CHOJNIK

ruina zamku książęcego

ZAMEK CHOJNIK — KAMIENNY RYCERZ W KRAJOBRAZIE KARKONOSZY — CHOĆ DAWNO PO BITWIE, TO WCIĄŻ NA POSTERUNKU

DZIEJE ZAMKU


Początki zamku są jak po­rząd­na hi­sto­ria opo­wia­da­na przy ko­min­ku: bez za­dę­cia, za to z sen­sem i bar­dzo kon­kre­tnym po­wo­dem istnie­nia. Pia­sto­wscy ksią­żę­ta świd­ni­cko-ja­wor­scy nie bu­do­wa­li bo­wiem z mi­ło­ści do wi­do­ków ani z po­trze­by ro­man­ty­cznych unie­sień — wy­bra­li Gó­rę Choj­nik, bo by­ła wy­so­ka, trud­no do­stęp­na i świe­tnie na­da­wa­ła się do pil­no­wa­nia oko­li­cy, a przy oka­zji po­zwa­la­ła urzą­dzać po­lo­wa­nia, jed­ną z tych roz­ry­wek, któ­re nie na­ru­sza­ły au­to­ry­te­tu wład­cy, na­wet je­śli spro­wa­dza­ły się do ele­gan­cko opa­ko­wa­ne­go okru­cień­stwa.

Z TEJ PERSPEKTYWY CAŁA LOGIKA POŁOŻENIA ZAMKU STAJE SIĘ JASNA, BO TRUDNO O LEPSZY ADRES, JEŚLI CHCE SIĘ WIDZIEĆ WSZYSTKO I JEDNOCZEŚNIE POZOSTAĆ POZA ZASIĘGIEM

Właśnie dlatego, pod ko­niec XIII wie­ku, być mo­że na sta­rych reszt­kach gro­du Bo­brzan, Bo­le­sław Ro­ga­tka (zm. 1278) po­sta­wił w tym miej­scu drew­nia­ny dwór obron­ny — bez aspi­ra­cji do wiecz­no­ści, za to z ja­snym prze­zna­cze­niem. By­ła to rzecz użyt­ko­wa, my­śliw­ska ba­za wy­pa­do­wa na tej sa­mej gó­rze, któ­ra wcze­śniej tak do­brze spraw­dzi­ła się ja­ko punkt ob­ser­wa­cyj­ny: miej­sce, gdzie moż­na by­ło prze­no­co­wać, zjeść coś cie­płe­go i ru­szyć da­lej w las, za­miast uda­wać, że każ­da sie­dzi­ba musi od ra­zu przejść do hi­sto­rii ar­chi­te­ktu­ry.

WIDOK OD STRONY PIEKIELNEJ DOLINY POKAZUJE MUROWANY ZAMEK JAKO PÓŹNIEJSZĄ, TRWALSZĄ WERSJĘ TEGO SAMEGO POMYSŁU, KTÓRY ZACZĄŁ SIĘ TU OD SKROMNEGO, DREWNIANEGO PRZYSTANKU W DRODZE PRZEZ LAS

Na tym etapie do głosu do­szedł Bol­ko II (zm. 1368), któ­ry naj­wy­ra­źniej uznał, że drew­no speł­ni­ło już swo­je za­da­nie. W po­ło­wie XIV wie­ku po­le­cił więc za­mie­nić pro­wi­zo­ry­czny dwór na ka­mien­ną wa­ro­wnię — zwar­tą, su­ro­wą i nie­po­zo­sta­wia­ją­cą wąt­pli­wo­ści co do in­ten­cji, czy­li ta­ką, któ­ra koń­czy­ła etap leś­ne­go przy­stan­ku i za­czy­na­ła hi­sto­rię sta­łe­go pun­ktu na ma­pie księ­stwa.

WEJŚCIE DO ZAMKU W 1891 ROKU I WSPÓŁCZEŚNIE — ZMIENIŁY SIĘ BUTY, TEMPO ZWIEDZANIA I MENTALNOSĆ TURYSTÓW, ALE DYSTANS ARCHITEKTURY POZOSTAŁ ZASKAKUJĄCO KONSEKWENTNY

Świeżo wystawiona bu­do­wla nie­mal od rę­ki tra­fi­ła na ry­nek nie­ru­cho­mo­ści z ofer­tą wy­naj­mu — naj­wy­raź­niej fi­nan­se wy­ma­ga­ły na­tych­mia­sto­we­go ru­chu, a księ­ciu nie wy­pa­da­ło zwle­kać. Roz­po­czę­ły się więc po­szu­ki­wa­nia za­moż­ne­go dzier­żaw­cy, za­koń­czo­ne wio­sną 1364 ro­ku prze­ka­za­niem zam­ku w za­staw ry­ce­rzo­wi Thi­mo von Co­litz za dziś już nie­zna­ną su­mę — z pew­no­ścią jed­nak sa­ty­sfa­kcjo­nu­ją­cą, sko­ro do­ku­men­ty po­szły w ruch, a wa­ro­wnia zmie­ni­ła wła­ści­cie­la bez dra­ma­tów. No­wy po­sia­dacz nie zdą­żył jed­nak przy­wią­zać się do Choj­ni­ka; jesz­cze te­go sa­me­go ro­ku sprze­dał na­by­te pra­wa kró­lo­wi cze­skie­mu Ka­ro­lo­wi IV (zm. 1378) za 2,5 ty­sią­ca kop gro­szy pra­skich, wy­ka­zu­jąc się re­fle­ksem god­nym za­wo­do­we­go han­dla­rza.

WEJŚCIE NA ZAMEK OD STRONY PIEKIELNEJ DOLINY, SFOTOGRAFOWANE W CZASACH, GDY TURYSTA NIE POTRZE­BOWAŁ BUTÓW TREKKINGOWYCH Z MEMBRANĄ I CYFROWYCH POWIADOMIEŃ O WYSIŁKU

W rezultacie nie­wiel­ka, lecz sil­nie ufor­ty­fi­ko­wa­na wa­ro­wnia zna­la­zła się w rę­kach wpra­wdzie so­jusz­ni­ka, ale za­ra­zem po­tęż­ne­go są­sia­da, co szyb­ko na­da­ło spra­wie no­wy cię­żar po­li­ty­czny. Bol­ko II nie na­le­żał jed­nak do wład­ców skłon­nych do dłu­gich roz­wa­żań i jesz­cze przed ro­kiem 1368 do­pro­wa­dził do od­zy­ska­nia Choj­ni­ka, nie oglą­da­jąc się na sen­ty­men­ty ani na cu­dze opi­nie.

TO OD TEGO FRAGMENTU, ZBUDOWANEGO PRZEZ BOLKA II, ZACZĘŁA SIĘ CAŁA HISTORIA, KTÓRA POTEM TROCHĘ SIĘ ROZROSŁA

Po śmierci księ­cia wa­ro­wnia wraz z ca­łym władz­twem ksią­żę­cym for­mal­nie zna­la­zła się pod pa­no­wa­niem cze­skim. Sta­ło się tak na mo­cy wcze­śniej­szych usta­leń dy­na­sty­cznych, przy czym pra­wa do spu­ści­zny prze­szły na Ka­ro­la IV ja­ko wdo­wca po An­nie świd­ni­ckiej , któ­ra ode­szła jesz­cze w 1363 ro­ku, a więc przed Bol­kiem II. W pra­kty­ce jed­nak w księ­stwie na­dal rzą­dzi­ła wdo­wa po Bol­ku, Ag­nie­szka Hab­sburg, gdyż fak­ty­czne prze­ję­cie tych ziem przez Ko­ro­nę Cze­ską od­ło­żo­no aż do jej śmier­ci, ja­ka — ku roz­cza­ro­wa­niu nie­cier­pli­wych — na­stą­pi­ła do­pie­ro w 1392 ro­ku.

XIX-WIECZNA REKONSTRUKCJA WYOBRAŹNI, W KTÓREJ ZAMEK JEST DUMNY, SMUKŁY I NIE ZAWRACA SOBIE GŁOWY REALIAMI

Nazwa Kynast, któ­ra za­do­mo­wi­ła się tu w cza­sach no­wo­ży­tnych wraz z nie­mie­ckim pa­no­wa­niem, po­ja­wia się w źró­dłach naj­póź­niej w 1393 ro­ku, co moż­na uznać za jej of­icjal­ne wej­ście do obie­gu. W 1455 ro­ku za­mek wzmian­ko­wa­ny jest ja­ko Ky­na­ste, by już w ko­lej­nych dzie­się­cio­le­ciach wy­stę­po­wać pod co­raz to no­wy­mi wa­rian­ta­mi tej sa­mej na­zwy: Cy­nast (1462), Kyn­nast (1493), Kie­nast (1550) czy Chi­nast (1783), a ich li­czba su­ge­ru­je, że w tej kwe­stii pa­no­wa­ła znacz­nie więk­sza swo­bo­da niż kon­se­kwen­cja. Rów­no­le­gle funk­cjo­no­wa­ła rów­nież pol­ska wer­sja Choj­na­sty, od­no­szo­na nie tyl­ko do zam­ku, lecz tak­że do po­bli­skiej miej­sco­wo­ści, któ­rą do­pie­ro po 1945 ro­ku prze­mia­no­wa­no na So­bie­szów.

OTO NAIWNA WIZJA ŚWIATA, GDZIE KAŻDY NOWY WYNALAZEK MUSI WJECHAĆ NA CHOJNIK, NAWET JEŚLI FIZYKA PŁACZE

W 1393 roku, wkrót­ce po śmier­ci Ag­nie­szki, Za­mek Choj­nik wraz z przy­le­gło­ścia­mi prze­szedł w rę­ce wpły­wo­we­go ślą­skie­go ro­du Schaff­gotsch — choć część źró­deł su­ge­ru­je, że zmia­na wła­ści­cie­la mo­gła na­stą­pić już w 1381 ro­ku. Tak czy ina­czej, no­wi go­spo­da­rze za­do­mo­wi­li się tu na do­bre, utrzy­mu­jąc za­mek w swo­im po­sia­da­niu nie­przer­wa­nie aż do 1634 ro­ku.

TAK w 1900 ROKU REKLAMOWANO FESTYN, GDY ATRAKCJĄ BYŁ TŁUM, MUZYKA I FAKT, ŻE W OGÓLE JEST FESTYN

Niemal od razu po prze­ję­ciu wa­ro­wni roz­po­czę­to zmia­ny, któ­re sto­pnio­wo prze­su­wa­ły Choj­nik z ro­li twier­dzy czy­sto obron­nej w stro­nę miej­sca, w któ­rym nie tyl­ko na­le­ża­ło bro­nić mu­rów, ale też ja­koś tu wy­trzy­mać na co dzień. Do 1410 ro­ku wznie­sio­no więc bo­ga­to zdo­bio­ną ka­pli­cę św. Je­rze­go i św. Ka­ta­rzy­ny oraz do­bu­do­wa­no pół­no­cny dzie­dzi­niec — ele­men­ty ra­czej zbęd­ne w cza­sie oblę­że­nia, za to bar­dzo przy­da­tne, gdy pla­nu­je się tu co­dzien­ność z ca­łym jej za­ple­czem, a nie tyl­ko cią­głe czu­wa­nie na mu­rach.

ZAMEK NA RYCINIE Z 1810 ROKU, JUŻ MARTWY, ALE WCIĄŻ DOBRZE SKADROWANY

Podczas wojen hu­sy­ckich (1419–1434) Choj­nik był twier­dzą, pod któ­rą moż­na by­ło się spo­cić, ziry­to­wać i stra­cić czas, ale zdo­być go by­ło rów­nie trud­no, jak każ­de miej­sce, któ­re już sa­mym po­ło­że­niem od­ma­wia współ­pra­cy. Z cza­sem jed­nak wła­ści­cie­le zam­ku za­pi­sa­li się w pa­mię­ci oko­li­cy w ro­li znacz­nie mniej god­nej po­dzi­wu. Z obroń­ców wła­snych mu­rów prze­obra­zi­li się w rau­brit­te­rów – ry­ce­rzy, któ­rych za­in­te­re­so­wa­nia co­raz wy­raź­niej dry­fo­wa­ły ku łu­pie­niu kup­ców i oko­licz­nej lud­no­ści, a ide­ały ry­cer­skie trak­to­wa­ne by­ły z dy­stan­sem wła­ści­wym ko­muś, kto wła­śnie li­czy zdo­bycz.

Z TEJ WYSOKOŚCI ŁATWO ZROZUMIEĆ, DLACZEGO ZDOBYWANIE CHOJNIKA BYŁO OPERACJĄ O WYSOKIM POZIOMIE ENTUZJAZMU I NISKICH SZANSACH POWODZENIA

W drugiej po­ło­wie XV wie­ku Choj­nik zda­wał się mieć wy­jąt­ko­we­go pe­cha do swo­ich pa­nów, a rok 1464 tyl­ko ten stan rze­czy przy­pie­czę­to­wał. Wła­śnie wte­dy wła­dzę nad wa­ro­wnią prze­jął Hie­ro­nim Schoff Gotsch, któ­re­go kon­dy­cja psy­chi­czna czy­ni­ła ra­czej pro­ble­mem or­ga­ni­za­cyj­nym niż re­al­nym go­spo­da­rzem zam­ku. Trud­no się więc dzi­wić, że sta­bil­ne rzą­dy po­zo­sta­ły w sfe­rze ma­rzeń, sko­ro już sam po­czą­tek za­po­wia­dał kło­po­ty.

ZAMEK Z XVI WIEKU POKAZANY ROMANTYCZNIE WYGLĄDA JAK ŚREDNIOWIECZNY ODPOWIEDNIK OKŁADKI MAGAZYNU O SUKCESIE

Gdy nie­speł­na ćwierć wie­ku póź­niej po­ja­wił się na­stęp­ca, los Choj­ni­ka po­sta­no­wił pójść w za­par­te. Chri­sto­pher Schoff Gotsch za­koń­czył ży­cie za­mor­do­wa­ny przez wła­sne­go szwa­gra z ro­du Ze­dli­tzów pod­czas wy­pra­wy do Ja­wo­ra, co do­bi­tnie po­ka­za­ło, że ro­dzin­ne re­la­cje by­wa­ły wów­czas rów­nie nie­be­zpie­czne jak otwar­ta woj­na. Po­zba­wio­ny go­spo­da­rza za­mek wszedł tym sa­mym w okres nie­pew­no­ści i za­mę­tu, do­sko­na­le zsyn­chro­ni­zo­wa­ny z re­al­ia­mi tej czę­ści Ślą­ska, gdzie cha­os nie był przej­ścio­wym kry­zy­sem, lecz sta­nem trwa­łym, pie­lęg­no­wa­nym z god­ną po­dzi­wu kon­se­kwen­cją.

ZAMEK CHOJNIK JAKO TŁO DLA ŚREDNIOWIECZA W WERSJI ZBIOROWEJ I ENTUZJASTYCZNEJ

Dopiero po­czą­tek XVI stu­le­cia przy­niósł Choj­ni­ko­wi względ­ne uspo­ko­je­nie, choć ra­czej z bra­ku al­ter­na­tyw niż z na­głe­go przy­pły­wu ła­du. Gdy Ma­ciej Kor­win zdła­wił ślą­ską anar­chię, ko­lej­ny wła­ści­ciel zam­ku Choj­nik, Ul­rich Schoff Gotsch, mógł wre­szcie za­jąć się czymś wię­cej niż do­raź­nym ga­sze­niem po­ża­rów, do­słow­nych i po­li­ty­cznych. Za­miast jed­nak ła­tać sta­re ra­ny i uda­wać, że prze­szłość da się za­ga­dać, po­sta­no­wił na­dać wa­ro­wni no­wą for­mę i no­we zna­cze­nie, pod­po­rząd­ko­wu­jąc ją me­to­dy­cznie funk­cji kon­tro­li i re­pre­sji, na sta­łe wpi­sa­nej w ar­chi­te­ktu­rę, któ­ra od tej po­ry nie mia­ła już ni­ko­go łu­dzić ani uspo­ka­jać.

ZIMA NA DZIEDZIŃCU ZAMKOWYM PRZEZ DELIKATNIE BAJECZNY FILTR POZWALA DOSTRZEC, JAK ARCHITEKTURA KONTROLI ZOSTAŁA SAMA Z ŁAWKAMI I ŚNIEGIEM

W efekcie za­mek roz­rósł się o so­lid­nie ufor­ty­fi­ko­wa­ne przed­zam­cze oraz ze­staw po­mie­szczeń i urzą­dzeń o wy­raź­nie pe­ni­ten­cjar­nym cha­ra­kte­rze, któ­re bez zbęd­nych wy­ja­śnień ko­mu­ni­ko­wa­ły, że po­rzą­dek przy­wró­co­no tu me­to­da­mi da­le­ki­mi od sub­tel­no­ści. Loch gło­do­wy i ka­mien­ny prę­gierz peł­ni­ły ro­lę czy­tel­nych przy­po­mnień, że spra­wie­dli­wość tam­tych cza­sów by­ła su­ro­wa, szyb­ka i zu­peł­nie nie­za­in­te­re­so­wa­na lo­sem ska­za­ne­go.

W JEDNYM KADRZE SPOTYKAJĄ SIĘ DWA ŚWIATY, KTÓRE DOSKONALE ROZUMIAŁY POJĘCIE POSŁUSZEŃSTWA

Dziś sens tych miejsc gi­nie pod war­stwą tu­ry­sty­cznej bez­tro­ski, w re­aliach, w któ­rych prę­gierz stał się wy­go­dnym tłem dla spo­koj­ne­go prze­żu­wa­nia ka­na­pek i ro­bie­nia zdjęć, nie­obar­czo­nych na­wet śla­do­wą re­fle­ksją nad tym, do cze­go na­pra­wdę słu­żył.

PRĘGIERZ NA DZIEDZIŃCU ZAMKU FUNKCJONUJE TERAZ JAK ŁAWKA W PARKU Z DODATKIEM HISTORII DO POMINIĘCIA

Najstarsza wzmianka do­ku­men­tu­ją­ca ist­nie­nie ro­du Schaff­gotsch po­cho­dzi z 1174 ro­ku i do­ty­czy Hu­go­na de Schoff, ka­no­ni­ka ka­te­dry w Wür­zbur­gu, co ozna­cza, że hi­sto­ria ro­du za­czy­na się skrom­nie, od ko­ściel­nych ław, a nie od ry­cer­skich szarż. Na Ślą­sku Schaf­fo­wie po­ja­wi­li się do­pie­ro w XIII stu­le­ciu, we­dług ro­dzin­nej le­gen­dy przy­by­wa­jąc tu w ślad za św. Ja­dwi­gą, któ­rą póź­niej chęt­nie wska­zy­wa­li ja­ko swo­ją pa­tron­kę. Le­gen­da, jak to zwy­kle by­wa, do­brze uzu­peł­nia­ła brak pre­cy­zyj­nych źró­deł.

HERB RODU SCHAFFGOTSCH, W KTÓRYM BARANEK NA HEŁMIE SKUTECZNIE ŁĄCZY NIEWINNY WYGLĄD Z WIELOWIEKOWĄ PRAKTYKĄ WŁADZY

Pierwszym znanym przed­sta­wi­cie­lem tej ślą­skiej ga­łę­zi był Si­both Schaff, zwa­ny po nie­mie­cku Ow­cą, dwo­rza­nin księ­cia Bo­le­sła­wa Ro­ga­tki i wła­ści­ciel zam­ku w Sta­rej Ka­mie­ni­cy, co ja­sno po­ka­zu­je, że ród szyb­ko od­na­lazł się w re­aliach lo­kal­nej wła­dzy. Je­go po­to­mek, Go­tsche II, otrzy­mał w 1399 ro­ku w dzier­ża­wę za­mek Gryf, któ­ry kil­ka­na­ście lat póź­niej prze­szedł już na peł­ną wła­sność ro­dzi­ny, pie­czę­tu­jąc jej trwa­łą obec­ność w re­gio­nie. W uzna­niu za­sług obu Go­tschów ko­lej­ne po­ko­le­nia za­czę­ły uży­wać ich imie­nia ja­ko przy­dom­ka, z któ­re­go z cza­sem ufor­mo­wa­ło się na­zwi­sko von Schaff­gotsch — dłu­gie, skom­pli­ko­wa­ne i wy­star­cza­ją­co do­stoj­ne, by nie po­zo­sta­wiać wąt­pli­wo­ści co do am­bi­cji ro­du.

HIPOTETYCZNY WIDOK ZAMKU GRYF W CZASACH, GDY OBECNOŚĆ SCHAFFGOTSCHÓW PRZESTAŁA BYĆ EPIZODEM, A STAŁA SIĘ FAKTEM

Na przełomie XV i XVI wie­ku trzej bra­cia — An­ton, Ka­sper i Ul­rich — do­pro­wa­dzi­li tę hi­sto­rię do po­rząd­ku, za­kła­da­jąc głów­ne li­nie ro­do­we: żmi­gro­dzką, ślą­ską, oraz cze­ską, roz­po­zna­wal­ną po do­da­nej na koń­cu na­zwi­ska li­te­rze „e”. Od tej po­ry ród mógł już spo­koj­nie roz­wi­jać się na kil­ku fron­tach jed­no­cze­śnie, dzie­ląc wpły­wy, do­bra i am­bi­cje w spo­sób god­ny swo­jej co­raz dłuż­szej ge­ne­alo­gii.

Z LOTU PTAKA WYDAJE SIĘ, ŻE ZAMEK NIE STOI NA SKALE, LECZ JEST JEJ PRZEDŁUŻENIEM, OSTRYM I CIERPLIWYM

Począwszy od XV stu­le­cia Schaff­go­tscho­wie re­gu­lar­nie peł­ni­li obo­wią­zki sta­ro­stów księ­stwa świd­ni­cko-ja­wor­skie­go, co ozna­cza­ło sta­łą obec­ność przy wła­dzy i rów­nie sta­ły do­stęp do jej pro­fi­tów. Ja­ko je­den z nie­li­cznych ro­dów na Ślą­sku by­li przy tym spo­kre­wnie­ni z Pia­sta­mi, a więc z od­po­wie­dnim za­ple­czem ge­ne­alo­gi­cznym, któ­re w tam­tych re­aliach otwie­ra­ło wię­cej drzwi niż nie­je­dna za­słu­ga. W ich po­sia­da­niu, obok Choj­ni­ka, znaj­do­wa­ły się licz­ne re­zy­den­cje — w Żmi­gro­dzie, Sta­rej Ka­mie­ni­cy, Pro­szów­ce, Kar­pni­kach, Wil­czy­cach, Cie­pli­cach, Pru­si­cach i Ko­wa­rach — roz­rzu­co­ne na Ślą­sku ni­czym trwa­łe śla­dy do­brze za­pla­no­wa­nej eks­pan­sji ma­jąt­ko­wej.

ZAMEK SCHAFFGOTSCHÓW W STAREJ KAMIENICY JAKO CENTRUM ZARZĄDZANIA, NIE PRZETRWANIA, OSADZONY W KRAJOBRAZIE BEZ DRAMATYCZNYCH GESTÓW

Dziś z tej rozległej ge­ne­alo­gii po­zo­sta­ła już tyl­ko jed­na ga­łąź z re­al­ną szan­są na dal­sze trwa­nie. Je­dy­ny­mi ży­ją­cy­mi przed­sta­wi­cie­la­mi ro­dzi­ny z na­dzie­ją na prze­dłu­że­nie na­zwi­ska są po­tom­ko­wie li­nii żmi­gro­dzkiej, po­dzie­le­ni na trzy od­no­gi: cie­pli­cką, gór­no­ślą­ską i au­stria­cką. Wszy­stkie po­zo­sta­łe li­nie wy­ga­sły, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie ar­chi­wa, her­by i na­zwy miej­sco­wo­ści.

PAŁAC W KOPICACH, NIEGDYŚ RODOWA WŁASNOŚĆ SCHAFFGOTSCHÓW, DZIŚ WYGLĄDA JAK RÓD, KTÓRY GO WZNOSIŁ — PRZERWANY, NADWĄTLONY, ALE WCIĄŻ OBECNY, Z HISTORIĄ NIEZAMKNIĘTĄ DO KOŃCA

Zmienne koleje lo­su ro­du do­brze ilu­stru­je tak­że ewo­lu­cja na­zwi­ska Schaff­gotsch, któ­re w róż­nych cza­sach i miej­scach przyj­mo­wa­ło roz­ma­ite for­my. Przez dłu­gi okres funk­cjo­no­wa­ło roz­dziel­nie ja­ko Schoff­-Gotsch, by z cza­sem nie tylko się po­łą­czyć, ale i roz­ro­snąć do roz­mia­rów god­nych am­bi­cji epo­ki. W XIX wie­ku peł­na nie­mie­cka ty­tu­la­tu­ra ro­du osiąg­nę­ła for­mę nie­mal gro­te­sko­wą: Gra­fen Schaff­gotsch ge­nannt Sem­per­frei von und zu Ky­nast und Greiff­en­stein von Tra­chen­berg — na­zwi­sko tak dłu­gie, jak­by mia­ło sa­mo w so­bie re­kom­pen­so­wać fakt, że re­al­na po­tę­ga ro­du na­le­ża­ła już wów­czas w du­żej mie­rze do prze­szło­ści.

CIEPLICE — WŁASNOŚĆ SCHAFFGOTSCHÓW, PEWNE SIEBIE I DOBRZE OŚWIETLONE, CHOJNIK — SYMBOL W TLE, LEKKO PODRETUSZOWANY, ŻEBY LEPIEJ PASOWAŁ DO OPOWIEŚCI — RYCINA FRIEDRICHA BERNHARDA WERNERA, OKOŁO 1740 ROKU

Jednym z naj­sław­niej­szych pa­nów na Choj­ni­ku był Hans Ul­rich II Schaff­gotsch (zm. 1635), któ­ry po­przez mał­żeń­stwo z księż­ni­czką brze­sko-leg­ni­cką Bar­ba­rą Ag­nie­szką (zm. 1631) — uzna­wa­ną za nie­zwy­kle wy­kształ­co­ną, bo po­sia­da­ją­cą aż... 86 ksią­żek — sku­te­cznie sko­li­ga­cił swój ród z Pia­sta­mi. Uro­dzo­ny w 1595 ro­ku na zam­ku Gryf, Ul­rich lu­bił po­dró­że i wy­staw­ne przy­ję­cia, naj­wy­raź­niej za­kła­da­jąc, że ta­ki styl ży­cia da się bez­pie­cznie po­go­dzić z wiel­ką po­li­ty­ką.

MIECZ KATOWSKI Z RATYZBONY, OSTATECZNY ARGUMENT W SPRAWIE HANSA ULRICHA II SCHAFFGOTSCHA

Hi­sto­ria oka­za­ła się jed­nak mniej wy­ro­zu­mia­ła. W 1634 ro­ku zo­stał oskar­żo­ny o zdra­dę ce­sa­rza Fer­dy­na­nda II , uwię­zio­ny, a rok póź­niej za­koń­czył ka­rie­rę pod ka­tow­skim mie­czem w Ra­ty­zbo­nie — fi­nał ma­ło efe­kto­wny, ale cał­ko­wi­cie zgod­ny z re­alia­mi epo­ki.

W TAKI WŁAŚNIE SPOSÓB POZBAWIONO GŁOWY HANSA ULRICHA — ŚWIADKOWIE ODNOTOWALI, ŻE CIAŁO PO WSZYSTKIM NADAL SIEDZIAŁO, JAKBY PROTESTUJĄC PRZECIW ZAKOŃCZENIU PROGRAMU

Aresztowanie Schaff­go­tscha po­ciąg­nę­ło za so­bą kon­se­kwen­cje, któ­re ce­sar­ska ad­mi­ni­stra­cja eg­ze­kwo­wa­ła bez zbęd­nych sen­ty­men­tów. Wszyst­kie je­go do­bra zo­sta­ły skon­fi­sko­wa­ne, a Choj­nik ob­sa­dzo­ny od­dzia­ła­mi ce­sar­ski­mi do­wo­dzo­ny­mi przez gen. Ru­dol­pha, hra­bie­go Col­lo­re­do (zm. 1657), co osta­te­cznie zam­knę­ło roz­dział rzą­dów Ul­ri­cha w spo­sób szyb­ki, jed­no­zna­czny i poz­ba­wio­ny złu­dzeń co do trwa­ło­ści je­go ary­sto­kra­ty­cznej po­zy­cji.

HIPOTETYCZNY OBRAZ ZAMKU Z OKRESU WOJNY TRZYDZIESTOLETNIEJ, TUŻ PRZED TYM, JAK LOS WŁAŚCICIELA I LOS WAROWNI ROZESZŁY SIĘ NA ZAWSZE

Na mocy ce­sar­skiej de­cy­zji z 1639 ro­ku do­bra Schaff­go­tschów, wy­ce­nio­ne na 8 300 ta­la­rów, tra­fi­ły w rę­ce Jo­han­na Pu­tza von Ad­ler­thurn (zm. 1660) — kwo­ta mo­że i nie­ma­ła, ale jak na ska­lę kon­fi­ska­ty ra­czej sym­bo­li­czna. Sam za­mek szyb­ko za­mie­nił się w obiekt ro­ta­cyj­ny: naj­pierw ko­men­dan­tem zo­stał ka­pi­tan Jo­hann von der Lin­de, w lu­tym 1640 ro­ku za­stą­pił go ka­pi­tan Ge­org He­ge­wald, a dwa la­ta póź­niej ko­men­da­tu­rę ob­jął Ge­org Sieg­mund von Tschirn­haus. Ro­ta­cje te na­stę­po­wa­ły spraw­nie i bez sen­ty­men­tów, jak­by cho­dzi­ło o sta­no­wi­sko ad­mi­ni­stra­cyj­ne, a nie daw­ną re­zy­den­cję jed­ne­go z naj­po­tęż­niej­szych ro­dów re­gio­nu.

USTAWIONE NA DZIEDZIŃCU DZIAŁA, CZY MOŻE TYLKO ICH PÓŹNE ECHA, ROBIĄ CO MOGĄ, BY PODTRZYMAĆ ILUZJĘ DAWNEJ OBRONY

Po zakończeniu wojny trzy­dzie­sto­le­tniej w 1648 ro­ku, ak­tem ce­sar­skiej ła­ski, za­mek zwró­co­no ro­dzi­nie von Schaff­gotsch. Zwrot do­ty­czył jed­nak wy­łącz­nie mu­rów, po­nie­waż wy­po­sa­że­nie, broń i ko­szto­wno­ści zdą­ży­ły już zmie­nić wła­ści­cie­li. Ar­ke­bu­zy, sza­ble, heł­my, sio­dła i cza­pra­ki wy­wie­zio­ne do kwa­te­ry głów­nej ge­ne­ra­ła Col­lo­re­do nie wró­ci­ły ni­gdy, po­do­bnie jak dy­wa­ny, zło­te łań­cu­chy i wy­sa­dza­ne ka­mie­nia­mi me­da­lio­ny, któ­re po zde­po­no­wa­niu w ce­sar­skim skar­bcu naj­wy­raź­niej uzna­no za ele­ment trwa­ły.

WEDŁUG WERNERA TAK WŁAŚNIE WYGLĄDAŁ CHOJNIK W POŁOWIE XVII STULECIA. RZECZ W TYM, ŻE SAM AUTOR URODZIŁ SIĘ MNIEJ WIĘCEJ PÓŁ WIEKU PÓŹNIEJ, WIĘC OGLĄDAMY TU RACZEJ WYOBRAŻENIE HISTORII NIŻ JEJ BEZPOŚREDNI ZAPIS.

Choć część mie­nia for­mal­nie od­zy­ska­no, Schaff­go­tscho­wie nie wró­ci­li już na Choj­nik. Cza­sy sprzy­ja­ły pa­ła­com, nie wa­ro­wniom, a co­dzien­ne ży­cie co­raz sła­biej zno­si­ło stro­mi­zny, brak wo­dy i pa­miąt­ki po woj­sko­wej obec­no­ści. No­wą sie­dzi­bę urzą­dzo­no więc w Cie­pli­cach — w miej­scu znacz­nie le­piej od­po­wia­da­ją­cym epo­ce, w któ­rej obro­na prze­sta­wa­ła być ko­nie­czno­ścią, a wy­go­da sta­wa­ła się stan­dar­dem.

PO CHOJNIKU ZOSTAŁA HISTORIA, A ŻYCIE PRZENIOSŁO SIĘ NIŻEJ. W CIEPLICACH BYŁ PARK, WODA, PRZESTRZEŃ I PAŁAC — WSZYSTKO TO, CZEGO WAROWNIA NA SKALE NIE MOGŁA JUŻ ZAOFEROWAĆ.

Opuszczony zamek, po­zba­wio­ny go­spo­da­rzy i sen­su dal­sze­go ist­nie­nia, nie wy­ka­zy­wał więk­szej wo­li prze­trwa­nia i 31 sier­pnia 1675 ro­ku spło­nął do­szczęt­nie pod­czas bu­rzy, któ­ra nad­ciąg­nę­ła nad oko­li­cę. Je­den z pio­ru­nów ude­rzył w me­ta­lo­we zwień­cze­nie wie­ży, wów­czas jesz­cze wyż­szej o 18 me­trów od obec­nej, jak­by spe­cjal­nie wy­sta­wio­nej na ta­kie za­koń­cze­nie, po czym w twier­dzy wy­buchł po­żar. Ogień w cią­gu kil­ku go­dzin stra­wił wszyst­kie za­bu­do­wa­nia, za­mie­nia­jąc daw­ną wa­ro­wnię w po­go­rze­li­sko i do­my­ka­jąc jej hi­sto­rię w spo­sób pro­sty, bru­tal­ny i nie­odwo­łal­ny.

TA RYCINA PRZEDSTAWIA ZAMEK NA OSTATNIEJ PROSTEJ JEGO ISTNIENIA — KRÓTKO PRZED TYM, JAK OGIEŃ OSTATECZNIE ZDECYDOWAŁ, ŻE JEGO CZAS MINĄŁ

Pogorzeliskiem z grub­sza za­opie­ko­wał się wy­bi­tny ślą­ski ry­to­wnik i szli­fierz szkła Fry­de­ryk Win­ter, choć trud­no mó­wić tu o od­bu­do­wie w ja­kim­kol­wiek sen­so­wnym zna­cze­niu te­go sło­wa. Już na po­czt­ku XVIII wie­ku wro­ta zam­ku zam­knię­to na sta­łe i Choj­nik po­padł w za­po­mnie­nie, z któ­re­go wy­cią­ga­no go je­dy­nie oka­zjo­nal­nie, na spe­cjal­ne ży­cze­nie za­moż­nych go­ści. Zwie­dza­nie od­by­wa­ło się pod opie­ką klucz­ni­ka, któ­ry opo­wie­ści o daw­nych miesz­kań­cach zam­ku uzu­peł­niał wy­stę­pa­mi mu­zy­czny­mi wła­snej żo­ny i có­rek, prze­bra­nych zgod­nie z wy­mo­ga­mi epo­ki. Daw­na wa­ro­wnia zo­sta­ła tym sa­mym osta­te­cznie roz­bro­jo­na z po­wa­gi i za­mie­nio­na w pry­wa­tny te­atrzyk hi­sto­ry­czny dla tych, któ­rych by­ło na to stać.

WIDOK Z CZASÓW, GDY ZAMEK STAŁ SIĘ ATRAKCJĄ, A DOSTĘP DO NIEJ — PRZYJEMNYM PRZYWILEJEM

Zainteresowanie Choj­ni­kiem wzro­sło wraz z roz­kwi­tem uzdro­wi­ska w po­bli­skich Cie­pli­cach oraz na­dej­ściem epo­ki ro­man­ty­cznej, któ­ra szcze­gól­ną sym­pa­tią da­rzy­ła ru­iny — naj­le­piej ta­kie, któ­re nie wy­ma­ga­ły już żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści. Od koń­ca XVIII wie­ku za­mek udo­stęp­nia­no la­tem do zwie­dza­nia, wpi­su­jąc go w obo­wiąz­ko­wy re­per­tu­ar atrak­cji ku­ra­cyj­nych, obok spa­ce­rów, wód mi­ne­ral­nych i kon­tro­lo­wa­ne­go za­chwy­tu nad prze­szło­ścią.

ZAMEK, KTÓRY NIEGDYŚ WYMAGAŁ ZAŁOGI I UTRZYMANIA, TERAZ WYMAGA JEDYNIE ŁADNEJ POGODY I ODPOWIEDNIEGO NASTROJU

Wśród gości nie bra­ko­wa­ło na­zwisk z naj­wyż­szej pół­ki. Na Choj­ni­ku by­wa­li m.in. król pru­ski Fry­de­ryk Wil­helm III z żo­ną Lu­izą , księż­na Iza­bel­la Czar­to­ry­ska , na­stęp­ca tro­nu Wil­helm I oraz ca­ry­ca Alek­san­dra , któ­rej miej­sce to spo­do­ba­ło się na ty­le, że po od­wie­dzi­nach 26 sier­pnia 1840 ro­ku po­ja­wi­ła się tu po­no­wnie kil­ka dni póź­niej, tym ra­zem w to­wa­rzy­stwie wiel­kiej księż­nej Ol­gi oraz księż­nej Ma­rii von Hes­sen-Darm­stadt , pod­no­sząc wi­zy­tę do ran­gi wy­da­rze­nia sa­lo­no­we­go.

ZAMIAST PYTAŃ O PRZESZŁOŚĆ POJAWIA SIĘ JEDNO ZASADNICZE: CZY WSZYSCY ZMIEŚCILI SIĘ W KADRZE?

Z myślą o coraz licz­niej na­pły­wa­ją­cych tu­ry­stach w 1822 ro­ku w mu­rach zam­ko­wych urzą­dzo­no go­spo­dę oraz punkt wy­naj­mu prze­wo­dni­ków i tra­ga­rzy lek­tyk, tak aby ro­man­tyzm moż­na by­ło prze­ży­wać bez ko­nie­czno­ści dzie­le­nia tru­du dro­gi z resz­tą świa­ta. Rok póź­niej udo­stęp­nio­no punkt wi­do­ko­wy na wie­ży, po­rząd­ku­jąc ruch i kie­ru­nek do­znań este­ty­cznych. Choj­nik szyb­ko stał się po­pu­lar­nym mo­ty­wem ilu­stra­cyj­nym i li­te­ra­ckim, a wzo­rem in­nych ślą­skich ru­in ro­man­ty­cznych za­czął peł­nić tak­że funk­cję ple­ne­ro­wej sce­ny te­atral­nej, ofe­ru­jąc go­to­wą de­ko­ra­cję bez po­trze­by jej bu­do­wa­nia.

ROMANTYZM W WERSJI KOMFORT: PANIENKA NIESIONA NA LEKTYCE POD RUINY, BY MOGŁA DOŚWIADCZYĆ DZIKOŚCI, STROMIZNY I HISTORII — POD WARUNKIEM, ŻE NIC Z TEGO NIE DOTKNIE JEJ OSOBIŚCIE

W 1860 roku w prze­bu­do­wa­nej pół­no­cnej ba­stei otwar­to po­pu­lar­ne schro­ni­sko tu­ry­sty­czne Na zam­ku Choj­nik (Auf der Ky­nast), koń­cząc pro­ces prze­mia­ny daw­nej wa­ro­wni w miej­sce wy­po­czyn­ku, wi­do­ków i ga­stro­no­mii. Od te­go mo­men­tu za­mek funk­cjo­no­wał już prze­de wszyst­kim ja­ko atrak­cja, a nie pro­blem do roz­wią­za­nia — ro­la znacz­nie wdzięcz­niej­sza i, jak się oka­za­ło, znacz­nie trwal­sza.

ZAMEK JAKO ATRAKCJA OKAZAŁ SIĘ TRWALSZY NIŻ ZAMEK JAKO TWIERDZA — MNIEJ KOSZTOWNY, MNIEJ KŁOPOTLIWY I ZDECYDOWANIE BARDZIEJ LUBIANY

1897: RIESENGEBIRGSVEREIN ORGANIZUJE NA ZAMKU CHOJNIK CEREMONIĘ ODSŁONIĘCIA MEDALIONU POETY THEODORA KÖRNERA, UDOWADNIAJĄC, ŻE RUINA NADAJE SIĘ NIE TYLKO DO ZWIEDZANIA, ALE RÓWNIEŻ DO UROCZYSTEGO UŻYTKU SYMBOLICZNEGO

[...] Wi­dzie­liś­my Choj­nik, gó­rę w po­bli­żu Ciep­lic. A­by się tam dos­tać, na­le­ży do­je­chać po­wo­zem do o­ber­ży we wsi u pod­nó­ża gó­ry, gdzie cze­ka­ją tra­ga­rze z lek­ty­ka­mi. By­łyś­my czte­ry ko­bi­ety, wzię­łyś­my więc tra­ga­rzy, męż­czyź­ni zaś posz­li z prze­wod­ni­ka­mi pie­szo. Ol­brzy­mie ska­ły, po­roś­nię­te drze­wa­mi, któ­rych ko­rze­nie cze­pia­ją się nie­po­ży­tych ma­sy­wów lub wi­ją się wśród szcze­lin i mchu po­kry­wa­ją­ce­go gła­zy, spra­wia­ły wra­że­nie dzi­wacz­ne i zdu­mie­wa­ją­ce za­ra­zem. Na każ­dym za­krę­cie po­ja­wia­ły się wspa­nia­łe wi­do­ki i pej­za­że z ca­łym prze­py­chem Na­tu­ry. Zna­laz­łyś­my się na szczy­cie dźwi­ga­ne przez lu­dzi pocz­ci­wych, życz­li­wych i uś­mie­chnię­tych; nie mo­głyś­my się na­dzi­wić, że ich mę­czą­cy wy­si­łek szedł w pa­rze z nie­zmien­ną po­go­dą. Do­bosz za­a­non­so­wał ko­men­dan­to­wi na­sze przy­by­cie. Ta­ki to zwy­czaj [...]

ZAMEK CHOJNIK NA RYCINIE ANTONINA KARLA BALZERA Z PRZEŁOMU XVIII I XIX WIEKU — SAMOTNY NA SKALE, POZBAWIONY ZNACZENIA PRAKTYCZNEGO, ALE W PEŁNI GOTOWY DO ROLI ROMANTYCZNEJ DEKORACJI

Po o­bej­rze­niu ru­in po­dzi­wia­łyś­my roz­leg­łe, zach­wy­ca­ją­ce wi­do­ki; mias­ta, wios­ki, łą­ki, la­sy i gó­ry u­ro­zma­i­ca­ły bo­gac­two kra­jo­bra­zu. Po­tem zesz­łyś­my do stóp zam­ku, aby na­pić się her­ba­ty, mle­ka i chłod­ni­ków. Cór­ka ko­men­dan­ta, mło­da i ład­na dziew­czy­na u­słu­gi­wa­ła gor­li­wie i chęt­nie. Za­wia­do­mio­no nas, że zo­sta­nie od­da­ny strzał z ar­mat­ki, aby­śmy mo­gli po­dzi­wiać echo, lecz naj­pierw o­de­zwą się ro­gi myś­liw­skie. Uda­li­śmy się na wska­za­ne miej­sce i za chwi­lę da­ły się sły­szeć ro­gi. W gór­skich wą­wo­zach od­po­wie­dzia­ło wie­lo­krot­nie e­cho, któ­re­go prze­dłu­ża­ją­ce się dźwię­ki mia­ły w so­bie coś nie­biań­skie­go.

IIzabella Czartoryska, 1816

RUINA JAKO REZERWAT: MURY BEZ FUNKCJI, ALE Z WYŚMIENITYM DOSTĘPEM DO TRAWY

OPIS ZAMKU


Zamek Chojnik wznie­sio­no na szczy­cie gó­ry o wy­so­ko­ści 627 me­trów n.p.m., zgod­nie z pro­stą za­sa­dą epo­ki: naj­pierw wy­so­ko, po­tem do­pie­ro re­szta. Z trzech stron zbo­cza ury­wa­ją się tu pio­no­wo, opa­da­jąc po­nad stu­me­tro­wy­mi ścia­na­mi, któ­re w śre­dnio­wie­czu roz­wią­zy­wa­ły pro­blem obro­ny szyb­ciej i ta­niej niż ja­ki­kol­wiek mur. Ur­wi­ska nie wy­ma­ga­ły na­praw, za­ło­gi ani kon­ser­wa­cji, a ich sku­te­czność by­ła ab­so­lu­tna — z ta­kie­go te­re­nu nie da się ani sztur­mo­wać, ani pro­wa­dzić roz­mów. W efe­kcie na­tu­ra wy­ko­na­ła znacz­ną część pra­cy za bu­do­wni­czych, czy­niąc wo­dę w fo­sie zbęd­nym do­da­tkiem.

POŁOŻENIE CHOJNIKA NIE ZACHĘCAŁO DO DZIAŁAŃ ZBROJNYCH, RACZEJ DO REWIZJI AMBICJI I SZYBKIEGO POWROTU DO MAPY

Pierwsza warownia Bol­ka Ma­łe­go by­ła za­ło­że­niem zwar­tym, oszczęd­nym i po­zba­wio­nym złu­dzeń co do swo­jej funk­cji. Czwo­ro­bok mu­rów za­my­kał nie­re­gu­lar­ny dzie­dzi­niec, obok któ­re­go wzno­si­ła się cy­lin­dry­czna wie­ża osta­tniej obro­ny — kla­sy­czny śre­dnio­wie­czny ar­gu­ment osta­te­czny, uży­wa­ny wte­dy, gdy koń­czy­ły się ra­cje, a za­czy­na­ło oblę­że­nie. Od za­cho­du do ze­spo­łu przy­le­gał bu­dy­nek miesz­kal­ny, nie­wiel­ki, ale za­pla­no­wa­ny tak, by upchnąć ma­ksi­mum ży­cia na mi­ni­mal­nej po­wie­rzchni, co w re­aliach epo­ki by­ło ra­czej nor­mą niż wy­bo­rem.

TEN DZIEDZINIEC TO NIE PRZESTRZEŃ REPREZENTACYJNA, TYLKO KAMIENNY WNIOSEK EPOKI, ŻE ŻYCIE JEST KRÓTKIE, A OBLĘŻENIA DŁUGIE

Gmach o wymiarach 8,5 × 9,6 me­tra był praw­do­po­do­bnie pod­pi­wni­czo­ny i li­czył trzy kon­dy­gna­cje. Na par­te­rze mie­ści­ła się iz­ba oraz ja­dal­nia, na pię­trze trzy ma­łe po­ko­je, a pod­da­sze po­dzie­lo­no na dzie­więć cia­snych ko­mór, od­se­pa­ro­wa­nych drew­nia­ny­mi ścian­ka­mi dzia­ło­wy­mi i stro­pa­mi bel­ko­wy­mi. By­ła to ar­chi­te­ktu­ra ela­sty­czna, ale bez­li­to­sna dla pry­wa­tno­ści — roz­wią­za­nie ide­al­ne w cza­sach, gdy po­ję­cie „kom­for­tu” ogra­ni­cza­ło się do te­go, czy dach jesz­cze nie prze­cie­ka. O przy­ziem­nym po­dej­ściu do co­dzien­no­ści naj­le­piej świad­czą wy­ku­sze la­try­no­we, umie­szczo­ne tam, gdzie aku­rat da­ło się je wy­kuć, bez tro­ski o este­ty­kę i z peł­ną świa­do­mo­ścią, że za­war­tość spa­da­ła do­kła­dnie tam, gdzie po­zwa­la­ła gra­wi­ta­cja.

REKONSTRUKCJA PIERWSZEJ WAROWNI BOLKA MAŁEGO UJAWNIA LOGIKĘ POŁOWY XIV WIEKU, GDZIE FORMA WYNIKAŁA WYŁĄCZNIE Z POTRZEBY OBRONY — A KOŚLAWOŚĆ MODELU NALEŻY UZNAĆ ZA UCZCIWY HOŁD DLA EPOKI, KTÓRA NIE PRZEJMOWAŁA SIĘ SYMETRIĄ, SKALĄ ANI TYM, ŻE KTOŚ KIEDYŚ BĘDZIE TO OGLĄDAŁ Z TAKIEJ PERSPEKTYWY

Mury kurtynowe obie­gał kry­ty ga­nek straż­ni­czy, umo­żli­wia­ją­cy obroń­com szyb­kie prze­mie­szcza­nie się mię­dzy klu­czo­wy­mi pun­kta­mi bez ko­nie­czno­ści bie­ga­nia po dzie­dziń­cu pod ostrza­łem lub w de­szczu. Ga­nek pro­wa­dził tak­że do wej­ścia do wie­ży, wy­ku­te­go czte­ry me­try nad po­zio­mem dzie­dziń­ca i osło­nię­te­go uko­śnie wzno­szą­cym się mu­rem — roz­wią­za­nia jed­no­zna­cznie syg­na­li­zu­ją­ce­go, że nie prze­wi­dy­wa­no tu wi­zyt spon­ta­ni­cznych ani po­ko­jo­wych de­le­ga­cji.

W TYM UKŁADZIE MURÓW I PRZEJŚĆ JEST COŚ Z GAWĘDY O CZASACH, GDY MOŻNA BYŁO PRZEJŚĆ CAŁY ZAMEK POD DACHEM, NIE ZAMOCZYĆ BUTÓW I NIE DAĆ SIĘ ZABIĆ PO DRODZE

Całość od północy za­my­ka­ło czwo­ro­kąt­ne przed­bra­mie za­be­zpie­cza­ją­ce wjazd na dzie­dzi­niec. W ta­kiej kon­fi­gu­ra­cji Choj­nik był twier­dzą, któ­ra nie si­li­ła się na re­pre­zen­ta­cyj­ność ani wy­go­dę. Był za­pro­je­kto­wa­ny do trwa­nia i od­stra­sza­nia, a ży­cie co­dzien­ne pod­po­rząd­ko­wa­no tym ce­lom bez sen­ty­men­tów. To za­mek, któ­ry nie pró­bo­wał ni­ko­go za­chwy­cać — miał ra­czej spra­wić, by każ­dy, kto tu do­tarł z wro­gi­mi za­mia­ra­mi, szyb­ko zro­zu­miał, że był to bar­dzo zły po­mysł.

DZIEDZINIEC ZAMKU CHOJNIK NIE ZNAŁ POJĘCIA GOŚCINNOŚCI; ZNAŁ ZA TO LOGIKĘ KONTROLI, CISZY I NERWOWEGO SPOGLĄDANIA W GÓRĘ

Na przełomie XIV i XV stu­le­cia Go­tsche Schoff ufun­do­wał ka­pli­cę pw. św. Je­rze­go i św. Ka­ta­rzy­ny, lo­ku­jąc ją tuż nad fur­tą, w gru­bo­ści pół­noc­ne­go mu­ru, w miej­scu, któ­re łą­czy­ło funk­cję sa­kral­ną z naj­bar­dziej pro­za­icznym frag­men­tem zam­ko­wej ko­mu­ni­ka­cji. Prze­strzeń mo­dli­twy prze­dłu­żo­no pię­cio­bo­cznym wy­ku­szem hoj­nie ozdo­bio­nym her­ba­mi ro­dów von Spil­ler, von Schaff­gotsch i von Nimptsch, dzię­ki cze­mu na­bo­żność zy­ska­ła wy­raź­ną opra­wę wła­sno­ścio­wą i nie po­zo­sta­wia­ła wąt­pli­wo­ści, czy­je su­mie­nie znaj­du­je się pod opie­ką świę­tych.

GOTSCHE SCHOFF ZADBAŁ, ŻEBY NAWET ŚWIĘCI NIE MIELI WĄTPLIWOŚCI, POD CZYIM PATRONATEM DZIAŁA TEN FRAGMENT NIEBA

Ten wykusz, zni­szczo­ny w XIX wie­ku, zna­my dziś je­dy­nie z prze­ka­zów i iko­no­gra­fii, co jest o ty­le sto­so­wne, że ele­men­ty naj­bar­dziej de­mon­stra­cyj­ne zwy­kle zni­ka­ją naj­szyb­ciej, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie głów­nie he­ral­dy­kę i am­bi­cje fun­da­tora.

DZISIAJ WIDZIMY TU GŁÓWNIE DZIURY W MURZE, A CAŁĄ OPOWIEŚĆ O PRESTIŻU I POBOŻNOŚCI MUSIMY SOBIE WYGRZEBAĆ Z ARCHIWÓW, BO KAMIEŃ JUŻ SIĘ WYPISAŁ

U schyłku XV wieku, a być mo­że już na po­cząt­ku XVI stu­le­cia, Choj­nik do­cze­kał się so­lid­nie ufor­ty­fi­ko­wa­ne­go przed­zam­cza, co ozna­cza­ło, że ska­la przed­się­wzię­cia prze­sta­ła uda­wać skrom­ność. Od pół­no­cy sta­nę­ła cy­lin­dry­czna wie­ża, w na­roż­ni­ku pół­no­cno-wscho­dnim wy­ro­sła łu­pi­no­wa ba­szta, a wzdłuż mu­rów kur­ty­no­wych po­ja­wi­ły się za­bu­do­wa­nia miesz­kal­ne i użyt­ko­we z kwa­te­ra­mi dla za­ło­gi, kuch­nią i pie­kar­nią. Układ ten nie po­zo­sta­wiał złu­dzeń, że ma­my do czy­nie­nia z miej­scem na­sta­wio­nym na dłu­gą obec­ność lu­dzi uzbro­jo­nych, głod­nych i ma­ło za­in­te­re­so­wa­nych este­ty­ką, o ile tyl­ko dzia­ła­ła lo­gi­sty­ka.

KAMIENIE PROWADZĄ POD GÓRĘ, MURY ZACISKAJĄ PERSPEKTYWĘ, A XV-WIECZNA WIEŻA STOI Z BOKU JAK NOTATKA NA MARGINESIE, DOPISANA PO SERII NIEPRZYJEMNYCH DOŚWIADCZEŃ

Około 1560 roku upo­rząd­ko­wa­no za­ple­cze go­spo­dar­cze, wy­ty­cza­jąc dzie­dzi­niec z cy­ster­ną, miesz­ka­niem ko­men­dan­ta i staj­nia­mi, dzię­ki cze­mu za­mek za­czął funk­cjo­no­wać jak do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ne za­ple­cze woj­sko­we, a nie przy­pad­ko­wy zle­pek mu­rów. Za­pew­ne z te­go sa­me­go okre­su po­cho­dzi rów­nież prę­gierz, zbu­do­wa­ny z sie­dmiu warstw ka­mien­nych cio­sów, wy­ko­na­ny z ta­ką sta­ran­no­ścią, jak­by cho­dzi­ło o ele­ment re­pre­zen­ta­cyj­ny, a nie na­rzę­dzie pu­bli­czne­go upo­ka­rza­nia. Los by­wa jed­nak prze­wro­tny: to wła­śnie on oka­zał się jed­ną z naj­trwal­szych kon­stru­kcji ca­łe­go za­ło­że­nia i dziś ucho­dzi za jed­ną z naj­więk­szych atra­kcji zam­ku, sku­te­cznie odar­ty z pier­wo­tne­go sen­su i pa­mię­ta­ny ra­czej ja­ko punkt orien­ta­cyj­ny niż miej­sce ka­ry.

ZAPROJEKTOWANY NA CHWILĘ WSTYDU, PRZETRWAŁ STULECIA I TERAZ ROBI ZA PUNKT ZBIÓRKI

Od północy do­ło­żo­no jesz­cze po­tęż­ną ba­ste­ję przy­sto­so­wa­ną do wal­ki z uży­ciem bro­ni pal­nej, co ja­sno po­ka­zu­je, że ar­chi­te­ktu­ra mu­sia­ła na­dą­żać za roz­wo­jem tech­no­lo­gii, nie­za­leż­nie od sen­ty­men­tów do daw­nych roz­wią­zań. Rów­no­le­gle wszy­stkie mu­ry kur­ty­no­we zwień­czo­no re­ne­san­so­wą at­ty­ką w for­mie pół­ko­li, ele­men­tem czy­sto de­ko­ra­cyj­nym, któ­ry spra­wiał wra­że­nie, jak­by na­wet w twier­dzy ta­kiej jak ta ktoś uznał, że wy­pa­da wy­glą­dać no­wo­cze­śnie. Po tej roz­bu­do­wie Choj­nik oto­czo­ny był już pod­wój­ny­mi mu­ra­mi i pre­zen­to­wał się ja­ko twier­dza kom­ple­tna, cięż­ka i jed­no­zna­czna, za­pro­je­kto­wa­na po to, by prze­trwać wszy­stko po­za zmia­ną gu­stów.

IMPLEMENTACJA BASTEJI ZREDUKOWAŁA PODATNOŚĆ MURÓW NA ZDARZENIA KINETYCZNE PRZY JEDNOCZESNYM ZACHOWANIU CIĄGŁOŚCI FUNKCJI STRASZĄCEJ

Ostatnia modernizacja wa­ro­wni nie mia­ła już w so­bie nic z ro­man­ty­zmu ani ambi­cji ar­chi­te­kto­ni­cznych. Skon­cen­tro­wa­no się na prze­dniej li­nii umo­cnień, wzbo­ga­ca­jąc ją o wie­lo­bo­czny ba­stion z pię­tro­wą bra­mą od za­cho­du – so­li­dną, ma­sy­wną i cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ną wdzię­ku, co w re­aliach XVII wie­ku ucho­dzi­ło za kom­ple­ment.

BRAMA MÓWI KRÓTKO, WJEŻDŻAJ SPOKOJNIE, ALE PAMIĘTAJ, ŻE TEN KAWAŁ KAMIENIA POWSTAŁ PO TO, ŻEBYŚ NIE WJECHAŁ

Przy okazji w pół­no­cnej ścia­nie wie­ży wy­ku­to otwo­ry pod dzia­ła ar­ty­le­ryj­skie, bez py­ta­nia mu­rów o zda­nie. W ska­le wy­drą­żo­no trzy po­kaź­ne cy­ster­ny, któ­re mia­ły do­star­czać wo­dę za­ło­dze na ty­le dłu­go, aż wszy­scy zdą­żą znie­na­wi­dzić sie­bie na­wza­jem. Kuch­nię po­więk­szo­no, słu­sznie za­kła­da­jąc, że głod­ny żoł­nierz to żoł­nierz kło­po­tli­wy, a sy­ty – je­dy­nie po­nu­ry.

ZAMEK ŚREDNI W KRAJOBRAZIE, KTÓRY DZIŚ WYDAJE SIĘ SIELSKI, ALE KTÓRY W CZASACH ŚWIETNOŚCI BYŁ PO PROSTU DOBRYM POLEM OSTRZAŁU

Robotnicy cesarscy wy­ko­na­li te pra­ce w la­tach czter­dzie­stych XVII wie­ku, z ty­po­wą dla ar­mii sta­ran­no­ścią, któ­ra za­czy­na się tam, gdzie koń­czy się im­ro­wi­za­cja. Efekt oka­zał się za­do­wa­la­ją­cy: w 1648 ro­ku, pod­czas osta­tnie­go oblę­że­nia w dzie­jach zam­ku, twier­dza sku­te­cznie opar­ła się Szwe­dom. Był to fi­nał mi­li­tar­nych am­bi­cji wa­ro­wni – bez fan­far, bez chwa­ły, za to z sa­ty­sfa­kcją, że mu­ry wy­trzy­ma­ły dłu­żej niż po­li­ty­czne so­ju­sze.

PRZEKRÓJ ZAMKU, KTÓRY WYRAŹNIE SUGERUJE, ŻE PLANOWANIE PRZESTRZENNE BYŁO TU ZAWSZE REAKTYWNE, NIGDY ELEGANCKIE

1. DOM KSIĄŻĘCY – LUKSUSOWA BAŃ­KA W ŚROD­KU TWIER­DZY, GDZIE WŁA­DZA LU­BI­ŁA UDA­WAĆ SPO­KÓJ, 2. DZIE­DZI­NIEC ZAM­KU WY­SO­KIE­GO – PRZE­STRZEŃ DO STA­NIA I PA­TRZE­NIA W GÓ­RĘ, CZY­LI IDE­AL­NA ME­TA­FO­RA FEU­DA­LI­ZMU, 3. BERG­FRIED – OSTA­TE­CZNA WIE­ŻA DLA TYCH, KTÓ­RZY WCZE­ŚNIEJ TWIER­DZI­LI, ŻE NA PEW­NO SIĘ OBRO­NI­MY, 4. FUR­TA Z KA­PLI­CĄ – DY­SKRET­NY KO­RY­TARZ, KTÓ­RY ZA­WSZE WIE­DZIAŁ, KIE­DY JEST CZAS SIĘ MO­DLIĆ I SPIER­DA­LAĆ, 5. AR­SE­NAŁ – MA­GA­ZYN PRO­BLE­MÓW, KTÓ­RE ROZ­WIĄ­ZY­WA­ŁY SIĘ HU­KIEM I BEZ NE­GO­CJA­CJI, 6. DZIE­DZI­NIEC ZAM­KU ŚRE­DNIE­GO – MIEJ­SCE, GDZIE ZA­MEK ZA­CZY­NAŁ FUNK­CJO­NO­WAĆ JAK IN­STY­TU­CJA, A NIE RY­CER­SKA BAJ­KA, 7. SA­LA SĄ­DO­WA – TU WY­DA­WA­NO WY­RO­KI, KTÓ­RE RZAD­KO PO­PRA­WIA­ŁY NA­STRÓJ OSKAR­ŻO­NE­GO, 8. PIW­NI­CE – PRZE­STRZEŃ NA ZA­PA­SY, CHŁÓD I RZE­CZY, O KTÓ­RYCH LE­PIEJ NIE PY­TAĆ, 9. MIESZ­KA­NIA ZA­ŁO­GI – KWA­TE­RY DLA TYCH, KTÓ­RZY MIE­LI STAĆ NA MU­RACH, A NIE W SA­LI AU­DIEN­CYJ­NEJ, 1o. KUCH­NIA – TU PRO­DU­KO­WA­NO ENE­RGIĘ OPE­RA­CYJ­NĄ W PO­STA­CI CIE­PŁEJ STRA­WY I OSTA­TEK NA­DZIEI, 11. STAJ­NIE – ZA­PLE­CZE LO­GI­STY­CZNE DLA TRANS­POR­TU, KTÓ­RY NIE ZA­DA­WAŁ PY­TAŃ I JADŁ DU­ŻO, 12. MIESZ­KA­NIE KO­MEN­DAN­TA – LO­KAL TE­GO, KTÓ­RY MU­SIAŁ OGAR­NIAĆ CA­ŁY TEN BA­ŁA­GAN, 13. DZIE­DZI­NIEC GO­SPO­DAR­CZY – GDZIEŚ TRZE­BA BY­ŁO NO­SIĆ WO­DĘ, SPRZĄ­TAĆ SYF I RA­TO­WAĆ FUNK­CJO­NO­WA­NIE CA­ŁEJ RE­SZTY, 14. WIE­ŻA I LOCH GŁO­DO­WY – AR­GU­MENT WY­CHO­WA­WCZY DZIA­ŁA­JĄ­CY PO­WO­LI, ALE SKU­TE­CZNIE, 15. MIĘ­DZY­MU­RZE – PRZE­STRZEŃ DLA TYCH, KTÓ­RZY PRZE­BRNĘ­LI ZA DA­LE­KO, ALE JESZ­CZE NIE ZRO­ZU­MIE­LI JAK DA­LE­KO, 16. SCHRO­NI­SKO – PÓŹ­NY DO­DA­TEK, GDZIE TU­RY­STA MO­ŻE PRZE­SPAĆ SIĘ W MIEJ­SCU, KTÓ­RE KIE­DYŚ SŁU­ŻY­ŁO DO PRZE­TRWA­NIA, 17. WIEL­KA BA­STE­JA – OD­PO­WIEDŹ NA PROCH, DZIA­ŁA I PO­STĘP, CZY­LI GRU­BY KA­MIEŃ BEZ SEN­TY­MEN­TÓW, 18. BRA­MA GŁÓW­NA I MOST ZWO­DZO­NY – FILTR DLA ŚWIA­TA ZE­WNĘTRZ­NE­GO, KTÓ­RY NAJ­CHĘT­NIEJ BYŁ­BY ZA­WSZE POD­NIE­SIO­NY, 19. BA­SZTA BRAM­NA – ZRO­BIO­NA TAK, JAK­BY KTOŚ PO­WIE­DZIAŁ, ŻE MA BYĆ GRU­BO I NA LA­TA

Jedną z najchętniej opo­wia­da­nych le­gend zwią­za­nych z zam­kiem Choj­nik jest hi­sto­ria Ku­ne­gun­dy, cór­ki kasz­te­la­na o umy­śle ra­czej nie­skom­pli­ko­wa­nym, za to am­bi­cjach pod­le­wa­nych re­gu­lar­nie al­ko­ho­lem. Ów pan, chcąc po pi­ja­ne­mu udo­wo­dnić zgro­ma­dzo­nym wła­sną, tak zwa­ną, od­wa­gę, po­sta­no­wił ob­je­chać kon­no mu­ry swe­go pięk­ne­go zam­ku. Ma­newr za­koń­czył się lo­tem w oko­ło 100-me­tro­wą prze­paść, co w prak­ty­ce ozna­cza­ło, że ra­cja zo­sta­ła na dnie prze­pa­ści.

NO BO JAK SIĘ JEST KASZTELANEM, TOWARZYSTWO DOPISUJE, KIELICH KRĄŻY, A AMBICJA ROŚNIE, TO NATURALNYM TESTEM ODWAGI STAJE SIĘ SPRAWDZENIE, CZY FIZYKA ZNA WYJĄTKI

Kunegunda była ko­bie­tą atrak­cyj­ną i, mi­mo ty­po­wych dla wyż­szych warstw ka­pry­sów oraz pew­nej wro­dzo­nej wyż­szo­ści nad re­sztą świa­ta, po­cząt­ko­wo cał­kiem zno­śną w obej­ściu. Ten stan rze­czy trwał do mo­men­tu śmier­ci oj­ca. Wte­dy na­stą­pi­ła prze­mia­na god­na kro­nik: sta­ła się ję­dzo­wa­ta, chłod­na i zu­peł­nie od­por­na na cu­dzą krzyw­dę, co przy du­żym ma­ją­tku i nie­ga­sną­cej uro­dzie oka­za­ło się po­łą­cze­niem wy­jąt­ko­wo nie­be­zpiecz­nym.

W TYM WYDANIU LEGENDA O KUNEGUNDZIE MA FORMAT A6 I ZERO CIĘŻARU GATUNKOWEGO

Apetyt na jej rę­kę rósł pro­por­cjo­nal­nie do licz­by roz­sąd­nych męż­czyzn, któ­rzy wie­dzie­li, kie­dy się wy­co­fać. Za­lot­ni­ków jed­nak nie bra­ko­wa­ło, a Ku­ne­gun­da przyj­mo­wa­ła ich wszyst­kich z tą sa­mą uprzej­mą obo­jęt­no­ścią, sta­wia­jąc je­den wa­ru­nek: kan­dy­dat miał do­ko­nać te­go, cze­go nie zdo­łał jej oj­ciec – w peł­nym ryn­sztun­ku, kon­no, ob­je­chać mu­ry zam­ku.

Część pukała się w czo­ło i od­jeż­dża­ła, wy­bie­ra­jąc ży­cie. Część, prze­ko­na­na, że le­gen­da to tyl­ko le­gen­da, po­dej­mo­wa­ła wy­zwa­nie. Nie uda­ło się żad­ne­mu, co do­wo­dzi, że głu­po­ta by­wa dzie­dzi­czna, a Choj­nik rzad­ko wy­ba­cza am­bi­cję no­szo­ną zbyt wy­so­ko nad kra­wę­dzią.

POCZĄTEK XX WIEKU ZROBIŁ Z LEGENDY O KUNEGUNDZIE SCENKĘ RODZAJOWĄ, W KTÓREJ NAJWIĘCEJ EMOCJI GENERUJE REKWIZYT, A NIE PRZEPAŚĆ

Mijały lata, licz­ba tru­pów ro­sła, a ner­wi­ca ma­try­mo­nial­na co­raz wy­raź­niej da­wa­ła się we zna­ki Ku­ne­gun­dzie, któ­ra młod­sza już nie by­ła, choć wciąż uwa­ża­ła ina­czej. Aż pew­ne­go dnia na Choj­nik przy­był ry­cerz Adal­bert z Tu­ryn­gii – po­stać tak uj­mu­ją­ca, że pa­ni zam­ku na chwi­lę za­po­mnia­ła o wła­snych za­sa­dach i by­ła go­to­wa za­wie­sić śmier­tel­ny re­gu­la­min za­lo­tów.

Ambitny ry­cerz ła­ski tej jed­nak nie przy­jął. Pró­by nie omi­nął, ob­je­chał wa­ro­wnię w peł­nym ryn­sztun­ku, a koń, ku po­wszech­ne­mu zdu­mie­niu, nie stra­cił rów­no­wa­gi ani in­styn­ktu sa­mo­za­cho­wa­wcze­go. Gdy Adal­bert po­wró­cił na dzie­dzi­niec, roz­le­gły się fan­fa­ry, tłum odet­chnął, a Ku­ne­gun­da wy­bie­gła na­prze­ciw, go­to­wa od­dać mu się bez re­szty, ty­tu­ły i ma­ją­tek do­rzu­ca­jąc w pa­kie­cie.

JEŚLI SZUKAĆ TU CUDU, TO NIE W ODWADZE RYCERZA, ALE W FAKCIE, ŻE PO TYM WSZYSTKIM KTOKOLWIEK JESZCZE MYŚLI O ŚLUBIE

Rycerz tym­cza­sem wy­ko­nał ma­newr zu­peł­nie nie­prze­wi­dzia­ny przez le­gen­dę. Za­trzy­mał ją chłod­no i oświad­czył, że nie za­mie­rza wią­zać się z ko­bie­tą, przez któ­rą zgi­nę­ło ty­lu nie­win­nych mło­dzień­ców. Po czym, bez dal­szych wy­ja­śnień i bez oglą­da­nia się na fan­fa­ry, wsiadł na ko­nia i od­je­chał, za­bie­ra­jąc ze so­bą je­dy­ny w tej hi­sto­rii od­ruch przy­zwo­ito­ści.

Dla Kunegundy było to wię­cej, niż mo­gła znieść. Zie­lo­na ze zło­ści, ura­żo­nej du­my i na­głej świa­do­mo­ści wła­snej re­pu­ta­cji, uda­ła się cięż­kim kro­kiem na wie­żę, a na­stęp­nie – nie mo­gąc po­go­dzić się z hań­bą – rzu­ci­ła się w prze­paść spo­wi­tą mgła­mi, jak przy­sta­ło na dra­mat osta­te­czny. Miej­sce, w któ­rym jej po­ślad­ki we­szły w bez­po­śred­nią in­ter­ak­cję ze ska­łą, prze­trwa­ło do cza­sów współ­cze­snych, po­zo­sta­jąc jed­ną z naj­więk­szych atra­kcji Choj­ni­ka i trwa­łym do­wo­dem na to, że le­gen­da lu­bi koń­czyć się tam, gdzie roz­są­dek daw­no wy­siadł z sio­dła.

PATRZYSZ NA TE WGŁĘBIENIA I WIESZ, ŻE DRAMAT OSTATECZNY CZASEM KOŃCZY SIĘ NA DUPIE, NIE NA MORALNEJ PUENCIE

ZWIEDZANIE


Ruiny Zamek Chojnik na­le­żą bez wąt­pie­nia do naj­po­pu­lar­niej­szych i naj­bar­dziej ma­lo­wni­czych na ca­łym Dol­nym Ślą­sku, co za­wdzię­cza­ją nie tyl­ko po­ło­że­niu, lecz tak­że te­mu, że przez stu­le­cia nikt nie miał dość za­pa­łu ani pie­nię­dzy, by je „ule­pszyć”. Do dziś za­cho­wa­ły się ścia­ny zam­ku wy­so­kie­go z cy­lin­dry­czną wie­żą, pod­da­ne kon­ser­wa­cji w la­tach 60. XX wie­ku, dwa pier­ście­nie mu­rów ob­wo­do­wych zwień­czo­ne re­ne­san­so­wą at­ty­ką, sko­ru­py daw­nych bu­dyn­ków miesz­kal­nych oraz re­li­kty urzą­dzeń in­ży­nie­ryj­nych i obron­nych, któ­re prze­szły dłu­gą dro­gę od uży­te­cznych do uro­czych.

PRZESTRZEŃ MIĘDZY PIERŚCIENIAMI MURÓW, KTÓRA DOSKONALE POKAZUJE, JAK Z FUNKCJONALNEGO ELEMENTU OBRONY MOŻNA ZROBIĆ ATRAKCJĘ TURYSTYCZNĄ — WYSTARCZY NIC NIE ROBIĆ PRZEZ KILKA STULECI

Szczęśliwie – z dzi­siej­szego pun­ktu wi­dze­nia – wa­ro­wnię opu­szczo­no dość wcze­śnie. Dzię­ki te­mu jej bry­ła uni­knę­ła póź­niej­szych mód, ba­ro­ko­wych wy­gi­ba­sów i ne­ogo­ty­ckich am­bi­cji, któ­re po­tra­fi­ły za­mie­nić śre­dnio­wie­czną twier­dzę w ar­chi­te­kto­ni­czne nie­po­ro­zu­mie­nie. Obec­ny wy­gląd ru­in w du­żej mie­rze od­po­wia­da sta­no­wi z XVII wie­ku, przy­po­mi­na­jąc, że cza­sem naj­le­pszą for­mą ochro­ny za­by­tku by­wa zwy­kłe po­zo­sta­wie­nie go w spo­ko­ju.

GDYBY ZAMEK NIE ZOSTAŁ OPUSZCZONY, PEWNIE STAŁABY TU FONTANNA, BALUSTRADA I NEOGOTYCKI SEN O WIELKOŚCI, A ZOSTAŁ KAMIEŃ, CISZA I ŚWIĘTY SPOKÓJ (ALE PO SEZONIE TURYSTYCZNYM)

Zamek Chojnik od daw­na peł­ni ro­lę sym­bo­lu Kar­ko­no­szy, co w prak­ty­ce ozna­cza jed­no: lu­dzi. W se­zo­nie miej­sce to sta­je się – mó­wiąc moż­li­wie oględ­nie – gwar­ne, a w cie­pły, sło­ne­czny week­end wi­zy­ta nie­mal gwa­ran­tu­je ścisk, jaz­got i i wa­run­ki, w któ­rych ar­chi­te­ktu­ra prze­gry­wa z licz­bą ple­ców na metr kwa­dra­to­wy.

SCHODY DO WIEŻY UCZĄ CIERPLIWOŚCI, SZCZEGÓLNIE W SEZONIE, GDY NA GÓRĘ CHCE SIĘ DOSTAĆ CAŁA WYCIECZKA

Zdecydowanie lepszym po­my­słem jest wej­ście na Choj­nik po­za se­zo­nem, naj­le­piej je­sie­nią, gdy po­ra­sta­ją­ce gó­rę la­sy pło­ną ko­lo­ra­mi, a je­dy­ną kon­ku­ren­cją dla wła­snych my­śli po­zo­sta­je sze­lest li­ści i wiatr. Tra­sa zwie­dza­nia jest krót­ka, eks­po­zy­cji wła­ści­wie brak, co aku­rat do­brze współ­gra z cha­ra­kte­rem ru­in. Po­zo­sta­je za to wie­ża i wi­do­ki z jej szczy­tu – roz­le­głe, su­ro­we i nie­za­po­mnia­ne – obej­mu­ją­ce Ko­tli­nę Je­le­nio­gór­ską oraz pa­sma Kar­ko­no­szy, sku­te­cznie przy­po­mi­na­ją­ce, że cza­sem naj­le­pszą atrak­cją by­wa po pro­stu prze­strzeń.

MIEJSCE, GDZIE ATRAKCJĄ NIE JEST OBIEKT, LECZ ODLEGŁOŚĆ MIĘDZY MURAMI A HORYZONTEM
Wstęp na za­mek jest bi­le­to­wa­ny, co sa­mo w so­bie nie po­win­no dzi­wić. Do ce­ny bi­le­tu na­le­ży jed­nak do­li­czyć jesz­cze opła­tę za wej­ście na te­ren Kar­ko­no­skie­go Par­ku Na­ro­do­we­go, dzię­ki cze­mu już na star­cie wia­do­mo, że kon­takt z hi­sto­rią i przy­ro­dą by­wa do­świad­cze­niem wie­lo­eta­po­wym, rów­nież fi­nan­so­wo.
Wycieczka na za­mek Choj­nik wraz ze zwie­dza­niem ru­in to wy­da­tek cza­so­wy rzę­du co naj­mniej 3 go­dzin, li­czo­ny bez po­śpie­chu i bez am­bi­cji bi­cia re­kor­dów, któ­re w tym miej­scu i tak ni­ko­go nie in­te­re­su­ją.

KOLEJNY WIDOK Z WIEŻY CHOJNIKA, KTÓRY BEZ WYSIŁKU PRZEBIJA CAŁĄ EKSPOZYCJĘ — I TRUDNO OPRZEĆ SIĘ WRAŻENIU, ŻE TO WŁAŚNIE TU WSZYSTKO SIĘ DOMYKA
Na zamek moż­na wejść z psem, co brzmi jak do­bra wia­do­mość, o ile pa­mię­ta się, że dłu­gie i stro­me po­dej­ście mo­że oka­zać się wy­ma­ga­ją­ce prze­de wszyst­kim dla czwo­ro­no­ga, a en­tu­zjazm na star­cie nie za­wsze wy­star­cza na ca­ły dy­stans.
Loty na te­re­nie Kar­ko­no­skie­go Par­ku Na­ro­do­we­go do­pusz­czal­ne są wy­łącz­nie na pod­sta­wie spe­cjal­ne­go ze­zwo­le­nia dy­re­kcji tej in­sty­tu­cji, co sku­te­cznie stu­dzi za­pał wszyst­kim, któ­rzy uzna­li, że dron to na­tu­ral­ne uzu­peł­nie­nie gór­skie­go kraj­obra­zu.

STOJĄC NA ZAMKU, CZUJE SIĘ, ŻE ŚNIEŻKA JEST TU RACZEJ ŚWIADKIEM NIŻ UCZESTNIKIEM, I TO W DODATKU ŚWIADKIEM ZNUŻONYM

PO ŚNIEŻCE PRZYCHODZI KOLEJ NA ŚNIEŻNE KOTŁY, KTÓRE STOJĄ NIŻEJ, PATRZĄ DŁUŻEJ I WYRAŹNIE DAJĄ DO ZROZUMIENIA, ŻE ZAMKI TO DLA NICH EPIZOD

DOJAZD


Zamek Chojnik położony jest w gra­ni­cach ad­mi­ni­stra­cyj­nych mia­sta Je­le­nia Gó­ra, w dziel­ni­cy So­bie­szów, nie­opo­dal dro­gi pro­wa­dzą­cej do Szklar­skiej Po­rę­by. Aby go do­strzec, nie trze­ba map ani szcze­gól­nych zdol­no­ści orien­ta­cyj­nych – wy­star­czy uważ­nie przy­glą­dać się szczy­tom, któ­re za­ska­ku­ją­co chęt­nie zdra­dza­ją obec­ność ru­in.

CZERWONY SZLAK — OPCJA DLA TYCH, KTÓRZY WOLĄ DOŚWIADCZAĆ KRAJOBRAZU, A NIE SAMEGO SIEBIE

Po przekroczeniu gra­ni­cy par­ku na­ro­do­we­go dro­ga głów­na roz­dzie­la się na dwie mniej­sze. W pra­wo pro­wa­dzi szlak czer­wo­ny – dłuż­szy, lecz ła­go­dny, ide­al­ny dla tych, któ­rzy ce­nią spo­kój i prze­wi­dy­wal­ność. W le­wo od­bi­ja szlak czar­ny, wy­raź­nie bar­dziej ma­lo­wni­czy, za to wy­ma­ga­ją­cy odro­bi­ny wy­sił­ku i uwa­gi, ofe­ru­ją­cy po dro­dze in­te­re­su­ją­ce for­ma­cje skal­ne, któ­re sku­te­cznie od­cią­ga­ją my­śli od zmę­cze­nia. W po­bli­żu zam­ku oba szla­ki po­no­wnie łą­czą się, jak­by uzna­ły, że da­lej nie ma już sen­su się spie­rać.

A DLA TYCH, KTÓRYM CZERWONY SZLAK WYDAŁ SIĘ ZBYT UGODOWY, CZARNY OFERUJE ĆWICZENIE Z POKORY W TERENIE OTWARTYM

Podróżujący koleją po­win­ni wy­siąść na sta­cji Je­le­nia Gó­ra So­bie­szów na li­nii w kie­run­ku Szklar­skiej Po­rę­by. Od sta­cji do wej­ścia na te­ren Kar­ko­no­skie­go Par­ku Na­ro­do­we­go po­zo­sta­je oko­ło 20 mi­nut mar­szu.

U pod­nó­ża gó­ry Choj­nik, na przy­do­mo­wych pod­wór­kach oraz otwar­tych te­re­nach, znaj­du­je się wie­le płat­nych par­kin­gów. Spod nich do pun­ktu po­bie­ra­nia opłat za wej­ście na te­ren Kar­ko­no­skie­go Par­ku Na­ro­do­we­go pro­wa­dzą za­zwy­czaj do­brze ozna­czo­ne ścież­ki, dzię­ki cze­mu na­wet pier­wszy kon­takt z lo­gi­sty­ką wy­cie­czki nie wy­ma­ga ani od­wa­gi, ani szcze­gól­nych zdol­no­ści orien­ta­cyj­nych.

SOSNÓWKA PLUS ZACHÓD SŁOŃCA PLUS GÓRY MINUS WŁADZA RÓWNA SIĘ ZAMEK CHOJNIK PO LEWEJ JAKO ELEMENT DRUGORZĘDNY

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. M. Chorowska: Re­zy­den­cje śre­dnio­wie­czne na Ślą­sku, OFPWW 2003
  2. I. T. Kaczyńscy: Zam­ki w Pol­sce po­łu­dnio­wej, Muz­a SA 1999
  3. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Le­ksy­kon zam­ków w Pol­sce, Ar­ka­dy 2001
  4. J. Lamparska: Ta­jem­ni­ce, zam­ki, pod­zie­mia, Asia Press 1999
  5. J. Lamparska: Dol­ny Śląsk ja­kie­go nie zna­cie, Asia Press 2002
  6. R. M. Łuczyński: Zam­ki, dwo­ry i pa­ła­ce w Su­de­tach, Wspól­no­ta Aka­de­mi­cka 2008
  7. M. Świeży: Zam­ki, twier­dze, wa­ro­wnie, Fo­to Art 2002