania, łatwa do zapamiętania – uniosła ich w górę i rzuciła o podłogę jak worki kartofli. Stracili przytomność. Rano nie przypominali wojaków, raczej trzy blade resztki.
Opowieść szybko rozeszła się wśród kompanów. Podobno otrzymali pocałunek diabła. Niedługo później zginęli w błahej potyczce – bez chwały, bez oporu, bez sensu. Ktoś skwitował, że diabeł po prostu zabrał to, co jego.

Po śmierci
Karola Christiana Erdmana
(zm. 1792), ostatniego z wirtemberskiej linii książąt oleśnickich, zamek w Bierutowie stracił już nie tylko właściciela z ambicjami, ale też resztki opieki, jaką jeszcze cieszył się w XVIII wieku. Pod koniec stulecia, opuszczony i wyraźnie podupadły, został przekształcony w siedzibę nadleśnictwa. Był to krok praktyczny, choć niezbyt romantyczny – książęce apartamenty zamieniono na biura, a zamiast dekoracyjnych herbów zawisły rozporządzenia o wyrębie.

ZAMEK WCIĄŻ ZAMIESZKAŁY, OTOCZONY CODZIENNOŚCIĄ – JESZCZE NIE W RUINIE, ALE JUŻ POZA EPOKĄ SWEJ ŚWIETNOŚCI
W kolejnych dziesięcioleciach inwestowano w zamek tyle, ile absolutnie trzeba – co zresztą szybko dało o sobie znać. W 1829, a potem ponownie w 1852 roku, zawaliły się części arkadowych ganków, które zastąpiono prostszymi, drewnianymi konstrukcjami. O odbudowie w dawnym stylu nikt już wtedy nie myślał – liczyło się, by nie przeciekało i nie groziło zawaleniem.

Pod koniec XIX wieku uznano, że nie ma sensu ratować wszystkiego. Zrujnowane wschodnie skrzydło rozebrano, za to południowe odnowiono gruntownie i – co ciekawe – przeznaczono do dyspozycji pruskiemu następcy tronu z rodu von Hohenzollern. Los bywa przewrotny: to, co kiedyś było książęcą siedzibą z wyboru, stało się rezydencją z przydziału.

Druga wojna światowa obeszła się z zamkiem zaskakująco łagodnie. Przetrwał bez większych zniszczeń, co – jak na Dolny Śląsk – było raczej wyjątkiem niż regułą. Po wojnie, przez kilka kolejnych dekad, zamek ponownie pełnił funkcję administracyjną. Mieściły się tu biura Nadleśnictwa Bierutów, a w latach 80. część pomieszczeń zajęło przedszkole o wdzięcznej nazwie Leśne Duszki. Z czasem budynek trafił pod zarząd Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej, a znajdujące się w nim lokale przekazano do dyspozycji Rejonu Budynków Komunalnych. Zamek, który przez wieki był siedzibą książąt, gospodarzyli teraz zarządcy lokali użytkowych – nieco mniej majestatyczni, ale z pewnością równie skuteczni w pilnowaniu ciepłej wody i czynszu.

W roku 2005 stan techniczny zamkowej wieży w Bierutowie przestał już budzić wątpliwości i zaczął budzić obawy — konstrukcja wyraźnie się przechylała, a katastrofa budowlana z teoretycznej stawała się całkiem realną opcją. Ostatecznie zdecydowano się na operację specjalną z udziałem dźwigu, który bez większych ceregieli zdjął zabytkową kopułę z głowy wieży. Całość przypominała nieco zabieg neurochirurgiczny na pacjencie w śpiączce: ryzykowny, ale konieczny.
Podczas demontażu natrafiono na coś znacznie ciekawszego niż kruszące się belki — w kuli umieszczonej na szczycie dawnego hełmu znajdowały się dokumenty podpisane przez administratora zamku, von Hahna, kilka gazet sprzed lat oraz garść monet. Był to typowy zestaw: coś do przeczytania, coś do przeliczenia i ktoś, kto się podpisał. Wszystko wskazywało na to, że przed laty pomyślano o tych, którzy kiedyś przyjdą i zajrzą tam z ciekawości — i jak widać, miano rację.

Już w kolejnym roku rozpoczęto budowę nowej kopuły. Zrekonstruowany hełm wrócił na miejsce w 2007 roku, a z nim – tradycja pozostawiania śladu po sobie. Tym razem w nowej kuli umieszczono aktualne fotografie Bierutowa, kilka monet, kopie dawnych dokumentów oraz współczesny akt — z kosztorysem odbudowy, nazwiskami ówczesnych radnych i burmistrzów, oraz krótkim opisem tego, co, kto i za ile. Jednym słowem: pakiet startowy dla przyszłego badacza lokalnej historii lub konserwatora zabytków.

STAN OBECNY
Z dawnego, dwuskrzydłowego założenia zamkowego w Bierutowie najlepiej przetrwała pięciokondygnacyjna wieża – w dolnej części kwadratowa, wyżej przechodząca w ośmiobok, dziś zwieńczona barokowym hełmem z podwójną latarenką. To eleganckie nakrycie głowy, choć współczesne, zgrabnie nawiązuje do historycznego kostiumu budowli. Wieża pierwotnie łączyła się z gotyckim skrzydłem wschodnim, które wyburzono pod koniec XIX wieku. Dziś stoi samotnie, wkomponowana jedynie w resztki murów obwodowych – obdrapanych, pokiereszowanych, przypominających raczej nieczytelny przypis do historii niż dawną architektoniczną całość.

Obecny stan południowego skrzydła zamkowego dopełnia tego obrazu z bolesną dosłownością. Trudno powiedzieć, co bardziej przyciąga wzrok: szlachetna, choć zmęczona bryła dawnej rezydencji, czy może przytulone do niej z czułością garaże o estetyce końca PRL-u. Sam budynek sprawia wrażenie, jakby funkcjonował siłą rozpędu – z balkonem na granicy zapaści, oknami jak z urzędowego snu i portalem, który desperacko walczy o resztki godności wśród odpadającego tynku. Dawniej „miejsce z klasą”, dziś raczej dekoracja z zapomnianego planu filmowego – tyle że nikt nie przewidział ekipy sprzątającej po zdjęciach.

Pozostałe elewacje zostały znacząco uproszczone, część okien zamurowano, a dawna symetria rozmyła się we mgle powojennej prowizorki. Na szczęście zachowały się renesansowe obramienia niektórych okien i drzwi — profilowane, eleganckie, dyskretne w swojej urodzie, jakby z zażenowaniem patrzyły na to, co się wokół nich porobiło, i próbowały ratować całość od zupełnej nijakości. Wnętrza dolnej kondygnacji kryją kolebkowo sklepione pomieszczenia, które wciąż dają wrażenie solidności – choć dziś służą raczej jako smutny dowód, że z historią można mieszkać pod jednym dachem, nie zauważając jej istnienia.

Do dziś przetrwała barokowa brama z 1680 roku, prowadząca z miasta na dziedziniec zamkowy – trzyosiowa, ceglana, potynkowana, osadzona na styku z dawnym murem zamkowym. Przez lata zaniedbana, obrastała brudem i byle czym – przez pewien czas pełniła wręcz rolę kulisy dla wiecznie przepełnionych śmietników, z których zawartość ochoczo rozpełzała się u jej stóp. Na szczęście w końcu została odrestaurowana, dzięki czemu odzyskała część dawnego charakteru. Jej główny przejazd flankują kompozytowe kolumny na wysokich cokołach, a nad nimi – jak przystało na miejsce z ambicjami – widnieje książęca mitra. Całość robi przyzwoite wrażenie: może nie zatrzymuje w zachwycie, ale na tle reszty potrafi wypaść całkiem godnie.


Z dawnych murów obronnych zachowały się jedynie fragmenty – miejscami ledwie zarys, miejscami zaskakująco solidne, jak na coś, co najwyraźniej od lat nikomu nie przeszkadza. Ich stan wymaga nie tyle przymrużenia oka, co raczej zaciśnięcia powiek. Otoczenie? Trudno powiedzieć, czy to jeszcze zieleń, czy już ekosystem przypadkowości: chaszcze, śmieci, prowizorki i estetyka w wersji „co się akurat nawinęło”. Jeśli coś tu kiedyś miało bronić zamku, to dziś najwyżej broni się resztką godności.
Od południa do zamku przylega niewielki park krajobrazowy, założony w XIX wieku na miejscu wcześniejszych ogrodów – tych dawnych, zamkowych, których ślady dziś można co najwyżej sobie wyobrazić. Zajmuje około 1,2 hektara i choć zachował podstawowy układ, trudno mówić o uroku. Zaniedbany, zarośnięty, pełen przypadkowej zieleni, przypomina raczej teren do przejścia niż przestrzeń do spacerów.

Zamek, choć stoi, nie jest udostępniony do zwiedzania. Można go obejść, można westchnąć, można się zastanowić, ile jeszcze przetrwa. Na razie trwa – milcząco, z godnością i lekkim zmarszczeniem brwi.
Całość obejrzymy w piętnaście minut – z dokładką na miasteczko zmieścimy się w godzinie, bez wysiłku.
Z psami można tu spokojnie spacerować, choć one raczej nie będą pod wrażeniem. Ludzie zresztą też nie.

DOJAZD
Do Bierutowa najwygodniej dotrzeć przez Wrocław lub Oleśnicę – oba miasta oferują dobre połączenia, a autobusy PKS zatrzymują się tuż przy zamku, co samo w sobie brzmi jak dobrze zaplanowany finał podróży. Jeśli wybieramy pociąg, dojście z dworca PKP zajmuje około dziesięć minut – krótki spacer przez miasto, wystarczający, by rozejrzeć się po okolicy, zanim na horyzoncie pojawi się wieża. Zamek leży we wschodniej części starego miasta, nieco na uboczu, ale bez przesady – wystarczy skręcić w odpowiednią stronę, by trafić bez błądzenia.
Samochód można zaparkować tuż przy wieży zamkowej albo, jeśli tam braknie miejsca, przy Rynku – oba warianty są równie wygodne i w zasięgu krótkiego spaceru.
WARTO ZOBACZYĆ
Na opustoszałym Rynku w Bierutowie, gdzie kiedyś stały zabytkowe kamienice, dziś króluje samotna wieża – ostatni świadek dawnych ambicji miejskich. Pochodzi prawdopodobnie z XV wieku i jest jedyną zachowaną częścią ratusza, który przestał istnieć w wyniku działań wojennych w 1945 roku, kiedy to wojska radzieckie potraktowały centrum miasta bez większego sentymentu.
Wieża zbudowana jest na planie kwadratu, przechodzi w ośmioboczną podstawę, na której niegdyś spoczywał hełm, a dziś znajduje się balustrada. Podczas remontu w 2006 roku zamontowano zegar, który codziennie odgrywa hejnał Bierutowa – skomponowany przez jednego z mieszkańców, co czyni go prawdopodobnie najbardziej lokalnym hejnałem w regionie.

Dziś Rynek przypomina raczej plac ćwiczeń przestrzennych niż historyczne serce miasta. Jednak przy wieży znajduje się tablica informacyjna ze starym zdjęciem – i dopiero ono pozwala dostrzec, jak wyglądał Bierutów, zanim został „uporządkowany” przez historię i zaniechanie. Ratusz przez stulecia ulegał pożarom, był odbudowywany, ostatni raz w XIX wieku – i ostatecznie zniknął w 1945. Została tylko wieża.

Kościół pw. św. Katarzyny Aleksandryjskiej, usytuowany nieco na południe od zamku, to najstarszy z bierutowskich zabytków. Wzniesiony przed 1300 rokiem jako świątynia gotycka, przez stulecia pełnił różne funkcje – był m.in. kościołem zamkowym, od 1543 roku służył wspólnocie ewangelickiej, a w 1982 roku został przejęty przez parafię rzymskokatolicką. Historia nie była dla niego łaskawa: pożary, zniszczenia wojenne, przekształcenia, a nawet epizod magazynowy w PRL-u, który trwał do 1976 roku.
Bryła kościoła zachowała jednak swój wyrazisty charakter. To trójnawowa, orientowana bazylika gotycka, z czteroprzęsłowym prezbiterium, masywną kwadratową wieżą w północno-zachodnim narożniku i zakrystią przy południowo-wschodniej części prezbiterium. Wnętrze zdobią sklepienia kolebkowe i kolebkowo-krzyżowe z lunetami, utrzymane w ostrołukowym rytmie gotyku.
Wyposażenie, w większości barokowe, pochodzi z XVII wieku i przetrwało mimo burzliwych dziejów. Na uwagę zasługuje główny ołtarz z 1661 roku, z przedstawieniami Ostatniej Wieczerzy i Ukrzyżowania Chrystusa. Obok niego zachowały się także: ambona, loża książęca, stalle i roślinna dekoracja malarska – wszystko to elementy, które łączą świątynię z czasami, gdy była nie tylko miejscem kultu, ale i ważną częścią reprezentacyjną książęcego otoczenia.

ZAMKI W POBLIŻU
- Namysłów – zamek królewski z XIV w., 13 km
- Oleśnica – zamek książąt oleśnickich z XIV-XVII w., 16 km
- Jelcz – ruina zamku rycerskiego z XIV w., 26 km
- Oława – zamek książęcy z XIV w., zachowany częściowo, 29 km
LITERATURA
- B. Guerquin: Zamki w Polsce, Arkady 1984
- I. T. Kaczyńscy: Zamki w Polsce południowej, Muza SA 1999
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Studio Arta 2009
- R. Rogiński: Zamki i twierdze w Polsce. Historia i legendy, IWZZ 1990