BUKOWIEC

zespół parkowo-pałacowy (dawny dwór obronny)

PAŁAC W BUKOWCU NA ZDJĘCIU PRZED REMONTEM – RACZEJ WILLA PO PRZEJŚCIACH NIŻ DWORSKA SIEDZIBA. DZIŚ ELEWACJE SĄ JUŻ ODNOWIONE I PREZENTUJĄ SIĘ TAK, JAKBY SAME WRESZCIE PRZYPOMNIAŁY SOBIE O SWOIM RODOWODZIE.

DZIEJE PAŁACU


Bukowiec należy do gro­na naj­bar­dziej sę­dzi­wych wsi Ko­tli­ny Je­le­nio­gór­skiej, ale pa­ra­do­ksal­nie – więk­szość osób ko­ja­rzy go nie z je­go śre­dnio­wie­cznym ro­do­wo­dem, lecz z hra­bią von Re­den i je­go im­po­nu­ją­cym par­kiem, któ­rym za­chwy­ca­ły się ca­łe Pru­sy. A prze­cież hi­sto­ria tej miej­sco­wo­ści się­ga zna­cznie da­lej – pier­wsza wzmian­ka o Buch­walth po­ja­wia się już w ro­ku 1303.

A TUTAJ WIDZIMY PAŁAC NA ARCHIWALNEJ FOTOGRAFII SPRZED II WOJNY ŚWIATOWEJ, KIEDY ELEWACJA BYŁA JESZCZE POWODEM DO DUMY, A NIE DO REMONTU

Pod koniec XIV wie­ku osiadł tu Hein­ko von Zed­litz z Ma­cie­jo­wej, łow­czy księ­cia Bol­ka II Świd­ni­ckie­go. Hein­ko zmarł oko­ło 1400 ro­ku, a wła­dzę prze­jął je­go syn Hans (zm. 1413). Na­stęp­nie pa­łe­czkę prze­jął wnuk Hans (zm. 1465), póź­niej pra­wnuk Hans (zm. po 1520), a na koń­cu pra­pra­wnuk Hans – szczę­śli­wy mąż Bar­ba­ry von No­stitz. Czy­ta­jąc tę kro­ni­kę, moż­na od­nieść wra­że­nie, że ród Ze­dli­tzów miał jed­no ulu­bio­ne imię i nie za­mie­rzał ekspe­ry­men­to­wać.

JEDEN Z DAWNYCH BUDYNKÓW FOLWARCZNYCH PRZY ULICY (NOMEN OMEN) ROBOTNICZEJ – MOŻNA BY RZEC, ŻE LOS WYSTAWIŁ TU NAJSUROWSZY KOMENTARZ DO ARYSTOKRATYCZNYCH AMBICJI DAWNYCH WŁAŚCICIELI

Ich majątek wcale nie był skrom­ny – sko­ro już w XV wie­ku we wsi fun­kcjo­no­wa­ły sta­wy ryb­ne, a nad wszyst­kim gó­ro­wał ko­ściół, znak, że Bu­ko­wiec nie na­le­żał do miejsc, gdzie ży­cie to­czy­ło się w cie­niu by­le­ja­ko­ści. Jed­nak w 1573 ro­ku nad­szedł czas zmian: Hans IV, a wła­ści­wie je­go sy­no­wie Hein­rich i Kon­rad, sprze­da­li wieś wraz z fol­war­kiem Han­so­wi von Rei­bni­tzo­wi (bo któż in­ny, je­śli nie ko­lej­ny Hans?). I tak roz­po­czę­ło się nie­mal dwu­stu­le­tnie pa­no­wa­nie ro­du Rei­bni­tzów w Bu­ko­wcu. Praw­do­po­do­bnie to wła­śnie oni za­ini­cjo­wa­li bu­do­wę mu­ro­wa­ne­go dwo­ru obron­ne­go, któ­re­go śla­dy moż­na do dziś wy­pa­trzyć w naj­niż­szych par­tiach za­cho­wa­ne­go pa­ła­cu.

NAJSTARSZY WIZERUNEK DWORU – RYCINA Z 1710 ROKU, NA KTÓREJ WIEŻE WZNOSZĄ SIĘ JESZCZE DUMNIE, CHOĆ DZISIAJ ICH ŚLAD ZACHOWAŁ SIĘ JUŻ JEDYNIE W DAWNYCH SZKICACH

O renesansowym dwo­rze w Bu­ko­wcu dziś wie­my za­ska­ku­ją­co nie­wie­le – nie za­cho­wa­ły się ani opi­sy, ani szki­ce, któ­re po­zwo­li­ły­by od­two­rzyć je­go wcze­sny wy­gląd czy plan po­mie­szczeń. Z daw­nych źró­deł prze­bi­ja je­dy­nie kil­ka fa­któw, jak choć­by ten, że w ro­ku 1600 jed­ną z izb udo­stęp­nio­no pro­te­stan­tom na sa­lę mo­dlitw – dwór, za­miast bro­nić, stał się więc miej­scem du­cho­wych unie­sień. Przy­pu­szcza się rów­nież, że jesz­cze w pier­wszej po­ło­wie XVIII stu­le­cia gmach prze­bu­do­wa­no, po­wię­ksza­jąc go i przy­kry­wa­jąc mod­nym wów­czas man­sar­do­wym da­chem.

CENNY WIDOK PAŁACU I ZABUDOWAŃ FOLWARCZNYCH – RYCINA F. B. WERNERA Z POŁOWY XVIII WIEKU, OTWIERAJĄCA PRZEŚWIT NA DAWNE OBLICZE BUKOWCA

Ostatnim z rodu von Rei­bnitz na Bu­ko­wcu był Jo­hann Ma­xi­mi­lian Le­opold von Rei­bnitz (zm. 1758), któ­ry przed śmier­cią prze­ka­zał wieś sio­strzeń­co­wi, Kar­lo­wi ba­ro­no­wi von Kot­twitz (zm. 1761). Ten jed­nak dłu­go się do­bra­mi nie na­cie­szył – rap­tem trzy la­ta póź­niej tra­fi­ły one do Got­tlie­ba ba­ro­na von Rich­tho­fe­na (zm. 1762). Po­tem pa­łe­czkę prze­ję­ła na krót­ko Bar­ba­ra He­le­ne von Fe­sten­berg-Pa­ckisch, a po niej w do­ku­men­tach ma­ja­czy ta­jem­ni­czy pan von Luck, o któ­rym hi­sto­ria – jak na złość – mil­czy na­wet w kwe­stii imie­nia.

CYFROWA REKONSTRUKCJA DWORU NA PODSTAWIE RYCINY WERNERA – TROCHĘ EKSPERYMENT, TROCHĘ ZABAWA, W KTÓREJ KOMPUTER POSTANOWIŁ NIEKIEDY DODAĆ COŚ OD SIEBIE. SZCZEGÓŁY NIE ZAWSZE SIĘ BRONIĄ, ALE EFEKT KOŃCOWY I TAK ROBI WRAŻENIE.

Od 1770 roku majątkiem za­rzą­dza­ła już Bar­ba­ra He­le­ne von Luck z do­mu von Le­stwitz wraz z mę­żem Kar­lem Fer­di­nan­dem Sie­gmun­dem ba­ro­nem von Scherr-Thos (zm. 1774). On tak­że nie zdą­żył się pa­ła­cem na­cie­szyć – je­go ko­lej­na żo­na, Ma­ria Ele­ono­re z do­mu von Prit­twitz, prze­ję­ła wdo­wi ma­ją­tek, a na­stęp­nie w 1785 ro­ku sprze­da­ła go Frie­dri­cho­wi Wil­hel­mo­wi ba­ro­no­wi von Re­den (zm. 1815). I tak za­koń­czył się ciąg krót­kich epi­zo­dów wła­ści­ciel­skich, otwie­ra­jąc za­ra­zem no­wy, wy­jąt­ko­wo po­my­ślny roz­dział w dzie­jach ma­łe­go Bu­ko­wca.

DWÓR NA POCZĄTKU XIX WIEKU JUŻ JAKO KLASYCYSTYCZNY PAŁAC – A NA ŁĄCE PRZED NIM NARADA: JEDEN PRACUJE, DWÓCH KIERUJE

Gdy 33-letni Frie­drich Wil­helm ba­ron von Re­den obej­mo­wał Bu­ko­wiec, ma­ją­tek wy­glą­dał cał­kiem so­li­dnie: dwór z fol­war­kiem, a w sa­mej wsi – 600 miesz­kań­ców, dwa ko­ścio­ły, dwa mły­ny i szko­ła. Krót­ko mó­wiąc: ma­ła spo­łe­czność, ale fun­kcjo­nu­ją­ca jak mia­ste­czko. No­wy wła­ści­ciel nie za­mie­rzał jed­nak po­prze­stać na tym, co za­stał. Wkrót­ce sta­ry dwór prze­obra­ził się w ne­okla­sy­czny pa­łac we­dług pro­je­ktu ber­liń­skie­go ar­chi­te­kta, prof. Frie­dri­cha Ra­be. Zni­knę­ła fo­sa i wie­ża, a fa­sa­da na­bra­ła pro­sto­ty – zgo­dnie z du­chem cza­sów, gdy kla­sy­czna oszczę­dność for­my by­ła nie tyl­ko wy­bo­rem este­ty­cznym, ale wręcz obo­wią­zu­ją­cą mo­dą.

KOLEJNY WIDOK Z OKRESU PO PRZEBUDOWIE – A Z PRZODU DIALOG W STYLU: „JAK CI SIĘ PODOBA PAŁAC?” – „ŁADNY, ALE WERSAL TO TO NIE JEST”

W latach 90. XVIII wie­ku Re­den za­brał się tak­że za fol­wark. I to z roz­ma­chem: po­wstał bro­war, Dom Za­rzą­du, staj­nie, ow­czar­nia, sto­do­ła, a ca­łość do­peł­ni­ła roz­bu­do­wa­na sieć sta­wów ho­do­wla­nych. Mo­der­ni­za­cja by­ła tak grun­to­wna, że Bu­ko­wiec zy­skał ran­gę mo­de­lo­we­go go­spo­dar­stwa – a bro­war i ry­by za­pe­wne do­da­wa­ły mu sma­ku do­sło­wnie i w prze­no­śni.

ARCHIWALNA POCZTÓWKA Z BUKOWCA – KOLAŻ ZAMKU, BROWARU I PARKOWYCH PERSPEKTYW, W KTÓRYM ZATRZYMAŁ SIĘ UROK DAWNEJ WSI

W roku 1800 ro­ze­bra­no za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­cze sto­ją­ce do­tąd przed pa­ła­cem i od­tąd zy­skał on na­tu­ral­ną opra­wę w po­sta­ci pa­no­ra­my Kar­ko­no­szy. W ich miej­sce po­wsta­ły no­we bu­dyn­ki, za­pro­je­kto­wa­ne przez Kar­la Gott­frie­da Geiss­le­ra, schlu­dne i do­brze wpi­su­ją­ce się w no­wą wi­zję wła­ści­cie­la. Rów­no­le­gle von Re­den za­brał się za re­ali­za­cję swe­go wiel­kie­go ma­rze­nia – roz­le­głe­go par­ku kra­jo­bra­zo­we­go, w któ­rym ca­ły ma­ją­tek miał zy­skać cha­ra­kter an­giel­skiej far­my ozdo­bnej. Po­dró­że słu­żbo­we do An­glii do­star­czy­ły mu in­spi­ra­cji, lecz praw­dzi­wym pa­li­wem tej wi­zji by­ła mi­łość do żo­ny, Jo­han­ny Ju­lia­ne Frie­de­ri­ke z do­mu von Mas­sov.

PAŁAC W BUKOWCU WEDŁUG FERDINANDA KOSKA, 1862 – TU ARCHITEKTURA NIE DOMINUJE, LECZ SKROMNIE WSPÓŁISTNIEJE Z PARKOWĄ SCENERIĄ

To właśnie dla niej po­le­cił wznieść pa­wi­lon z otwar­tym ko­lum­no­wym por­ty­kiem, na­zwa­ny póź­niej Bel­we­de­rem, bądź – bar­dziej ro­man­ty­cznie – Świą­ty­nią Ate­ny. A że ro­man­tyzm wy­ma­gał tak­że odro­bi­ny te­atral­nej gry, w par­ku po­ja­wi­ły się licz­ne bu­do­wle ale­go­ry­czne: Dom Ogro­dni­ka, Sie­dzi­ba Te­re­sy, Dom Ry­ba­ka, Dom Łą­ko­wy, Dom Nie­bie­ski, wie­ża wi­do­ko­wa War­the Turm, sztu­czne ru­iny am­fi­te­atru, a wre­szcie Opa­ctwo – za­pro­je­kto­wa­ne ja­ko ro­dzin­ne mau­zo­le­um. Wszy­stko to ra­zem two­rzy­ło kraj­obraz, w któ­rym na­tu­ra i ar­chi­te­ktu­ra pro­wa­dzi­ły z so­bą nie­ustan­ny dia­log, a Bu­ko­wiec zy­skał au­rę miej­sca na wskroś no­wo­cze­sne­go i sen­ty­men­tal­ne­go za­ra­zem.

PAŁAC Z FOLWARKIEM ORAZ BELWEDER I OPACTWO NA WZGÓRZACH, RYCINA F. STADLERA Z 1805 ROKU - A NAD STAWEM DAMY, KTÓRE z PEŁNĄ POWAGĄ ROZWAŻAJĄ KWESTIĘ, CZY HERBATA LEPIEJ SMAKUJE O TRZECIEJ, CZY O CZWARTEJ
Fryderyk Wil­helm von Re­den miał za­le­dwie 27 lat, gdy na roz­kaz kró­la pru­skie­go przy­był na Gór­ny Śląsk – z mi­sją nie by­le ja­ką, bo ra­to­wa­nia miej­sco­we­go prze­my­słu, któ­ry po­zo­sta­wał da­le­ko w ty­le za pręż­nie roz­wi­ja­ją­cą się wy­twór­czo­ścią Au­strii. Otrzy­mał sta­no­wi­sko wyż­sze­go dy­re­kto­ra gór­ni­cze­go i tra­fił wprost do świe­żo po­wo­ła­ne­go przez mo­nar­chę Wiel­kie­go Mi­ni­ster­stwa Gór­ni­ctwa i Hut­ni­ctwa.

Już jedna z pier­wszych je­go de­cy­zji po­ka­za­ła, że mło­dy ba­ron nie zwykł dre­ptać utar­ty­mi ścież­ka­mi: spro­wa­dził z An­glii no­win­kę tech­ni­czną – ma­szy­nę pa­ro­wą, wów­czas zwa­ną ognio­wą – i ka­zał ją za­in­sta­lo­wać w ko­pal­ni sre­bra i oło­wiu „Fry­de­ryk”. Nie­ba­wem za­ku­pił ko­lej­ną, któ­rą usta­wił w no­wo za­ło­żo­nej hu­cie w Ozim­ku. Rów­no­cze­śnie ro­bił wszy­stko, by po­bu­dzić na Ślą­sku wy­do­by­cie wę­gla ka­mien­ne­go, któ­re pod ko­niec XVIII wie­ku by­ło, mó­wiąc oględ­nie, ra­czej sym­bo­li­czne.

Problem polegał na tym, że mie­szkań­cy wciąż upie­ra­li się przy pa­le­niu drew­nem – od wła­ści­cie­li wa­pien­ni­ków i bro­wa­rów, przez go­rzel­ni­ków, aż po zwy­kłych użyt­ko­wni­ków. Wę­giel ucho­dził bo­wiem za opał „nie­zdro­wy”, co dziś brzmi jak iro­nia lo­su. Re­den po­sta­no­wił więc dzia­łać nie­sza­blo­no­wo: wpro­wa­dził pre­mie dla wy­twór­ców uży­wa­ją­cych wę­gla, a sam dał przy­kład, in­sta­lu­jąc w bu­ko­wie­ckim pa­ła­cu pie­ce opa­la­ne wła­śnie tym su­ro­wcem.

Ta mieszanka wi­zjo­ne­rstwa i pra­kty­cznej za­chę­ty, wspar­ta pro­te­kcjo­ni­sty­czną po­li­ty­ką cel­ną, przy­nio­sła efe­kty – pru­ski prze­mysł hut­ni­czy za­czął się dy­na­mi­cznie roz­wi­jać. Nic dziw­ne­go, że w 1786 ro­ku Fry­de­ryk Wil­helm von Re­den zo­stał uho­no­ro­wa­ny ty­tu­łem hra­bio­wskim.

FRIEDRICH VON REDEN I JEGO ŻONA JOHANNA JULIANE FRIEDERIKE – PORTRETY Z KOŃCA XVIII WIEKU, W KTÓRYCH POWAGA EPOKI SPOTYKA SIĘ Z DELIKATNYM SENTYMENTEM
Podczas licz­nych po­dró­ży do An­glii von Re­den nie ogra­ni­czał się wy­łą­cznie do spraw służ­bo­wych. Ow­szem, uważ­nie przy­glą­dał się no­win­kom prze­my­sło­wym, ale rów­no­cze­śnie pie­lę­gno­wał wła­sne pa­sje – a jed­ną z nich by­ła fa­scy­na­cja ro­man­ty­czny­mi par­ka­mi kra­jo­bra­zo­wy­mi. Za­mi­ło­wa­nie to szyb­ko prze­kuł w czyn, znaj­du­jąc dla sie­bie do­sko­na­łe po­le twór­czej eks­pre­sji na 23-he­kta­ro­wym te­re­nie po­ło­żo­nym na skra­ju wsi Bu­ko­wiec.

Na przełomie XVIII i XIX stu­le­cia po­wstał tu pier­wszy na Ślą­sku park kra­jo­bra­zo­wy zgod­ny z an­giel­skim ka­no­nem ro­man­ty­czne­go ogro­du – część pro­je­któw wy­szła spod rę­ki sa­me­go Re­de­na, a część przy­go­to­wał uzna­ny ar­chi­tekt ogro­dów Hans Carl Wal­ther. W za­ło­że­niu cho­dzi­ło o coś wię­cej niż tyl­ko pięk­ne alej­ki i ma­lo­wni­cze sta­wy: pro­gram ogro­du ze­sta­wiał czło­wie­ka i na­tu­rę w har­mo­nij­ną ca­łość, ma­ją­cą od­zwier­cie­dlać po­rzą­dek i pra­wa świa­ta.

W lipcu 1815 roku Wil­helm von Re­den zmarł na za­pa­le­nie płuc. Zgod­nie ze swo­ją wo­lą spo­czął w Opa­ctwie w Bu­ko­wcu. Trum­nę nio­sło czter­dzie­stu gór­ni­ków z wał­brzy­skich ko­palń – sym­bo­li­czny hołd dla czło­wie­ka, któ­ry uczy­nił tak wie­le dla ślą­skie­go gór­ni­ctwa. Wie­le lat póź­niej do­łą­czy­ła do nie­go w kryp­cie uko­cha­na żo­na, hra­bi­na Jo­han­na Ju­lia­ne Frie­de­ri­ke, a tak­że jej brat, Georg ba­ron von Ried­sel zu Eis­en­bach.

FRIEDRICH VON REDEN – PORTRET Z CZASÓW, GDY ZAMIAST BŁYSKU MUNDURU POZOSTAŁA JUŻ TYLKO POWAGA JESIENI ŻYCIA

Po śmierci Fryderyka do­bra bu­ko­wie­ckie odzie­dzi­czy­ła je­go żo­na, Jo­han­na Ju­lia­ne Frie­de­ri­ke (zm. 1854), któ­ra wier­nie ko­nty­nu­owa­ła dzie­ło mę­ża, choć z wy­raź­nym wła­snym ak­cen­tem. Z jed­nej stro­ny wzbo­ga­ca­ła par­ko­wą flo­rę o ko­lej­ne ga­tun­ki krze­wów i drzew, z dru­giej – jesz­cze chęt­niej pie­lę­gno­wa­ła dzia­ła­lność re­li­gi­jną i cha­ry­ta­ty­wną. Ja­ko prze­wo­dni­czą­ca Ewan­ge­li­ckie­go To­wa­rzy­stwa Bi­bli­jne­go, a na­de wszy­stko ja­ko opie­kun­ka dzie­ci chłop­skich i wspo­mo­ży­ciel­ka w cza­sach klęsk ży­wio­ło­wych, za­słu­ży­ła so­bie na wdzię­czność i sza­cu­nek lo­kal­nej spo­łe­czno­ści. Moż­na więc rzec, że kie­dy ba­ron li­czył to­ny wę­gla, ba­ro­no­wa z rów­ną pa­sją li­czy­ła uczyn­ki mi­ło­sie­rdzia.

PLAN PAŁACU I FOLWARKU W BUKOWCU Z XIX WIEKU – SCHEMAT, KTÓRY POKAZUJE NIE TYLKO ROZKŁAD ZABUDOWAŃ, ALE I DAWNĄ LOGIKĘ ŻYCIA DWORSKIEGO

Tymczasem parkowo-pa­ła­co­wy Bu­ko­wiec na­bie­rał co­raz więk­sze­go roz­gło­su. Go­ście za­trzy­mu­ją­cy się u hra­bi­ny – czy to na dłu­żej, czy tyl­ko prze­ja­zdem – roz­no­si­li w świat po­chleb­ne opi­nie. I tak wieść o ślą­skim cu­dzie na­tu­ry i ogro­dni­ctwa za­ta­cza­ła co­raz szer­sze krę­gi. Już w 1800 ro­ku, pod­czas po­dró­ży po Dol­nym Ślą­sku, przy­szły pre­zy­dent Sta­nów Zje­dno­czo­nych John Quin­cy Adams tak re­la­cjo­no­wał swo­je wra­że­nia z wi­zy­ty u Re­de­nów: O mi­lę an­giel­ską od Ko­war le­ży Bu­ko­wiec [...] jest tu to, co w An­glii na­zy­wa się na or­na­men­tal farm, grun­ty są za­go­spo­da­ro­wa­ne na spo­sób an­giel­ski. Na­tu­ra jest tu tak pięk­na sa­ma w so­bie, że nie wy­ma­ga wie­le za­cho­du, że­by ją ozdo­bić. Są tu traw­ni­ki, gro­ty, ka­ska­dy, stru­mie­nie i ga­je, któ­rym bra­ku­je tyl­ko ogro­dzeń, że­by wy­glą­da­ły jak an­giel­skie ogro­dy.

GROTA W BUKOWCU Z WIDOKIEM NA ŚNIEŻKĘ, 1825 – "CHŁOPCZE, A CZY NA SZCZYCIE SERWUJĄ DESER?" – "NIE, JAŚNIE PANI, NA SZCZYCIE SERWUJĄ TYLKO ZMĘCZENIE".

Dzięki bliskim kontaktom Re­de­nów z dwo­rem pru­skim i eli­tą epo­ki – od po­etów z naj­wyż­szej pół­ki, ta­kich jak Jo­hann Wol­fgang Go­ethe, po po­li­ty­ków i ary­sto­kra­tów – Bu­ko­wiec stał się jed­nym z waż­niej­szych pun­któw na ma­pie ży­cia kul­tu­ral­ne­go i to­wa­rzy­skie­go. Park hra­bie­go urósł do ran­gi atra­kcji mię­dzy­na­ro­do­wej, a zje­żdża­li tu go­ście z ca­łej Eu­ro­py, by na­cie­szyć oczy je­go uro­ka­mi.

RENESANSOWA STUDNIA W PARKU PAŁACOWYM, XIX WIEK - NIE TYLKO ELEMENT KOMPOZYCJI, ALE TEŻ NATURALNY PUNKT SPOTKAŃ WŚRÓD ZIELENI

Na liście odwiedzających po­ja­wi­li się wy­bi­tni ma­la­rze i ilu­stra­to­rzy – Ca­spar Da­vid Frie­drich, Carl Gu­stav Ca­rus, Ca­spar Scheu­ren czy Sa­mu­el Ro­sel – a tak­że po­eta The­odor Koer­ner, ba­ron Rze­szy Hein­rich von Stein, ro­syj­ska ce­sa­rzo­wa i za­przy­ja­źnio­ny z Re­de­nem przy­szły król Prus Fry­de­ryk Wil­helm IV. Wi­zy­ta w Bu­ko­wcu sta­wa­ła się więc obo­wią­zko­wym pun­ktem w ka­len­da­rzu oświe­co­ne­go Eu­ro­pej­czy­ka.

BUKOWIEC, 1840 – ŁAWA MARMUROWA W PARKU PAŁACOWYM. LITOGRAFIA E. W. KNIPPEL – MIEJSCE, GDZIE THEODOR KOERNER MÓGŁ UKŁADAĆ WERSY, ZASTANAWIAJĄC SIĘ, CZY NIE LEPIEJ NA MIĘKKIM KRZEŚLE

Księżna Izabela Czar­to­ry­ska, któ­ra zaj­rza­ła tu w 1816 ro­ku, za­no­to­wa­ła w swo­im dzien­ni­ku za­chwy­ty peł­ne so­czy­stych barw i po­ró­wnań: Na­tu­ra uczy­ni­ła wszy­stko jak wszę­dzie w tym za­ką­tku Ślą­ska, by upięk­szyć Bu­ko­wiec. Naj­róż­no­ro­dniej­sze wi­do­ki, zie­leń naj­śwież­sza, kraj po­la­mi po­cię­ty, da­lej gó­ry i wspa­nia­łe drze­wa. Moż­na to za­uwa­żyć wszę­dzie, lecz prze­de wszy­stkim świad­czą o tym szcze­gó­ły: ży­zne po­la, wie­le ga­tun­ków drzew i z naj­wię­kszym sma­kiem po­sa­dzo­ne wzdłuż ale­jek i ście­żek krze­wy i ro­śli­ny. [...] Kwia­tów ta­ka moc, że oko ośle­pia róż­no­ro­dność barw ze­sta­wio­nych przy­pa­dko­wo, ja­rzą­cych się w bla­skach słoń­ca.

NA RYCINIE T. BLATTERBAUERA PARK W BUKOWCU TONIE W ROMANTYCZNYM SPOKOJU, JAKBY KOMARY ZROBIŁY WYJĄTEK DLA SZTUKI

Na tle tego festiwalu przy­ro­dy sam pa­łac – oszczę­dny w for­mie, po­zba­wio­ny ozdo­bni­ków – wy­da­wał się go­ściom nie­co… skrom­ny. Sa­ma Czar­to­ry­ska uję­ła to z ty­po­wą dla sie­bie ele­gan­cją: Oko po pra­wej stro­nie spo­glą­da na pań­ski pa­łac, któ­ry nie wy­glą­da wspa­nia­le, ale speł­nia swój cel ja­ko dom miesz­kal­ny.

REKONSTRUKCJA JEDNEGO Z PAŁACOWYCH WNĘTRZ – TAM, GDZIE DAWNA GRAFIKA BYŁA SKROMNA W CZERNI I BIELI, DZIŚ ROZKWITA KOLORYTEM CZYSTO UMOWNYM
WANG

O hrabinie von Reden war­to wspo­mnieć jesz­cze z jed­ne­go po­wo­du. Każ­dy, kto był w Kar­pa­czu, zna za­pe­wne nor­we­ski ko­ściół Wang, sto­ją­cy w pół­no­cnej czę­ści mia­sta przy szla­ku na Śnie­żkę. Ma­ło kto jed­nak wie, że świą­ty­nia ta mia­ła po­cząt­ko­wo tra­fić nie w Kar­ko­no­sze, lecz na Wy­spę Mu­zeów w Ber­li­nie. I rze­czy­wi­ście – po za­ku­pie przez kró­la Prus Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma ko­ściół ro­ze­bra­no i prze­wie­zio­no do sto­li­cy.

KOŚCIÓŁ WANG W KARPACZU – ŚWIĄTYNIA, KTÓRA ZAMIAST W BERLIŃSKIM MUZEUM ZNALAZŁA SWÓJ DOM POD ŚNIEŻKĄ. NA SZCZĘŚCIE, BO W GÓRACH WYGLĄDA JAK U SIEBIE.
Dopiero interwencja hra­bi­ny Frie­de­ri­ke w 1841 ro­ku zmie­ni­ła bieg tej hi­sto­rii. Zna­jąc kró­la jesz­cze z cza­sów, gdy od­wie­dzał Bu­ko­wiec, prze­ko­na­ła go, że lep­szym miej­scem bę­dzie Śląsk – a kon­kre­tnie Kar­pacz, gdzie pla­no­wa­no utwo­rzyć no­wą pa­ra­fię ewan­ge­li­cką. Ar­gu­ment oka­zał się na ty­le prze­ko­nu­ją­cy, że król zmie­nił de­cy­zję.

ORYGINALNY KOŚCIÓŁ WANG – REKONSTRUKCJA Z OKOŁO 1840 ROKU, KIEDY NIEPOZORNA ŚWIĄTYNIA STAŁA JESZCZE SPOKOJNIE NAD NORWESKIM FIORDEM, NIE PRZEWIDUJĄC, ŻE ZROBI KARIERĘ W KARPACZU.
Kościół popłynął więc dro­gą wod­ną do Mal­czyc ko­ło Leg­ni­cy, a stam­tąd ru­szył w trud­ną po­dróż lą­do­wą do Kar­pa­cza Gór­ne­go. Skła­da­nie bu­do­wli na no­wym miej­scu oka­za­ło się znacz­nie bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce, niż prze­wi­dy­wa­no: te­ren był nie­rów­ny i trze­ba by­ło roz­sa­dzać ska­ły, a wie­le ele­men­tów kon­stru­kcji nie na­da­wa­ło się już do uży­cia. Trze­ba by­ło je wy­ko­nać na no­wo we­dług daw­nych ry­sun­ków. Efekt? Gdy świą­ty­nia sta­nę­ła wresz­cie na miej­scu, z ory­gi­nal­nych czę­ści po­zo­stał… za­le­dwie co pięt­na­sty frag­ment! Od pod­staw zbu­do­wa­no kruż­gan­ki, wie­żę, a tak­że ok­na, któ­rych pier­wo­wzór ni­gdy nie po­sia­dał. Ory­gi­nał re­pre­zen­tu­ją dziś prze­de wszy­stkim czte­ry drew­nia­ne ko­lum­ny w środ­ku, bo­ga­to rzeź­bio­ne por­ta­le oraz lwy nor­dy­ckie strze­gą­ce wej­ścia.

KOŚCIÓŁ WANG PO PONOWNYM ZŁOŻENIU – WIDOK OD ZACHODU (1891). Z ORYGINAŁU PRZETRWAŁO NIEWIELE, RESZTĘ DOROBIONO NA NOWO. MOŻNA POWIEDZIEĆ: WIĘCEJ REKONSTRUKCJI NIŻ NORWEGII
28 lipca 1844 ro­ku od­by­ła się uro­czy­sta kon­se­kra­cja ko­ścio­ła w obe­cno­ści kró­la Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma i – rzecz ja­sna – hra­bi­ny von Re­den. Wie­le lat póź­niej, w 1910 ro­ku, na ko­ściel­nym dzie­dziń­cu sta­nę­ło epi­ta­fium ku jej czci – ja­ko po­dzię­ko­wa­nie za to, że świą­ty­nia tra­fi­ła nie na ber­liń­skie sa­lo­ny, lecz na kar­ko­no­skie sto­ki.

POŁOWA XIX WIEKU – KOŚCIÓŁ WANG TUŻ PO KONSEKRACJI. MODLITWY UNOSIŁY SIĘ KU NIEBU, A SPOJRZENIA W DÓŁ BIEGŁY RACZEJ KU SĄSIADOM I ICH STROJOM.

Hrabina von Reden zma­rła w ma­ju 1854 ro­ku, do­ży­wszy sę­dzi­we­go wie­ku 80 lat. Po jej śmier­ci ma­ją­tek – zgo­dnie z te­sta­men­tem – prze­ję­ła chrze­śni­ca, ba­ro­no­wa Ma­rie Ka­ro­li­ne von Ro­ten­han, a na­stęp­nie naj­mło­dszy syn, eme­ry­to­wa­ny ro­tmistrz kró­le­wsko-pru­ski Her­mann von Ro­ten­han. To wła­śnie on pod­jął się re­no­wa­cji pa­ła­cu i par­ko­wych bu­do­wli pod nad­zo­rem kon­ser­wa­to­ra za­by­tków pro­win­cji dol­no­ślą­skiej, Gün­the­ra Grund­man­na.

WSPÓŁCZESNA REKONSTRUKCJA PAŁACU NA PODSTAWIE RYCINY S. RÖFELA Z POŁOWY XIX WIEKU – PRÓBA PRZYWRÓCENIA UTRACONEGO BLASKU

Po Hermannie sche­dę prze­jął je­go syn, ba­ron Frie­drich Karl Ge­org von Ro­ten­han, za­rzą­dza­ją­cy Bu­ko­wcem od 1893 aż do 1945 ro­ku. W pa­ła­cu miesz­kał do 1946, kie­dy to – po­do­bnie jak wie­lu dol­no­ślą­skich ary­sto­kra­tów – zo­stał wy­sie­dlo­ny. Hi­sto­ria nie mia­ła dla ty­tu­łów li­to­ści: spa­ko­wał ku­fry i ru­szył do ro­dzin­nej po­sia­dło­ści w Sen­del­bach we Fran­ko­nii. Bu­ko­wiec na­to­miast prze­szedł pod skrzy­dła Mi­ni­ster­stwa Edu­ka­cji. Od tej chwi­li za­mek miał wspie­rać nie dy­spu­ty o sztu­ce i ro­man­ty­czne spa­ce­ry, lecz go­spo­dar­kę ryb­ną i re­kre­ację. Sa­lo­ny pa­ła­cu za­mie­ni­ły się w dom wy­po­czyn­ko­wy dla pra­co­wni­ków Uni­wer­sy­te­tu i Po­li­te­chni­ki Wro­cła­wskiej, gdzie za­miast fi­lo­zo­fi­cznych dy­sput do­mi­no­wa­ło brzę­cze­nie czaj­ni­ków i ko­lej­ka do sto­łów­ki.

PAŁAC W LATACH 30. XX WIEKU – WCIĄŻ LŚNI, OTULONY ZIELENIĄ I WODĄ, NIEŚWIADOM, ŻE PO WOJNIE PRZYKLEI MU SIĘ SZPETNE SOCMODERNISTYCZNE SKRZYDŁO

Lata 70. XX wie­ku przy­nio­sły no­we obli­cze Bu­ko­wca – Szko­łę Rol­ni­czą. W ko­lej­nych de­ka­dach pa­łac go­ścił ośro­dek do­ra­dztwa rol­ni­cze­go, a w koń­cu Kar­ko­no­ski Uni­wer­sy­tet Lu­do­wy. Daw­ny re­zy­den­cjo­nal­ny splen­dor ustą­pił miej­sca kur­som upra­wy ziem­nia­ka i szko­le­niom z no­wo­cze­sne­go rol­ni­ctwa. W po­ło­wie lat 80. uda­ło się na­wet prze­pro­wa­dzić re­mont: wy­mie­nio­no ele­men­ty więź­by da­cho­wej, bo dach – jak wia­do­mo – trze­ba mieć nad gło­wą nie­za­le­żnie od ustro­ju. Po 1989 obiekt prze­ję­ła Agen­cja Nie­ru­cho­mo­ści Rol­nych – koń­co­wy akord po­wo­jen­nych cza­sów, gdy duch pa­ła­cu roz­pły­wał się w ci­szy, aż prze­trwał już tyl­ko w pa­mię­ci.

BUKOWIEC, LATA 70. XX WIEKU – SZKOLNA PRZYBUDÓWKA, KTÓRA ZAMIENIŁA ARYSTOKRATĘ W URZĘDNIKA Z TEKĄ

OPIS PAŁACU


Pałac to trzy­kon­dy­gna­cyj­na bu­do­wla, któ­rej plan zbli­żo­ny jest do kwa­dra­tu, wzbo­ga­co­ne­go o dwa dy­skre­tne ry­za­li­ty w czę­ści po­łu­dnio­wej i za­cho­dniej. Ten osta­tni ucho­dzi za po­zo­sta­łość daw­nej wie­ży – re­likt cza­sów, gdy w ar­chi­te­ktu­rze bar­dziej ce­nio­no mo­żli­wość wy­pa­try­wa­nia za­gro­że­nia niż ład­ną per­spe­kty­wę na ogród. Fa­sa­da pre­zen­tu­je się wy­ją­tko­wo po­wścią­gli­wie: sześć rzę­dów pro­stych okien w pro­stych ra­mach, kon­dy­gna­cje od­dzie­lo­ne gzym­sem, żad­nych or­na­men­tów, któ­re mo­gły­by roz­pro­szyć uwa­gę. Ca­łość oży­wia łu­ko­wy por­tal wej­ścio­wy, flan­ko­wa­ny pi­la­stra­mi i pro­wa­dzą­ce do nie­go rów­nie skro­mne, jed­no­bie­go­we scho­dy. Nie jest to ar­chi­te­ktu­ra, któ­ra ry­wa­li­zo­wa­ła­by z par­ko­wym oto­cze­niem – ra­czej wy­glą­da, jak­by pa­łac sam uznał, że je­go ro­lą jest nie bły­szczeć, a sta­no­wić ele­ga­nckie tło. Tro­chę jak do­brze ubra­ny gość na we­se­lu: nie rzu­ca się w oczy, ale bez nie­go ca­ła sce­na stra­ci­ła­by rów­no­wa­gę.

PAŁAC W BUKOWCU – NIE JEST BRZYDKI, JEST PO PROSTU WYBITNIE DYSKRETNY

Pałac na­kry­ty jest czte­ro­spa­do­wym da­chem man­sar­do­wym. Wnę­trza – w od­róż­nie­niu od po­wścią­gli­wej fa­sa­dy – za­ska­ki­wa­ły bo­ga­tą de­ko­ra­cją sztu­ka­tor­ską, czę­ścio­wo za­cho­wa­ną do dziś. Fun­kcję re­pre­zen­ta­cyj­ną peł­ni­ła Sa­la Ja­dal­na na pię­trze, z nie­wiel­ką wnę­ką od­dzie­lo­ną od re­szty po­mie­szcze­nia dwie­ma joń­ski­mi ko­lum­na­mi. Obok znaj­do­wa­ły się Sa­la Księ­ży­co­wa i Sa­la Sło­ne­czna – na­zwy tak po­ety­ckie, że aż trud­no uwie­rzyć, iż słu­ży­ły do cał­kiem przy­ziem­nych ce­lów. Obie sa­le łą­czy­ła z niż­szą kon­dy­gna­cją kla­tka scho­do­wa oświe­tlo­na od gó­ry du­żym owal­nym świe­tli­kiem – swo­istym „okiem nie­bios”, któ­re, ni­czym wścib­ski są­siad, za­glą­da­ło wprost do wnę­trza bu­dyn­ku.

SALA JADALNA NA PRZEDWOJENNEJ FOTOGRAFII – REPREZENTACYJNA PRZESTRZEŃ PAŁACU, W KTÓREJ JOŃSKIE KOLUMNY PATRZYŁY Z POWAGĄ NA CODZIENNE ROZMOWY O ZUPIE I POLITYCE

Za czasów Redenów pa­ła­co­we po­mie­szcze­nia peł­ne by­ły efe­kto­wnych ko­min­ków, stiu­ków i sztu­ka­te­rii, któ­re sta­no­wi­ły tło dla wy­sta­wnych ko­le­kcji rzeźb, me­bli i obra­zów. Du­mą wła­ści­cie­li był im­po­nu­ją­cy zbiór ar­ty­sty­cznych wy­ro­bów że­li­wnych oraz por­ce­la­ny ma­nu­fa­ktu­ry w Ber­li­nie, da­ru od ro­dzi­ny kró­lew­skiej – naj­wy­ra­źniej na­wet mo­nar­cho­wie wie­dzie­li, że ła­twiej ująć hra­bie­go po­dar­kiem do sto­łu niż ko­lej­nym pa­te­ty­cznym li­stem. Wcze­śniej dwór ota­cza­ła jesz­cze fo­sa, dziś za­stą­pio­na nie­co mniej efe­kto­wnym obni­że­niem te­re­nu. Moż­na po­wie­dzieć, że daw­ny ele­ment obron­ny prze­isto­czył się w ro­dzaj hi­sto­ry­czne­go cie­nia, gdzie za­miast ryb i mo­stów trium­fu­ją mlecz i ko­ni­czy­na.

KAPITELE, PILASTRY I GZYMSY – PROJEKTOWANE DLA UCZT I KONCERTÓW – W LATACH 70. XX WIEKU PILNOWAŁY CISZY PODCZAS WYKŁADÓW Z INNOWACYJNYCH METOD INSEMINACJI BYDŁA ORAZ REFERATÓW O MAKROSKŁADNIKACH W OBORNIKU ŚWIŃSKIM NA PRÓCHNICACH GLEB LEKKICH

Na północ od pa­ła­cu roz­cią­ga się roz­le­głe za­ło­że­nie kra­jo­bra­zo­we w sty­lu an­giel­skim, któ­re na po­czą­tku XIX wie­ku li­czy­ło nie­mal 1500 ga­tun­ków ro­ślin – w wię­kszo­ści egzo­ty­cznych przy­by­szów, bo miej­sco­wa flo­ra uzna­na zo­sta­ła za nie­go­dną te­go to­wa­rzy­stwa i po­spo­li­te fioł­ki mu­sia­ły ustą­pić miej­sca przy­by­szom z da­le­kich krain. Ca­łość po­dzie­lo­no na trzy pej­za­żo­we kom­po­zy­cje: kwie­tny ogród tuż przy pa­ła­cu i Do­mu Ogro­dni­ka, wła­ści­wy park obej­mu­ją­cy dal­szą część po­sia­dło­ści oraz ozdo­bną far­mę, w któ­rej fol­wark, sta­wy ryb­ne i ota­cza­ją­ce je łą­ki z po­la­mi uda­wa­ły, że go­spo­dar­ka rol­na też mo­że być ro­man­ty­czna.

SCHODY DO PARKU, GDZIE NIEGDYŚ PODZIWIANO BOTANICZNE NOWINKI – DZIŚ PILNUJE JE KRÓLIK Z RODZIMEGO PNIA

Rozbudowany system wod­ny po­łą­czo­no ro­wa­mi i ka­na­ła­mi, a gro­ble peł­ni­ły ro­lę trak­tów spa­ce­ro­wych, któ­re wy­zna­cza­ły osie wi­do­ko­we pro­wa­dzą­ce wprost na szczy­ty Kar­ko­no­szy. Na­wet po­bli­skie sta­wy do­sta­ły swo­je ro­le w tym ro­man­ty­cznym spe­kta­klu – spię­trzo­ne ta­mą i ochrz­czo­ne tak, by bu­dzi­ły na­strój za­du­my, jak choć­by Staw Po­nu­rej Ka­pli­czki. Bu­ko­wie­ckie za­ło­że­nie kra­jo­bra­zo­we z cza­sów Re­de­nów by­ło tak no­wa­tor­skie, że sta­ło się wzo­rem dla in­nych par­ków w Do­li­nie Kró­lów, wy­prze­dza­jąc ich re­ali­za­cje o do­bre ćwierć wie­ku. Krót­ko mó­wiąc – za­nim w oko­li­cy za­pa­no­wa­ła mo­da na ro­man­tyzm, Bu­ko­wiec zdą­żył już zo­stać jej trend­set­te­rem.

ROMANTYCZNY STAW W BUKOWCU – TU ZWIERCIADŁO WODY OTWIERAŁO PERSPEKTYWĘ NA SĘDZIWE KARKONOSZE

Oryginalnym i nie­zwy­kle cen­nym do­peł­nie­niem bu­ko­wie­ckie­go par­ku by­ła gru­pa bu­do­wli roz­lo­ko­wa­nych w ści­śle okre­ślo­nych miej­scach, któ­re peł­ni­ły funk­cje pra­kty­czne al­bo wy­łącz­nie sym­bo­li­czne, wpro­wa­dza­jąc do oto­cze­nia pa­ła­cu wąt­ki an­ty­czne i ro­man­ty­czne. Naj­waż­niej­szą z nich by­ła bez wąt­pie­nia Świą­ty­nia Ate­ny, zwa­na też Bel­we­de­rem. Wznie­sio­no ją w 1804 ro­ku na wzgó­rzu, oko­ło 200 me­trów od pa­ła­cu – w sam raz, by moż­na by­ło dojść spa­cer­kiem, ale i po­czuć się jak w dro­dze do cze­goś wy­jąt­ko­we­go.

BELWEDER. ROMANTYCZNY PEJZAŻ Z 1830 ROKU – NATURA W ROLI GŁÓWNEJ, ARCHITEKTURA W ROLI RAMY.

Świątynia miała for­mę nie­wiel­kie­go, sy­me­try­czne­go gma­chu z czte­ro­ko­lum­no­wym por­ty­kiem do­ry­ckim. W bocz­nych po­ko­jach mie­ści­ła się bi­blio­te­ka i sa­lo­nik, ide­al­ne miej­sce na spo­tka­nia, pod­czas któ­rych moż­na by­ło po­dzi­wiać ma­lo­wni­czą pa­no­ra­mę Kar­ko­no­szy. Trud­no o bar­dziej ro­man­ty­czną sce­nę: an­ty­czna sty­li­za­cja, wi­dok gór i ła­ciń­ska ins­kry­pcja na fron­to­nie, w któ­rej hra­bia von Re­den wy­znał mi­łość swo­jej żo­nie w spo­sób iście mo­nu­men­tal­ny – Ko­cha­nej mał­żon­ce – Frie­drich Wil­helm von Re­den. Nie każ­dy do­sta­je ko­lum­na­dę i mar­mu­ro­wy na­pis w ra­mach pre­zen­tu na dru­gą ro­czni­cę ślu­bu.

A. TITTEL, BELWEDER W BUKOWCU, 1821 – IDEALNE MIEJSCE, BY PODCZAS SPACERU UDAWAĆ, ŻE JESTEŚMY W STAROŻYTNEJ GRECJI

Świątynia Ateny gó­ro­wa­ła nad naj­bliż­szym oto­cze­niem, w któ­rym szcze­gól­nie wy­róż­niał się Dom Ogro­dni­ka – uro­cza bu­do­wla z czte­ro­spa­do­wym da­chem w kształ­cie ko­pu­ły, ulo­ko­wa­na w pół­noc­no-wscho­dniej czę­ści par­ku. Z ze­wnątrz przy­po­mi­nał ty­po­we do­my zna­ne z pej­za­żu an­giel­skiej wsi, ale w Bu­ko­wcu peł­nił funk­cję znacz­nie bar­dziej wy­szu­ka­ną: re­kre­acyj­ne­go ga­bi­ne­tu hra­bie­go i hra­bi­ny. W środ­ku zna­la­zła się ko­le­kcja mi­ne­ra­łów, mo­ty­li i żu­ków – pry­wa­tne mu­zeum na­tu­ry, któ­re mia­ło za­chwy­cać go­ści, a pew­nie tak­że pod­kre­ślać, że pań­stwo Re­de­no­wie ma­ją gust i… tro­chę cza­su na ukła­da­nie owa­dów w ga­blo­tach. Sa­lon her­ba­cia­ny od stro­ny po­łu­dnio­wej zdo­bi­ło dwa­na­ście obra­zów przed­sta­wia­ją­cych kwia­ty, każ­dy przy­pi­sa­ny do in­ne­go mie­sią­ca ro­ku. Za­tem nie­za­le­żnie od po­ry za­wsze moż­na by­ło na­pić się her­ba­ty w „od­po­wie­dnim” to­wa­rzy­stwie bo­ta­ni­cznym.

DOM OGRODNIKA, CYFROWA REKONSTRUKCJA WG SZKICU Z 1820 ROKU – TU OGRODNIK BYŁ NAJMNIEJ POTRZEBNY, BO PRAWDA JEST TAKA, ŻE CHODZIŁO O MOTYLE W GABLOCIE

Nieco dalej, na nie­wiel­kim, po­ro­śnię­tym mchem kop­cu, stał ka­mien­ny po­mnik wy­bi­tne­go ge­ogra­fa Jo­han­na Va­len­ti­na Wei­gla, a tuż obok drew­nia­ny Dom Ry­ba­ka. Choć na­zwa brzmi skro­mnie, w bu­dyn­ku mie­szkał nie tyl­ko po­mo­cnik ogro­dni­ka, ale też przy­go­to­wa­no dwa po­ko­je dla sa­mych Re­de­nów. Dla pod­kre­śle­nia „ry­ba­ckie­go” cha­ra­kte­ru oto­cze­nia obok do­mu ro­zło­żo­no sie­ci i uło­żo­no kil­ka ło­dzi – tak na wszel­ki wy­pa­dek, gdy­by ko­muś przy­szła ocho­ta uwie­rzyć, że to rze­czy­wi­ście sie­dzi­ba ry­ba­ka, a nie sty­li­zo­wa­na de­ko­ra­cja par­ku.

DOM RYBAKA, POCZĄTEK XIX WIEKU – WIĘCEJ TU TEATRU NIŻ RYBOŁÓWSTWA

W dalszej per­spe­kty­wie, na wzgó­rzu zwa­nym Kes­sel­berg, wzno­si się cy­lin­dry­czna War­the Turm – wie­ża wi­do­ko­wa, z któ­rej we wrze­śniu 1820 ro­ku go­ście bu­ko­wie­ckie­go pa­ła­cu ob­ser­wo­wa­li za­ćmie­nie słoń­ca. Trze­ba przy­znać, że miej­sce na­da­wa­ło się do te­go ide­al­nie: pa­no­ra­ma Kar­ko­no­szy i Ru­daw Ja­no­wi­ckich roz­cią­ga się stąd jak na dło­ni. Moż­li­wość po­dzi­wia­nia wi­do­ków mie­li nie tyl­ko go­ście z sa­lo­nów, lecz rów­nież ci z ła­wek kar­czem­nych, oczy­wi­ście po uprzed­nim zgło­sze­niu w od­po­wie­dnim miej­scu. Tak wy­glą­da­ła dzie­wię­tna­sto­wie­czna „tu­ry­sty­ka ma­so­wa” – ele­gan­cka i z re­gu­la­mi­nem.

WARTHE TURM, OKOŁO 1825 ROKU – ROMANTYCZNE OKNO NA KARKONOSZE I RUDAWY, W SAM RAZ DLA AMATORÓW WIELKICH WIDOKÓW

Nieopodal wieży wznie­sio­no sztu­czne ru­iny na wzór rzym­skie­go am­fi­te­atru: dwu­kon­dy­gna­cyj­ny mur z ła­ma­ne­go ka­mie­nia w for­mie pół­ko­la, z okna­mi, któ­re za­miast szyb ofe­ro­wały sta­ran­nie wy­ka­dro­wa­ne wi­do­ki na gó­ry. Cen­tral­nym pun­ktem tej ro­man­ty­cznej sce­no­gra­fii by­ła Śnież­ka – gó­ra, któ­ra w ta­kiej opra­wie wy­glą­da­ła jak głów­ny aktor na sce­nie, pod­czas gdy ca­łe ru­iny słu­ży­ły je­dy­nie za te­atral­ną de­ko­ra­cję.

AMFITEATR – ARCHITEKTURA, KTÓRA WOLAŁA OD RAZU WEJŚĆ W ROLĘ RUINY, ZANIM CZAS SIĘ POSTARA

Zachodnią część ze­spo­łu par­ko­we­go zdo­mi­no­wał bu­dy­nek Opa­ctwa – wy­jąt­ko­wy, bo za­miast an­ty­cznych od­nie­sień do­stał sza­tę ne­ogo­ty­cką. Wznie­sio­no go z my­ślą o mau­zo­leum ro­do­wym i szyb­ko speł­nił tę ro­lę: po śmier­ci von Re­de­na w 1815 ro­ku wła­śnie tu­taj spo­czę­ła je­go trum­na, na­kry­ta bia­łym ca­łu­nem i co­dzien­nie ozda­bia­na świe­żym bu­kie­tem przez zbo­la­łą wdo­wę. Ro­man­ty­czny gest, któ­ry w pra­kty­ce za­mie­nił ka­pli­cę w miej­sce spo­tkań z pa­mię­cią hra­bie­go – i obo­wią­zko­wy punkt zwie­dza­nia.

CYFROWA REKONSTRUKCJA OPACTWA – HRABIA ZAPEWNE DOCENIŁBY TAKĄ JAKOŚĆ RENDERU

Wcześniej bu­dy­nek peł­nił bar­dziej przy­zie­mną funk­cję: miesz­ka­ła w nim ro­dzi­na opie­ku­ją­ca się oto­cze­niem i wy­po­sa­że­niem, a tu­ry­stom udo­stęp­nia­no dwa po­mie­szcze­nia – bo­ga­to zdo­bio­ną na­wę i znacz­nie skrom­niej­szą kom­na­tę w wie­ży. Tak­że póź­niej Opa­ctwo by­ło ce­lem wy­cie­czek, głów­nie ze wzglę­du na obe­cność mau­zo­leum Re­de­na. Je­den z opi­sów od­da­je atmo­sfe­rę te­go miej­sca z te­atral­ną po­wa­gą: W gę­stwi­nie la­su opa­ctwo w śre­dnio­wie­cznym sty­lu, oto­czo­ne naj­rzad­szy­mi krze­wa­mi i kwia­ty, wcho­dzi się do ni­skie­go skle­pie­nia, na le­wo przez drzwi że­la­zne w kra­ty wiel­kie, przy sła­bym oświe­tle­niu w od­da­li spo­strze­ga się bia­ło osło­nię­ty przed­miot – jest to trum­na mi­ni­stra hra­bie­go Re­de­na, to jest je­go grób. Ro­man­ty­czny pej­zaż Bu­ko­wca uzu­peł­niał Sa­lon Ogro­do­wy i prze­nie­sio­na z Kar­pnik re­ne­san­so­wa Stud­nia Tem­pla­riu­szy, za­my­ka­ją­ca ca­ły cykl ni­czym do­brze po­sta­wio­na krop­ka.

OPACTWO W LATACH 20. XX WIEKU – NEOGOTYCKA PAMIĘĆ O REDENIE, KTÓRĄ Z CZASEM OTOCZYŁA PROZA ŻYCIA

STAN OBECNY


Pozostałości re­ne­san­so­we­go dwo­ru kry­ją się w dol­nych par­tiach pa­ła­cu – nie są jed­nak w ża­den spo­sób wy­eks­po­no­wa­ne, więc roz­po­zna­nie ich wy­ma­ga wpra­wne­go oka al­bo spo­rej wy­obraź­ni. Sam bu­dy­nek dłu­go nie za­chwy­cał uro­dą, ale je­go ele­wa­cje nie­da­wno od­świe­żo­no, więc przy­naj­mniej z ze­wnątrz od­zy­skał część daw­ne­go bla­sku. Wnę­trza w zna­cznej czę­ści utra­ci­ły wa­lo­ry este­ty­czne na­da­ne im przez fun­da­to­rów. Wy­jąt­kiem po­zo­sta­je od­re­stau­ro­wa­na Kan­ce­la­ria z bo­ga­tą de­ko­ra­cją sztu­ka­to­rską na skle­pie­niu oraz re­pre­zen­ta­cyj­na Sa­la Ja­dal­na z cha­ra­kte­ry­sty­czny­mi joń­ski­mi ko­lum­na­mi – de­ta­le, któ­re na­dal po­tra­fią przy­ciąg­nąć wzrok, na­wet je­śli re­szta bu­dyn­ku nie za­wsze do­trzy­mu­je im kro­ku.

PAŁAC W BUKOWCU, PRZED REWITALIZACJĄ – ROMANTYZM GINĄCY POD TYNKIEM I SZAROŚCIĄ LAT 70.

Dziś pałac gości Zwią­zek Gmin Kar­ko­no­skich, a fol­wark i park tra­fi­ły w rę­ce Fun­da­cji Do­li­na Pa­ła­ców i Ogro­dów Ko­tli­ny Je­le­nio­gór­skiej. De­ko­ra­cje po­zo­sta­ły te sa­me, zmie­nił się tyl­ko re­per­tu­ar – ro­man­ty­czne unie­sie­nia za­stą­pi­ły szko­le­nia i pro­je­kty unij­ne, bar­dziej prak­ty­czne niż na­tchnio­ne.

FOLWARCZNE BIURO PRZESZŁO DO HISTORII – TERAZ PRZYJMUJE GOŚCI NA NOCLEG I WESELA

Założenie parkowe nie przy­po­mi­na już daw­ne­go ogro­du peł­ne­go wy­szu­ka­nych kom­po­zy­cji, ale te­ren jest za­dba­ny i wciąż po­tra­fi cie­szyć oko spa­ce­ro­wi­czów. Z daw­nych bu­do­wli naj­le­piej za­cho­wa­ły się Dom Ogro­dni­ka, Opa­ctwo oraz Bel­we­der – zna­ny rów­nież ja­ko Świą­ty­nia Ate­ny al­bo, w bar­dziej swoj­skiej wer­sji, Her­ba­cia­rnia. To wła­śnie stąd roz­cią­ga się zna­ko­mi­ty wi­dok na Śnie­żkę, któ­ra od wie­ków i tak gra tu pier­wsze skrzy­pce, nie­za­le­żnie od te­go, czy w tle stoi kla­sy­cy­sty­czny por­tyk, czy zwy­kła ław­ka dla tu­ry­stów.

WIDOK Z BELWEDERU – PERSPEKTYWA, KTÓRA PROWADZI WPROST KU ŚNIEŻCE
Do pałacu jesz­cze te­raz (2025) ra­czej nie zaj­rzy­my, ale park stoi otwo­rem o każ­dej po­rze dnia i no­cy – i choć no­cne spa­ce­ry nie każ­de­mu przy­pa­dną do gu­stu, sa­ma świa­do­mość tej swo­bo­dy brzmi ku­szą­co.
Po parku moż­na spa­ce­ro­wać z psem, dla któ­re­go naj­wię­kszą atra­kcją za­pew­ne nie bę­dą wi­do­ki na Śnie­żkę, lecz ca­ły wa­chlarz za­pa­chów ukry­tych w tra­wie i krze­wach.

PARK W BUKOWCU – ROMANTYCZNY ZA DNIA, INTRYGUJĄCY W NOCY, FASCYNUJĄCY DLA PSIEGO NOSA ZAWSZE

DOJAZD


Bukowiec zajmuje cen­tral­ną część tzw. Do­li­ny Kró­lów – re­gio­nu u pod­nó­ża Kar­ko­no­szy, w któ­rym na każ­dym kro­ku spo­ty­ka się świa­de­ctwa daw­nej po­tę­gi ary­sto­kra­cji: Hab­sbur­gów, Ho­hen­zol­ler­nów, Schaff­go­tschów, Ra­dzi­wił­łów czy Czar­to­ry­skich. Dziś to już nie kró­lew­skie pa­ła­ce, lecz zwy­kłe wsie i mia­ste­czka, wciąż jed­nak peł­ne cen­nych za­by­tków. Sam Bu­ko­wiec le­ży oko­ło 15 ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy wschód od Je­le­niej Gó­ry, nie­da­le­ko dro­gi do Kar­pa­cza.

Przy pa­ła­cu znaj­dzie­my par­king na kil­ka­dzie­siąt aut, choć w se­zo­nie to by­wa ra­czej kon­kurs szyb­ko­ści i szczę­ścia niż pew­ne miej­sce po­sto­ju. Naj­le­piej od­wie­dzić Bu­ko­wiec w go­dzi­nach przed­po­łu­dnio­wych – wte­dy park po­ka­zu­je swo­je spo­koj­niej­sze obli­cze.

WARTO ZOBACZYĆ


W położonych za­le­dwie 4 km na pół­no­cny za­chód od Bu­ko­wca My­sła­ko­wi­cach stoi oka­za­ły pa­łac, wznie­sio­ny w pier­wszej po­ło­wie XVIII wie­ku przez von Rei­bni­tzów, a póź­niej prze­bu­do­wa­ny w sty­lu ne­ogo­ty­ckim z ini­cja­ty­wy kró­la pru­skie­go Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma. To wła­śnie on uczy­nił z My­sła­ko­wic swo­ją let­nią re­zy­den­cję, a przy oka­zji – dru­gą sto­li­cę Prus. Tym sa­mym nie­wiel­ka wieś na­gle sta­ła się naj­wa­żniej­szym pun­ktem hi­sto­ry­cznej Do­li­ny Kró­lów, gdzie ary­sto­kra­ty­czny pre­stiż spo­ty­kał się z kar­ko­no­ską sce­ne­rią.

PAŁAC W MYSŁAKOWICACH – DAWNA LETNIA REZYDENCJA KRÓLA PRUS, CZYLI CESARSKA STOLICA NA PRZEDMIEŚCIACH KARKONOSZY

Sam pałac za­ło­żo­no na pla­nie zbli­żo­nym do pod­ko­wy, z dwu­kon­dy­gna­cyj­nym pa­wi­lo­nem wej­ścio­wym w fa­sa­dzie po­łu­dnio­wej. Od za­cho­du przy­le­ga do nie­go ośmio­bocz­na wie­ża zwień­czo­na blan­ko­wa­ną pla­tfor­mą, z któ­rej roz­cią­gał się wi­dok na Kar­ko­no­sze, ide­al­ny do kon­tem­pla­cji wiel­kiej po­li­ty­ki w let­nim wy­da­niu. Ca­łość ota­cza roz­le­gły park kra­jo­bra­zo­wy, a dziś w mu­rach daw­nej re­zy­den­cji kró­lew­skiej mie­ści się… szko­ła – ucznio­wie ma­ją więc lek­cje w miej­scu, gdzie kie­dyś pi­sa­ła się hi­sto­ria Prus.

PARK KIEDYŚ TWORZONY Z MYŚLĄ O KRÓLEWSKIEJ REZYDENCJI, DZIŚ ZAPEWNIA CODZIENNĄ SCENERIĘ DLA SZKOLNEGO ŻYCIA

W oddalonej o 10 km na pół­noc Łom­ni­cy znaj­dzie­my pięk­nie zre­wi­ta­li­zo­wa­ny ze­spół pa­ła­co­wy. Skła­da się on z ba­ro­ko­we­go pa­ła­cu Ku­ste­rów z XVIII wie­ku, XIX-wiecz­ne­go kla­sy­cy­sty­czne­go pa­ła­cy­ku Men­zlów – obec­nie zna­ne­go ja­ko Dom Wdów – oraz za­bu­do­wań fol­war­cznych z nie­wiel­kim par­kiem. Na­zwa „Dom Wdów” brzmi dość po­nu­ro, ale dziś mie­ści się tam cał­kiem przy­tul­ny ho­tel, w któ­rym moż­na wy­po­cząć bez ko­nie­czno­ści cze­ka­nia na te­sta­ment.

ŁOMNICA – MIEJSCE, GDZIE DAWNE PAŁACE ZYSKAŁY NOWE ŻYCIE, A „DOM WDÓW” STAŁ SIĘ RACZEJ DOMEM SPOKOJU I WYGODY

W barokowym pa­ła­cu urzą­dzo­no wy­sta­wę wnętrz, a daw­ny fol­wark ożył ja­ko prze­strzeń edu­ka­cyj­no-re­kre­acyj­na. Spi­chlerz mie­ści Sklep Lnia­ny, w bu­dyn­kach go­spo­dar­czych dzia­ła­ją pie­kar­nia, sklep fol­war­czny i kuch­nia zie­miań­ska. Sło­wem – tam, gdzie kie­dyś kró­lo­wa­ły płu­gi i in­wen­tarz, dziś moż­na ku­pić lnia­ną ser­we­tkę, spró­bo­wać świe­że­go chle­ba i zaj­rzeć do zie­miań­skie­go ży­cia – ale już bez ko­nie­czno­ści wsta­wa­nia o świ­cie do obo­ry.

OD SALONÓW Z KRYSZTAŁOWYMI ŻYRANDOLAMI PO KUCHNIE Z PIECAMI – PAŁAC W BAROKOWEJ ODSŁONIE POKAZUJE CODZIENNOŚĆ DAWNYCH WŁAŚCICIELI

Tuż obok, oddzielony je­dy­nie wą­ską stru­gą Bo­bru, wzno­si się pa­łac w Wo­ja­no­wie – we­dług wie­lu naj­pię­kniej­sza re­zy­den­cja Dol­ne­go Ślą­ska. Ele­gan­cja Wo­ja­no­wa dzia­ła jak mag­nes i trud­no się dzi­wić, że wie­lu zwie­dza­ją­cych opu­szcza to miej­sce z my­ślą: „tak, tu mo­gli­by­śmy za­mie­szkać”. Nie­ste­ty, na ra­zie po­zo­sta­je to w sfe­rze ma­rzeń, ewe­ntu­al­nie zdjęć na In­sta­gra­mie.

WOJANÓW – MIEJSCE, GDZIE ODRESTAUROWANA ARCHITEKTURA I OTOCZENIE TWORZĄ SPÓJNĄ OPOWIEŚĆ O SMAKU I ELEGANCJI

Jadąc z Bukowca w stro­nę Kar­pa­cza, mi­ja­my Ko­wa­ry, gdzie na te­re­nie daw­nej fa­bry­ki dy­wa­nów po­wstał dość nie­ty­po­wy adres na tu­ry­sty­cznej ma­pie re­gio­nu – park mi­nia­tur. Zgro­ma­dzo­no tu po­nad 60 mo­de­li naj­wa­żniej­szych za­byt­ków pol­skie­go i cze­skie­go Ślą­ska, z wy­raź­ną prze­wa­gą su­de­ckich zam­ków i pa­ła­ców.

PARK MINIATUR W KOWARACH – MIEJSCE, W KTÓRYM SUDECKIE ZAMKI I PAŁACE DA SIĘ ZWIEDZIĆ W JEDEN DZIEŃ, I TO BEZ WSPINANIA SIĘ POD GÓRĘ

Miniatury wy­ko­na­no w ska­li 1:25 lub 1:50 z ma­te­ria­łów od­por­nych na ka­pry­sy po­go­dy, a dba­łość o szcze­gó­ły ar­chi­te­kto­ni­czne ro­bi na­pra­wdę du­że wra­że­nie. In­ny­mi sło­wy: je­śli ktoś ma­rzył, by zo­ba­czyć ca­łe Su­de­ty w jed­no po­po­łu­dnie – tu­taj ma ku te­mu naj­le­pszą oka­zję.

MINIATUROWY ŚWIAT PAŁACÓW I ZAMKÓW – DOWÓD NA TO, ŻE W WERSJI 1:25 ARCHITEKTURA WYGLĄDA NIEWIELE MNIEJ IMPONUJĄCO NIŻ W ORYGINALE

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. W. Kapałczyński, P. Napierała: Zam­ki, pa­ła­ce i dwo­ry Ko­tli­ny Je­le­nio­gór­skiej, DPiOKJ 2005
  2. J. Lamparska: Ta­jem­ni­ce, zam­ki, pod­zie­mia, ASIA Press 1999
  3. R. M. Łuczyński: Zam­ki i pa­ła­ce Dol­ne­go Ślą­ska, OWPW 1997
  4. M. Perzyński: Dol­no­ślą­skie zam­ki, dwo­ry i pa­ła­ce, WDW 2012