BIERUTÓW

pozostałości zamku książęcego

ZAMEK W BIERUTOWIE – ZABYTEK TAK AUTENTYCZNY, ŻE DOSŁOWNIE ROZSYPUJE SIĘ W RĘKACH

DZIEJE ZAMKU


Zamek w Bierutowie, dziś skrom­ny i nie­co za­po­mnia­ny, po­zo­sta­ją­cy w cie­niu bar­dziej roz­po­zna­wal­nych re­zy­den­cji Dol­ne­go Ślą­ska, po­wstał praw­do­po­do­bnie w pier­wszej po­ło­wie XIV wie­ku, za pa­no­wa­nia księ­cia Kon­ra­da I (zm. 1366) – ener­gicz­ne­go po­tom­ka gło­gow­skich Pia­stów, któ­ry za­sły­nął z am­bi­cji te­ry­to­rial­nych i kon­se­kwent­ne­go umac­nia­nia swo­jej dziel­ni­cy. Im­pul­sem do bu­do­wy wa­row­ni by­ła zmia­na wła­ści­cie­la: Hen­ryk Brzu­cha­ty (zm. 1296), ksią­żę o przy­dom­ku, któ­ry wię­cej mó­wi o je­go syl­wet­ce niż o za­słu­gach, i jesz­cze mniej god­nej po­za­zdro­szcze­nia po­zy­cji po­li­tycz­nej, zrzekł się praw do tej czę­ści księ­stwa wro­cław­skie­go – naj­pew­niej nie z wła­snej ini­cja­ty­wy, lecz pod wpły­wem oko­licz­no­ści, któ­re nie zno­si­ły sprze­ci­wu. Na je­go miej­sce wkro­czy­li ksią­żę­ta gło­gow­sko-ole­śnic­cy, któ­rzy po­trze­bo­wa­li nie tyl­ko pie­czę­ci i do­ku­men­tów, ale też mu­ro­wa­ne­go zna­ku wła­dzy. I tak po­ja­wi­ła się po­trze­ba no­wej sie­dzi­by – so­lid­nej, re­pre­zen­ta­cyj­nej, na mia­rę am­bi­cji no­wej dy­na­stii.

WSCHODNIA BRAMA ZAMKU W BIERUTOWIE – ZAPRASZA SERDECZNIE, ALE BEZ PRZESADY

Pierwotny zamek bie­ru­tow­ski, w swej go­ty­ckiej wer­sji, pre­zen­to­wał się ra­czej po­wścią­gli­wie. Miał for­mę pro­sto­kąt­ne­go pa­ła­cu, uję­te­go w mu­ry obron­ne, oraz wie­ży do­sta­wio­nej od pół­no­cy – ma­syw­nej, kwa­dra­to­wej, nie­co su­ro­wej w wy­ra­zie. Przez nie­mal dwa stu­le­cia gmach ten nie wy­bi­jał się ani mi­li­tar­nie, ani re­pre­zen­ta­cyj­nie. Słu­żył ja­ko jed­na z wie­lu re­zy­den­cji ksią­żę­cych urzęd­ni­ków – wy­go­dna, lecz po­zba­wio­na więk­sze­go zna­cze­nia.

Marginalizacja Bie­ru­to­wa mia­ła swo­je przy­czy­ny. Mia­sto le­ża­ło na ubo­czu głów­nych szla­ków han­dlo­wych, a jed­no­cze­śnie w nie­po­ko­ją­co bli­skim są­siedz­twie sto­łecz­nej Ole­śni­cy – ośrod­ka sil­niej­sze­go, za­moż­niej­sze­go i atrak­cyj­niej­sze­go z pun­ktu wi­dze­nia ksią­żę­cej stra­te­gii. Trud­no się dzi­wić za­tem, że dwór i in­we­sty­cje kie­ro­wa­ły się wła­śnie tam.

POŁUDNIOWA FASADA ZAMKU – TROCHĘ HISTORII, TROCHĘ TYNKU, TROCHĘ SMUTKU

Dodatkowo XV wiek nie oszczę­dził mia­sta. Na­jazd hu­sy­tów Husytyzm – ruch religijny i polityczny zapoczątkowany przez Jana Husa, którego zwolennicy w 1417 ogłosili Cztery artykuły praskie w których domagali się m.in. sekularyzacji dóbr kościelnych i komunii pod dwiema postaciami. Po 1415 roku, gdy stany czeskie wyraziły publicznie swój protest wobec spalenia na stosie Jana Husa, przybrał formę ruchu politycznego, stał się powodem rewolty w Czechach, a następnie obronnych wojen husyckich. w 1430 ro­ku, klę­ska gło­du w po­ło­wie stu­le­cia i ni­szczy­ciel­ski po­żar z 1474 ro­ku – któ­ry po­chło­nął trzy czwar­te za­bu­do­wy – do­peł­ni­ły obra­zu pe­ry­fe­ryj­ne­go ośrod­ka, któ­re­mu los nie szczę­dził prób, ale po­ską­pił na­gród. Bie­ru­tów, choć za­mek miał, do wiel­kiej hi­sto­rii nie wszedł przez głów­ne wro­ta – ra­czej prze­my­kał bo­cznym wej­ściem, przy­glą­da­jąc się z dy­stan­su, jak in­ni ro­zda­ją kar­ty.

WIDOK NA DAWNEJ POCZTÓWCE – JESZCZE PACHNIE KREDĄ, NIE GRZYBEM
Z nazwą Bierutowa by­wa­ło róż­nie — jak to zwy­kle by­wa z miej­sco­wo­ścia­mi, któ­re przez wie­ki prze­cho­dzi­ły z rąk do rąk, z ję­zy­ka do ję­zy­ka i z epo­ki do epo­ki. Naj­star­sza zna­na wer­sja, Leg­nitz, po­ja­wia się już w 1255 ro­ku, a w do­ku­men­cie lo­ka­cyj­nym z ro­ku 1266 wi­dnie­je ja­ko Lig­ni­ca. Wkrót­ce po­tem ktoś – za­pew­ne z nad­mia­rem za­pa­łu i słow­ni­kiem nie­mie­ckim pod rę­ką – za­pro­po­no­wał na­zwę Fuerst­en­wald, czy­li „ksią­żę­cy las”. Brzmi dum­nie, ale... nie chwy­ci­ło. Lu­dzie mie­li in­ne prio­ry­te­ty niż ucze­nie się no­wych nazw z twar­dy­mi spół­gło­ska­mi.

W kolejnych de­ka­dach po­ja­wia­ją się już bar­dziej swoj­skie for­my, choć na­dal nie do koń­ca usta­bi­li­zo­wa­ne. W do­ku­men­tach z 1268 ro­ku miej­sco­wość fi­gu­ru­je ja­ko an­te ci­vi­ta­tem Be­rol­di, a póź­niej ja­ko Be­rol­de­stat i Be­ro­de­stat (oba wa­rian­ty z 1288 ro­ku). Wszyst­ko wska­zu­je na to, że źró­dłem tych nazw by­ło imię Bern­hard, a wła­ści­wie je­go skró­co­na for­ma: Be­rold lub Be­rol. W nie­któ­rych prze­ka­zach imię to łą­czo­ne jest z po­sta­cią mar­gra­bie­go Ber­thol­da, oj­ca św. Ja­dwi­gi, księż­nej Ślą­ska, choć – jak to czę­sto by­wa w ta­kich przy­pad­kach – do­wo­dów jest mniej niż hi­po­tez.

W sporządzonej na prze­ło­mie XIII i XIV wie­ku ła­ciń­skiej księ­dze Li­ber fun­da­tio­nis epis­co­p­tus Vra­ti­sla­vien­sis, po­wsta­łej za rzą­dów bi­sku­pa Hen­ry­ka z Wierz­bna, miej­sco­wość po­ja­wia się w wer­sji Lig­ni­te – for­mie zla­ty­ni­zo­wa­nej, ale jesz­cze roz­po­zna­wal­nej. Póź­niej do­mi­no­wać za­czę­ły już na­zwy bar­dziej zde­cy­do­wa­ne w brzmie­niu nie­mie­ckim: Bern­stadt (1329), Bern­stad (1419), Bern­stat (1579), a pod ko­niec XVIII wie­ku – Bie­ru­tow (1781). Ostat­nia z nie­mie­ckich wer­sji, Bern­stadt in Schle­sien, prze­trwa­ła aż do 1945 ro­ku.

PLAN MIASTA NA RYCINIE WERNERA (XVIII W.) – ZAMEK DUMNIE TKWI W LEWYM DOLNYM ROGU, JAKBY MÓWIŁ: „JA TU PILNUJĘ PORZĄDKU – NA MAPIE I W MIEŚCIE”

Gdy w 1492 roku zmarł Kon­rad Bia­ły, ostat­ni z pia­stow­skich ksią­żąt ole­śni­ckich, za­koń­czy­ła się lo­kal­na ga­łąź jed­nej z naj­star­szych dy­na­stii Eu­ro­py. Bez więk­szych dra­ma­tów, bez bi­tew o suk­ce­sję – hi­sto­ria po pro­stu zam­knę­ła drzwi, lek­ko skrzy­piąc za­wia­sa­mi. Trzy lata póź­niej, z de­cy­zji kró­la Czech Wła­dy­sła­wa Ja­giel­loń­czy­ka , Bie­ru­tów – z zam­kiem w pa­kie­cie – tra­fił w rę­ce Hen­ry­ka I z Po­die­bra­dów (zm. 1498), przed­sta­wi­cie­la cze­skie­go ro­du, któ­ry co­raz moc­niej za­zna­czał swą obec­ność na Ślą­sku.

GDYBY NIE TEN PORTAL BRAMNY (CO GO JUŻ NIE MA) I KOSTKA BRUKOWA, KTÓRA PAMIĘTA JESZCZE DYLIŻANSE, MOŻNA BY POMYŚLEĆ, ŻE TO ZWYKŁA WSPÓŁCZESNA FOTKA. A TAK NAPRAWDĘ TO ZDJĘCIE MA JUŻ STO LAT — TYLKO ZOSTAŁO DELIKATNIE ODMŁODZONE CYFROWĄ MAGIĄ.

Na początku nie za­po­wia­da­ło się, że Bie­ru­tów sta­nie się czymś wię­cej niż ko­lej­ną punk­ta­cją na ma­pie księ­stwa. Sam za­mek trwał, ale ra­czej w cie­niu bar­dziej zna­czą­cych sie­dzib. Zmie­ni­ło się to do­pie­ro za cza­sów wnu­ka Hen­ry­ka I – Hen­ry­ka II (zm. 1548). Mię­dzy 1534 a 1540 ro­kiem, z je­go ini­cja­ty­wy, za­mek prze­szedł grun­to­wną prze­bu­do­wę: z obron­nej bry­ły zro­bi­ła się wy­go­dna re­zy­den­cja w sty­lu re­ne­san­so­wym – z ar­ka­da­mi, pro­por­cja­mi i odro­bi­ną po­łu­dnio­we­go wdzię­ku. Krót­ko mó­wiąc – prze­stał od­stra­szać, za­czął za­pra­szać.

Sęk w tym, że entu­zjazm do Bie­ru­to­wa nie był dzie­dzicz­ny. Na­stęp­cy nie da­rzyli miej­sca szcze­gól­nym sen­ty­men­tem. Za­mek kil­ka­krot­nie od­da­wa­no pod za­staw – m.in. ro­dzi­nie von Schni­del w la­tach 1574–1604 – co mo­że i by­ło opła­cal­ne, ale na pew­no nie słu­ży­ło pre­sti­żo­wi. Re­zy­den­cja za­czę­ła tra­cić na zna­cze­niu, po­wo­li zje­żdża­jąc z po­zy­cji „ksią­żę­cej sie­dzi­by” do ro­li „nie­złe­go adre­su na pro­win­cji”.

POKOLOROWANY WIDOK ZAMKU OD STRONY MIASTA, UCHWYCONY PRZEZ JOHANNA OERTELA W 1692 ROKU. W TAMTYCH CZASACH WSZYSTKO JESZCZE STAŁO PROSTO: SKRZYDŁO Z KRUŻGANKAMI BYŁO NA MIEJSCU, MURY PACHNIAŁY TYNKIEM, A WIEŻA NIE WYGLĄDAŁA JAK PO CIĘŻKIM WEEKENDZIE.

DZIŚ ZOSTAŁO TYLKO SKRZYDŁO POŁUDNIOWE, WIEŻA I PORTAL BRAMNY – WSZYSTKO TROCHĘ ZMĘCZONE ŻYCIEM, ALE WCIĄŻ NA NOGACH.

Jakby tego było ma­ło, w 1603 ro­ku mia­sto stra­wił po­żar, któ­ry do­się­gnął tak­że zam­ku. Spło­nę­ła część wschod­nie­go skrzy­dła – naj­star­sze­go i naj­bar­dziej pa­mię­tli­we­go. Przez chwi­lę wy­glą­da­ło to tak, jak­by hi­sto­ria mia­ła się ur­wać w po­pie­le, ale jesz­cze raz ode­zwał się głos z ro­du Po­die­bra­dów. Hen­ryk Wa­cław (zm. 1639), wi­dząc znisz­cze­nia, po­sta­no­wił nie tyl­ko na­pra­wić szko­dy, ale i od­mie­nić ca­łą prze­strzeń. W la­tach 1622–1624 za­mek zy­skał no­we skrzy­dła – wscho­dnie i po­łu­dnio­we – usta­wio­ne wzglę­dem sie­bie pod ką­tem pro­stym, trzy­kon­dy­gna­cyj­ne, z ar­ka­do­wy­mi gan­ka­mi otwar­ty­mi na dzie­dzi­niec. Wie­ża zo­sta­ła pod­nie­sio­na – mo­że nie po to, by wi­dzieć wię­cej, ale że­by ro­bić więk­sze wra­że­nie.

ROMANTYCZNA WIZJA ZAMKU OD POŁUDNIA Z 1692 ROKU, GDZIE OGRODY CIĘTE W KWIATOWE WZORY WYGLĄDAJĄ JAKBY PRZYGOTOWANO JE NA WIZYTĘ SAMEGO KRÓLA. W ODDALI PIĘTRZĄ SIĘ GÓRY, KTÓRYCH W RZECZYWISTOŚCI NIGDY TAM NIE BYŁO – TO JUŻ TWÓRCZA LICENCJA AUTORA.

DZIŚ ZAMIAST OGRODÓW MAMY DZIKI PARK Z JABŁONKAMI, ZE WSCHODNIEGO SKRZYDŁA ZOSTAŁO TYLKO WESTCHNIENIE, A POŁUDNIOWE WCIĄŻ STOI – CHOĆ WYGLĄDA, JAKBY CODZIENNIE MODLIŁO SIĘ O GENERALNY REMONT.

Spokój nie trwał dłu­go. W 1618 ro­ku wy­bu­chła woj­na trzy­dzie­sto­let­nia, a z nią przy­szły gra­bie­że, znisz­cze­nia i wszyst­ko to, co za­zwy­czaj od­bie­ra zam­kom urok. Bie­ru­tów nie był wy­jąt­kiem – ober­wa­ło się i mia­stu, i je­go re­zy­den­cji. Gdy w 1647 ro­ku wy­ga­sła dy­na­stia Po­die­bra­dów, za­mek znów zmie­nił wła­ści­cie­la. Tym ra­zem tra­fił w rę­ce Kri­stia­na Ul­ry­ka Wir­tem­ber­skie­go (zm. 1704), któ­ry – ku za­sko­cze­niu wie­lu – nie tyl­ko objął ma­ją­tek, ale po­sta­no­wił go jesz­cze roz­bu­do­wać.

KARTUSZ HERBOWY KSIĄŻĄT WIRTEMBERSKO-OLEŚNICKICH – JAKIMŚ CUDEM PRZETRWAŁ WOJNY, REMONTY, ZANIEDBANIA I NAWET LATA 90. WCIĄŻ TKWI NAD PORTALEM WEJŚCIOWYM DO SKRZYDŁA POŁUDNIOWEGO, JAKBY NIE ZDAWAŁ SOBIE SPRAWY, ŻE RESZTA JUŻ DAWNO SIĘ PODDAŁA

Zamek znów urósł – do­słow­nie. Do bu­dyn­ków miesz­kal­nych do­da­no po kon­dyg­na­cji, do po­łu­dnio­we­go skrzy­dła do­bu­do­wa­no efek­tow­ny, ba­ro­ko­wy por­tal, a od stro­ny mia­sta sta­nę­ła no­wa, ozdob­na bra­ma. Ca­łość za­czę­ła znów wy­glą­dać jak coś wię­cej niż tyl­ko lo­kal­na cie­ka­wo­stka. Na ty­łach po­wsta­ły też ogro­dy – nie­wiel­kie, ale do­brze za­pro­je­kto­wa­ne, pew­nie po to, by wła­ści­cie­le mo­gli czuć się tro­chę jak u sie­bie, a tro­chę jak w mi­nia­tu­ro­wej wer­sji Wer­sa­lu.

REKONSTRUKCJA PANORAMY MIASTA NA PODSTAWIE XVIII-WIECZNEJ RYCINY WERNERA. PO LEWEJ ZAMEK, PO ŚRODKU RATUSZ, A PO PRAWEJ KOŚCIÓŁ PARAFIALNY – WSZYSTKO PROSTE, STRZELISTE I NIEŚWIADOME, ŻE CZEKA JE PARĘ WIEKÓW ZANIEDBAŃ I LOKALNYCH KOMPROMISÓW ARCHITEKTONICZNYCH
W czasach woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej Bie­ru­tów nie miał szczę­ścia do sta­bil­no­ści – zmie­niał wła­ści­cie­li tak czę­sto, że na­wet kar­to­gra­fo­wie mo­gli się po­gu­bić. W ro­ku 1643, kie­dy mia­ste­czko by­ło pod kon­tro­lą ce­sar­ską, trzech żoł­nie­rzy o imio­nach – Jo­achim, Fry­de­ryk i Wil­helm – po­sta­no­wi­ło uprzy­jem­nić so­bie wie­czór sta­rą, spraw­dzo­ną me­to­dą: wi­nem i głu­po­tą.

Po kilku kolejkach, naj­wy­raź­niej prze­ko­na­ni o wła­snej nie­śmier­tel­no­ści, wznie­śli to­ast nie by­le ja­ki – za zdro­wie dia­bła. Bo sko­ro woj­na to pie­kło, to mo­że war­to mieć ukła­dy z kie­row­ni­kiem.

Ledwo wy­po­wie­dzie­li te sło­wa, zorien­to­wa­li się, że przy sto­le sie­dzi czwar­ty. Nie­pro­szo­ny, z ocza­mi jak wę­giel w kuź­ni, do­lał im jesz­cze po kie­li­chu i po­pro­sił, by po­wtó­rzy­li. Po­słu­cha­li – bo odwa­ga pi­ja­na nie odróż­nia ge­stu od błę­du.

Tym razem od­po­wiedź by­ła na­tych­mia­sto­wa. Si­ła – trud­na do na­zwa­nia, ła­twa do za­pa­mię­ta­nia – unio­sła ich w gó­rę i rzu­ci­ła o po­dło­gę jak wor­ki kar­to­fli. Stra­ci­li przy­tom­ność. Ra­no nie przy­po­mi­na­li wo­ja­ków, ra­czej trzy bla­de reszt­ki.

Opowieść szybko ro­ze­szła się wśród kom­pa­nów. Po­dob­no otrzy­ma­li po­ca­łu­nek dia­bła. Nie­dłu­go póź­niej zgi­nę­li w bła­hej po­tycz­ce – bez chwa­ły, bez opo­ru, bez sen­su. Ktoś skwi­to­wał, że dia­beł po pro­stu za­brał to, co je­go.

WIDOK ZAMKU W POŁOWIE XVIII WIEKU WG WIZJI FRIEDRICHA WERNERA. WSCHODNIE SKRZYDŁO (TO PRZY WIEŻY) WCIĄŻ DUMNIE SIĘ STROI PRZED MIASTEM – ZANIM NA DOBRE ZNIKNIE Z PEJZAŻU I PAMIĘCI, ZOSTAWIAJĄC PO SOBIE TYLKO SZKICE I ŻAL.

Po śmierci Karola Chri­stia­na Er­dma­na (zm. 1792), ostat­nie­go z wir­tem­ber­skiej li­nii ksią­żąt ole­śni­ckich, za­mek w Bie­ru­to­wie stra­cił już nie tyl­ko wła­ści­cie­la z am­bi­cja­mi, ale też reszt­ki opie­ki, ja­ką jesz­cze cie­szył się w XVIII wie­ku. Pod ko­niec stu­le­cia, opusz­czo­ny i wy­raź­nie pod­upa­dły, zo­stał prze­kształ­co­ny w sie­dzi­bę nad­le­śni­ctwa. Był to krok pra­ktycz­ny, choć nie­zbyt ro­man­tycz­ny – ksią­żę­ce apar­ta­men­ty za­mie­nio­no na biu­ra, a za­miast de­ko­ra­cyj­nych her­bów za­wi­sły roz­po­rzą­dze­nia o wy­rę­bie.

WIDOK ZAMKU Z OK. 1890 ROKU, NAWIĄZUJĄCY DO GRAFIKI THEODORA BLÄTTERBAUERA.

ZAMEK WCIĄŻ ZAMIESZKAŁY, OTOCZONY CODZIENNOŚCIĄ – JESZCZE NIE W RUINIE, ALE JUŻ POZA EPOKĄ SWEJ ŚWIETNOŚCI

W kolejnych dzie­się­cio­le­ciach in­we­sto­wa­no w za­mek ty­le, ile ab­so­lu­tnie trze­ba – co zresz­tą szyb­ko da­ło o so­bie znać. W 1829, a po­tem po­now­nie w 1852 ro­ku, za­wa­li­ły się czę­ści ar­ka­do­wych gan­ków, któ­re za­stą­pio­no pro­stszy­mi, drew­nia­ny­mi kon­struk­cja­mi. O od­bu­do­wie w daw­nym sty­lu nikt już wte­dy nie my­ślał – li­czy­ło się, by nie prze­cie­ka­ło i nie gro­zi­ło za­wa­le­niem.

SCENKA RODZAJOWA NA RYCINIE THEODORA BLÄTTERBAUERA. ZAMEK NIE PEŁNI JUŻ FUNKCJI REZYDENCJONALNEJ – MIEŚCI SIĘ W NIM NADLEŚNICTWO, BRAMA MIEJSKA JESZCZE NIE ZNA SMAKU ROZBIÓRKI, A ŻYCIE PŁYNIE MIĘDZY KOŃMI, POGADUCHAMI PRZY BALI I CZASEM, KTÓRY JESZCZE SIĘ NIE SPIESZY

Pod koniec XIX wieku uzna­no, że nie ma sen­su ra­to­wać wszyst­kie­go. Zruj­no­wa­ne wscho­dnie skrzy­dło ro­ze­bra­no, za to po­łu­dnio­we od­no­wio­no grun­tow­nie i – co cie­ka­we – prze­zna­czo­no do dy­spo­zy­cji pru­skie­mu na­stęp­cy tro­nu z ro­du von Ho­hen­zol­lern. Los by­wa prze­wrot­ny: to, co kie­dyś by­ło ksią­żę­cą sie­dzi­bą z wy­bo­ru, sta­ło się re­zy­den­cją z przy­dzia­łu.

ZAMEK W LATACH 20. XX WIEKU – BEZ KRUŻGANKÓW, BEZ OZDÓB, BEZ ZBYTKÓW. TYLKO WIEŻA, SUROWE MURY, DACH I ŚWIADOMOŚĆ, ŻE CZASY ŚWIETNOŚCI JUŻ NIE WRÓCĄ

Druga wojna światowa obe­szła się z zam­kiem za­ska­ku­ją­co ła­go­dnie. Prze­trwał bez więk­szych znisz­czeń, co – jak na Dol­ny Śląsk – by­ło ra­czej wy­jąt­kiem niż re­gu­łą. Po woj­nie, przez kil­ka ko­lej­nych de­kad, za­mek po­now­nie peł­nił funk­cję ad­mi­ni­stra­cyj­ną. Mie­ści­ły się tu biu­ra Nad­le­śni­ctwa Bie­ru­tów, a w la­tach 80. część po­miesz­czeń za­ję­ło przed­szko­le o wdzięcz­nej na­zwie Leś­ne Dusz­ki. Z cza­sem bu­dy­nek tra­fił pod za­rząd Miej­skie­go Przed­się­bior­stwa Go­spo­dar­ki Miesz­ka­nio­wej, a znaj­du­ją­ce się w nim lo­ka­le prze­ka­za­no do dy­spo­zy­cji Re­jo­nu Bu­dyn­ków Ko­mu­nal­nych. Za­mek, któ­ry przez wie­ki był sie­dzi­bą ksią­żąt, go­spo­da­rzy­li te­raz za­rząd­cy lo­ka­li użyt­ko­wych – nie­co mniej ma­je­sta­tycz­ni, ale z pew­no­ścią rów­nie sku­tecz­ni w pil­no­wa­niu cie­płej wo­dy i czyn­szu.

POŁUDNIOWE SKRZYDŁO ZAMKU W LATACH 90. XX WIEKU – PRZEKSZTAŁCONE W SMUTNY BUDYNEK MIESZKALNY, KTÓRY ZAMIAST DZIEDZIŃCA MA PODWÓRKO, A ZAMIAST OGRODU RÓŻANEGO – ALTANKĘ ŚMIETNIKOWĄ

W roku 2005 stan tech­nicz­ny zam­ko­wej wie­ży w Bie­ru­to­wie prze­stał już bu­dzić wąt­pli­wo­ści i za­czął bu­dzić oba­wy — kon­struk­cja wy­raź­nie się prze­chy­la­ła, a ka­ta­stro­fa bu­do­wla­na z te­ore­tycz­nej sta­wa­ła się cał­kiem re­al­ną op­cją. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­no się na ope­ra­cję spe­cjal­ną z udzia­łem dźwi­gu, któ­ry bez więk­szych ce­re­gie­li zdjął za­by­tko­wą ko­pu­łę z gło­wy wie­ży. Ca­łość przy­po­mi­na­ła nie­co za­bieg neu­ro­chi­rur­gicz­ny na pa­cjen­cie w śpiącz­ce: ry­zy­kow­ny, ale ko­niecz­ny.

Podczas demontażu na­tra­fio­no na coś znacz­nie cie­kaw­sze­go niż kru­szą­ce się bel­ki — w ku­li umiesz­czo­nej na szczy­cie daw­ne­go heł­mu znaj­do­wa­ły się do­ku­men­ty pod­pi­sa­ne przez ad­mi­ni­stra­to­ra zam­ku, von Hahna, kil­ka ga­zet sprzed lat oraz garść mo­net. Był to ty­po­wy ze­staw: coś do prze­czy­ta­nia, coś do prze­li­cze­nia i ktoś, kto się pod­pi­sał. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że przed la­ty po­my­śla­no o tych, któ­rzy kie­dyś przyj­dą i zaj­rzą tam z cie­ka­wo­ści — i jak wi­dać, mia­no ra­cję.

WIEŻA ZAMKOWA W BIERUTOWIE ZE STARYM HEŁMEM, STAN NA 2001 ROK. CZTERY LATA PÓŹNIEJ HEŁM ZDJĘTO DŹWIGIEM – NIE DLA KAPRYSU, LECZ ŻEBY NIE SPADŁ SAM

Już w kolejnym roku roz­po­czę­to bu­do­wę no­wej ko­pu­ły. Zre­kon­stru­owa­ny hełm wró­cił na miej­sce w 2007 ro­ku, a z nim – tra­dy­cja po­zo­sta­wia­nia śla­du po so­bie. Tym ra­zem w no­wej ku­li umiesz­czo­no aktu­al­ne fo­to­gra­fie Bie­ru­to­wa, kil­ka mo­net, ko­pie daw­nych do­ku­men­tów oraz współ­cze­sny akt — z ko­szto­ry­sem od­bu­do­wy, na­zwi­ska­mi ów­cze­snych rad­nych i bur­mi­strzów, oraz krót­kim opi­sem te­go, co, kto i za ile. Jed­nym sło­wem: pa­kiet star­to­wy dla przy­szłe­go ba­da­cza lo­kal­nej hi­sto­rii lub kon­ser­wa­to­ra za­byt­ków.

ZUPEŁNIE NOWY HEŁM WIEŻY – PO OPERACJI Z 2005 ROKU WIEŻA DOSTAŁA NOWĄ FRYZURĘ Z BLACHY, KTÓRA BŁYSZCZY JAKBY DOPIERO CO WRÓCIŁA OD BLACHARZA-STYLISTY

STAN OBECNY


Z dawnego, dwu­skrzy­dło­we­go za­ło­że­nia zam­ko­we­go w Bie­ru­to­wie naj­le­piej prze­trwa­ła pię­cio­kon­dy­gna­cyj­na wie­ża – w dol­nej czę­ści kwa­dra­to­wa, wy­żej prze­cho­dzą­ca w ośmio­bok, dziś zwień­czo­na ba­ro­ko­wym heł­mem z po­dwój­ną la­ta­ren­ką. To ele­gan­ckie na­kry­cie gło­wy, choć współ­cze­sne, zgra­bnie na­wią­zu­je do hi­sto­rycz­ne­go ko­stiu­mu bu­do­wli. Wie­ża pier­wo­tnie łą­czy­ła się z go­ty­ckim skrzy­dłem wscho­dnim, któ­re wy­bu­rzo­no pod ko­niec XIX wie­ku. Dziś stoi sa­mo­tnie, wkom­po­no­wa­na je­dy­nie w reszt­ki mu­rów obwo­do­wych – ob­dra­pa­nych, po­kie­re­szo­wa­nych, przy­po­mi­na­ją­cych ra­czej nie­czy­tel­ny przy­pis do hi­sto­rii niż daw­ną ar­chi­te­kto­nicz­ną ca­łość.

WIEŻA ZAMKOWA W BIERUTOWIE – DZIŚ STOI SAMOTNIE, OTOCZONA RESZTKAMI MURÓW I ZABUDOWĄ, KTÓRA BARDZIEJ PRZYPOMINA ZAPLECZE SKLEPU NIŻ DAWNĄ REZYDENCJĘ

Obecny stan po­łu­dnio­we­go skrzy­dła zam­ko­we­go do­peł­nia te­go obra­zu z bo­le­sną do­słow­no­ścią. Trud­no po­wie­dzieć, co bar­dziej przy­cią­ga wzrok: szla­che­tna, choć zmę­czo­na bry­ła daw­nej re­zy­den­cji, czy mo­że przy­tu­lo­ne do niej z czu­ło­ścią ga­ra­że o este­ty­ce koń­ca PRL-u. Sam bu­dy­nek spra­wia wra­że­nie, jak­by funk­cjo­no­wał si­łą roz­pę­du – z bal­ko­nem na gra­ni­cy za­pa­ści, okna­mi jak z urzę­do­we­go snu i po­rta­lem, któ­ry de­spe­ra­cko wal­czy o reszt­ki god­no­ści wśród od­pa­da­ją­ce­go tyn­ku. Daw­niej „miej­sce z kla­są”, dziś ra­czej de­ko­ra­cja z za­po­mnia­ne­go pla­nu fil­mo­we­go – ty­le że nikt nie prze­wi­dział eki­py sprzą­ta­ją­cej po zdję­ciach.

POŁUDNIOWE SKRZYDŁO ZAMKU – DZIŚ BARDZIEJ SCENOGRAFIA Z FILMU O UPADKU NIŻ ZABYTEK. NA BALKONIK STRACH WEJŚĆ, Z PORTALU TYNK ODPADA, A GARAŻE OBOK WYGLĄDAJĄ, JAKBY NIGDY NIE CHCIAŁY TU STAĆ.

Pozostałe ele­wa­cje zo­sta­ły zna­czą­co upro­szczo­ne, część okien za­mu­ro­wa­no, a daw­na sy­me­tria ro­zmy­ła się we mgle po­wo­jen­nej pro­wi­zor­ki. Na szczę­ście za­cho­wa­ły się re­ne­san­so­we obra­mie­nia nie­któ­rych okien i drzwi — pro­fi­lo­wa­ne, ele­gan­ckie, dy­skre­tne w swo­jej uro­dzie, jak­by z za­że­no­wa­niem pa­trzy­ły na to, co się wo­kół nich po­ro­bi­ło, i pró­bo­wa­ły ra­to­wać ca­łość od zu­peł­nej ni­ja­ko­ści. Wnę­trza dol­nej kon­dyg­na­cji kry­ją ko­leb­ko­wo skle­pio­ne po­mie­szcze­nia, któ­re wciąż da­ją wra­że­nie so­lid­no­ści – choć dziś słu­żą ra­czej ja­ko smut­ny do­wód, że z hi­sto­rią moż­na miesz­kać pod jed­nym da­chem, nie za­uwa­ża­jąc jej ist­nie­nia.

DAWNIEJ PORTAL DO KSIĄŻĘCEJ REZYDENCJI, DZIŚ WEJŚCIE DO KLUBU WITOSA I KLUBU HONOROWYCH DAWCÓW KRWI. HERB NAD DRZWIAMI WYGLĄDA, JAKBY TEŻ NIE WIERZYŁ W TAKI ZWROT AKCJI

Do dziś przetrwała ba­ro­ko­wa bra­ma z 1680 ro­ku, pro­wa­dzą­ca z mia­sta na dzie­dzi­niec zam­ko­wy – trzy­osio­wa, ce­gla­na, po­tyn­ko­wa­na, osa­dzo­na na sty­ku z daw­nym mu­rem zam­ko­wym. Przez la­ta za­nie­dba­na, obra­sta­ła bru­dem i by­le czym – przez pe­wien czas peł­niła wręcz ro­lę ku­li­sy dla wiecz­nie prze­peł­nio­nych śmie­tni­ków, z któ­rych za­war­tość ocho­czo roz­peł­za­ła się u jej stóp. Na szczę­ście w koń­cu zo­sta­ła od­re­stau­ro­wa­na, dzię­ki cze­mu od­zy­ska­ła część daw­ne­go cha­rak­te­ru. Jej głów­ny prze­jazd flan­ku­ją kom­po­zy­to­we ko­lum­ny na wy­so­kich co­ko­łach, a nad ni­mi – jak przy­sta­ło na miej­sce z am­bi­cja­mi – wid­nie­je ksią­żę­ca mi­tra. Ca­łość ro­bi przy­zwo­ite wra­że­nie: mo­że nie za­trzy­mu­je w za­chwy­cie, ale na tle re­szty po­tra­fi wy­paść cał­kiem god­nie.

BAROKOWA BRAMA WJAZDOWA NA DZIEDZINIEC ZAMKOWY – STAN PRZED RENOWACJĄ. PRZEZ LATA PEŁNIŁA ROLĘ NIEOFICJALNEGO TŁA DLA KUBŁÓW I ROZKŁADU, ZANIM W KOŃCU DOCZEKAŁA SIĘ DRUGIEJ SZANSY

Z dawnych murów obron­nych za­cho­wa­ły się je­dy­nie frag­men­ty – miej­sca­mi le­dwie za­rys, miej­sca­mi za­ska­ku­ją­co so­lid­ne, jak na coś, co naj­wy­raź­niej od lat ni­ko­mu nie prze­szka­dza. Ich stan wy­ma­ga nie ty­le przy­mru­że­nia oka, co ra­czej za­ci­śnię­cia po­wiek. Oto­cze­nie? Trud­no po­wie­dzieć, czy to jesz­cze zie­leń, czy już eko­sys­tem przy­pad­ko­wo­ści: chasz­cze, śmie­ci, pro­wi­zor­ki i este­ty­ka w wer­sji „co się aku­rat na­wi­nęło”. Je­śli coś tu kie­dyś mia­ło bro­nić zam­ku, to dziś naj­wy­żej bro­ni się reszt­ką go­dno­ści.

Od południa do zam­ku przy­le­ga nie­wiel­ki park kra­jo­bra­zo­wy, za­ło­żo­ny w XIX wie­ku na miej­scu wcze­śniej­szych ogro­dów – tych daw­nych, zam­ko­wych, któ­rych śla­dy dziś mo­żna co naj­wy­żej so­bie wy­obra­zić. Zaj­mu­je oko­ło 1,2 he­kta­ra i choć za­cho­wał pod­sta­wo­wy układ, trud­no mó­wić o uro­ku. Za­nie­dba­ny, za­ro­śnię­ty, pe­łen przy­pad­ko­wej zie­le­ni, przy­po­mi­na ra­czej te­ren do przej­ścia niż prze­strzeń do spa­ce­rów.

ZIELEŃ, ASFALT I ZAMEK W TLE – KOMPOZYCJA PRZYPADKU ZE ŚLADAMI DAWNEJ ŚWIETNOŚCI
Zamek, choć stoi, nie jest udo­stęp­nio­ny do zwie­dza­nia. Mo­żna go obejść, mo­żna we­stchnąć, mo­żna się za­sta­no­wić, ile jesz­cze prze­trwa. Na ra­zie trwa – mil­czą­co, z god­no­ścią i lek­kim zmar­szcze­niem brwi.
Całość obej­rz­ymy w pięt­na­ście mi­nut – z do­kład­ką na mia­stecz­ko zmie­ści­my się w go­dzi­nie, bez wy­sił­ku.
Z psami mo­żna tu spo­koj­nie spa­ce­ro­wać, choć one ra­czej nie bę­dą pod wra­że­niem. Lu­dzie zresz­tą też nie.

ZANIEDBANE MURY, POSPOLITA ZIELEŃ I KRZYWE LATARNIE – ALE PARKING W TAKIM MIEJSCU TO JUŻ PRAWIE PRZYWILEJ STANU

DOJAZD


Do Bierutowa naj­wy­go­dniej do­trzeć przez Wro­cław lub Ole­śni­cę – oba mia­sta ofe­ru­ją do­bre po­łą­cze­nia, a au­to­bu­sy PKS za­trzy­mu­ją się tuż przy za­mku, co sa­mo w so­bie brzmi jak do­brze za­pla­no­wa­ny fi­nał po­dró­ży. Je­śli wy­bie­ra­my po­ciąg, doj­ście z dwor­ca PKP zaj­mu­je oko­ło dzie­sięć mi­nut – krót­ki spa­cer przez mia­sto, wy­star­cza­ją­cy, by ro­zej­rzeć się po oko­li­cy, za­nim na ho­ry­zon­cie po­ja­wi się wie­ża. Za­mek le­ży we wschod­niej czę­ści sta­re­go mia­sta, nie­co na ubo­czu, ale bez prze­sa­dy – wy­star­czy skrę­cić w od­po­wie­dnią stro­nę, by tra­fić bez błą­dze­nia.

Samochód mo­żna za­par­ko­wać tuż przy wie­ży zam­ko­wej al­bo, je­śli tam brak­nie miej­sca, przy Ryn­ku – oba wa­rian­ty są rów­nie wy­god­ne i w za­się­gu krót­kie­go spa­ce­ru.

WARTO ZOBACZYĆ


Na opustoszałym Rynku w Bie­ru­to­wie, gdzie kie­dyś sta­ły za­byt­ko­we ka­mie­ni­ce, dziś kró­lu­je sa­mo­tna wie­ża – ostat­ni świa­dek daw­nych am­bi­cji miej­skich. Po­cho­dzi praw­do­po­do­bnie z XV wie­ku i jest je­dy­ną za­cho­wa­ną czę­ścią ra­tu­sza, któ­ry prze­stał ist­nieć w wy­ni­ku dzia­łań wo­jen­nych w 1945 ro­ku, kie­dy to woj­ska ra­dzie­ckie po­tra­kto­wa­ły cen­trum mia­sta bez więk­sze­go sen­ty­men­tu.

Wieża zbudowana jest na pla­nie kwa­dra­tu, prze­cho­dzi w ośmio­bocz­ną pod­sta­wę, na któ­rej nie­gdyś spo­czy­wał hełm, a dziś znaj­du­je się ba­lu­stra­da. Pod­czas re­mon­tu w 2006 ro­ku za­mon­to­wa­no ze­gar, któ­ry co­dzien­nie od­gry­wa hej­nał Bie­ru­to­wa – skom­po­no­wa­ny przez jed­ne­go z miesz­kań­ców, co czy­ni go praw­do­po­do­bnie naj­bar­dziej lo­kal­nym hej­na­łem w re­gio­nie.

SAMOTNA STRAŻNICZKA PAMIĘCI – WIEŻA NA RYNKU W BIERUTOWIE, JEDYNY OCALAŁY ŚWIADEK DAWNEGO RATUSZA, GDZIE ECHO MIEJSKICH AMBICJI WCIĄŻ ROZBRZMIEWA LOKALNYM HEJNAŁEM

Dziś Rynek przy­po­mi­na ra­czej plac ćwi­czeń prze­strzen­nych niż hi­sto­ry­czne ser­ce mia­sta. Jed­nak przy wie­ży znaj­du­je się ta­bli­ca in­for­ma­cyj­na ze sta­rym zdję­ciem – i do­pie­ro ono po­zwa­la do­strzec, jak wy­glą­dał Bie­ru­tów, za­nim zo­stał „upo­rzą­dko­wa­ny” przez hi­sto­rię i za­nie­cha­nie. Ra­tusz przez stu­le­cia ule­gał po­ża­rom, był od­bu­do­wy­wa­ny, ostat­ni raz w XIX wie­ku – i osta­tecz­nie zni­knął w 1945. Zo­sta­ła tyl­ko wie­ża.

ULICA, KTÓRA ZAPOMNIAŁA, ŻE MOŻNA MARZYĆ – I DLATEGO TAK IDEALNIE PASUJE DO TEGO ZAMKU

Kościół pw. św. Ka­ta­rzy­ny Alek­san­dryj­skiej, usy­tu­owa­ny nie­co na po­łu­dnie od zam­ku, to naj­star­szy z bie­ru­tow­skich za­by­tków. Wznie­sio­ny przed 1300 ro­kiem ja­ko świą­ty­nia go­ty­cka, przez stu­le­cia peł­nił róż­ne funk­cje – był m.in. ko­ścio­łem zam­ko­wym, od 1543 ro­ku słu­żył wspól­no­cie ewan­ge­li­ckiej, a w 1982 ro­ku zo­stał prze­ję­ty przez pa­ra­fię rzym­sko­ka­to­li­cką. Hi­sto­ria nie by­ła dla nie­go ła­ska­wa: po­ża­ry, znisz­cze­nia wo­jen­ne, prze­kształ­ce­nia, a na­wet epi­zod ma­ga­zy­no­wy w PRL-u, któ­ry trwał do 1976 ro­ku.

Bryła kościoła za­cho­wa­ła jed­nak swój wy­ra­zi­sty cha­rak­ter. To trój­na­wo­wa, orien­to­wa­na ba­zy­li­ka go­ty­cka, z czte­ro­przę­sło­wym pre­zbi­te­rium, ma­syw­ną kwa­dra­to­wą wie­żą w pół­no­cno-za­cho­dnim na­roż­ni­ku i za­kry­stią przy po­łu­dnio­wo-wscho­dniej czę­ści pre­zbi­te­rium. Wnę­trze zdo­bią skle­pie­nia ko­leb­ko­we i ko­leb­ko­wo-krzy­żo­we z lu­ne­ta­mi, utrzy­ma­ne w ostro­łu­ko­wym ry­tmie go­ty­ku.

Wyposażenie, w więk­szo­ści ba­ro­ko­we, po­cho­dzi z XVII wie­ku i prze­trwa­ło mi­mo bu­rzli­wych dzie­jów. Na uwa­gę za­słu­gu­je głów­ny oł­tarz z 1661 ro­ku, z przed­sta­wie­nia­mi Ostat­niej Wie­cze­rzy i Ukrzy­żo­wa­nia Chry­stu­sa. Obok nie­go za­cho­wa­ły się tak­że: am­bo­na, lo­ża ksią­żę­ca, stal­le i ro­ślin­na de­ko­ra­cja ma­lar­ska – wszyst­ko to ele­men­ty, któ­re łą­czą świą­ty­nię z cza­sa­mi, gdy by­ła nie tyl­ko miej­scem kul­tu, ale i waż­ną czę­ścią re­pre­zen­ta­cyj­ną ksią­żę­ce­go oto­cze­nia.

STARY KOŚCIÓŁ. DALEJ DZIAŁA.

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. B. Guerquin: Zam­ki w Pol­sce, Ar­ka­dy 1984
  2. I. T. Kaczyńscy: Zam­ki w Pol­sce po­łu­dnio­wej, Mu­za SA 1999
  3. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Stu­dio Ar­ta 2009
  4. R. Rogiński: Zam­ki i twier­dze w Pol­sce. Hi­sto­ria i le­gen­dy, IWZZ 1990