
DZIEJE ZAMKU
Nazwę Schyrnino zapisano po raz pierwszy w 1308 roku w księgach kościelnych, które widziały już niejedno terytorialne przetasowanie. Wówczas była to niewielka wieś należąca do duchownych, cicha, choć zapewne nie pozbawiona lokalnych plotek i przyziemnych dramatów. Przez następne dziesięciolecia niewiele się tu działo – aż w połowie XIV wieku wieś przeszła w ręce szlachty, a z nią pojawiły się herby, tytuły i potrzeba budowania czegoś trwalszego niż drewniane chałupy.


Pierwszym, którego nazwisko przetrwało w źródłach, był Jan z Czerniny (zm. 1423) – kasztelan międzyrzecki, człowiek, który myślał w kategoriach murów i wież, nie płotów i stodół. Jemu przypisuje się wzniesienie na przełomie XIV i XV wieku murowanej siedziby, której kamienne ściany miały mówić o statusie bardziej wymownie niż jakikolwiek dokument. Po jego śmierci dobra przejął syn, Jocusch von der Czyrne, lecz do gospodarzenia nie miał serca – około 1430 roku sprzedał majątek Magnusowi von Label. Odtąd, przez kilka kolejnych dziesięcioleci Czernina wędrowała po herbowych rodach niczym niechciane dziedzictwo — zbyt cenne, by porzucić, zbyt kłopotliwe, by się nim cieszyć.

W 1492 roku – gdy inni odkrywali nowe kontynenty – miejscowy zamek odkrył nowych właścicieli: ród von Dohna. To właśnie Henryk VII von Dohna uzyskał w 1515 roku od Władysława Jagiellończyka przywilej lokacyjny, który uczynił z Czerniny ośrodek o ambicjach znacznie większych niż jej rozmiar. W 1538 roku dobra przejęli bracia Aleksander i Baltazar von Stosch z Mojęcic. To za ich czasów miasteczko rozrosło się i zyskało obwarowania, które nadały mu wygląd niewielkiej, lecz solidnej warowni. Baltazar zapisał się jednak w dziejach z innego powodu – w 1551 roku przeszedł z katolicyzmu na protestantyzm, wprowadzając do tutejszych murów nowy porządek duchowy. Z pozoru była to jedynie zmiana wyznania, w rzeczywistości zaś początek długiego okresu, w którym losy zamku i miasteczka splatały się z burzliwymi dziejami reformacji.

Po śmierci Baltazara von Stosch jego potomkowie wzięli się w 1595 roku za porządki w majątku z niemiecką skrupulatnością i rodzinną precyzją. Melchior dostał Trzebosz (Triebusch), Kaspar (zm. 1627) – Czerninę Górną wraz z miasteczkiem, a najmłodszy z braci, również Baltazar, objął Czerninę Dolną i Jabłonnę. Tak ustalony podział utrwalił się na wieki, dzieląc ziemię nie gorzej niż niejedna wojna o granice. Od tej pory istniały dwie Czerniny – Górna i Dolna – niczym bliźniaczki, które od dzieciństwa nie potrafiły dojść ze sobą do zgody.

Niestety, nie dane im było długo spierać się w spokoju. Wiek XVII nadszedł z hukiem dział, z dymem pożarów i z zarazami, które nie pytały o stan czy herb. Dolny Śląsk stał się wówczas sceną dla wojsk duńskich, szwedzkich i cesarskich – każdy wpadł, coś zabrał, coś spalił, zostawił trochę ospy i ruszył dalej. Czernina znosiła to wszystko jak zwykle – bez zachwytu, ale i bez wyboru.

A jednak z tego zgiełku wyłoniła się postać godna wspomnienia – Georg Abraham von Stosch (zm. 1705), który pod koniec stulecia postanowił, że dość już dymu i błota. Zamiast warowni, kazał zbudować rezydencję w barokowym stylu – pełną światła, kolumn i ambicji epoki, która uwielbiała robić wrażenie. Nie doczekał się potomstwa z Urszulą Katarzyną von Kottwitz, więc po jego śmierci majątek przeszedł w ręce siostry, Hedwig Heleny (zm. 1713), wdowy po Fryderyku von Schweinitz. Po niej Czernina przypadła rodowi von Lestwitz, a kolejni właściciele – Adam Melchior (zm. 1718), Georg Abraham i Karol Rudolf (zm. 1803) – kontynuowali dzieło przodków, pielęgnując tradycję, że każda epoka pozostawia po sobie coś trwałego: jedni mury, inni długi, a niektórzy po prostu dobre nazwisko.

Karol Rudolf von Lestwitz, ostatni z rodu, zmarł bezpotomnie 9 sierpnia 1803 roku, zostawiając po sobie nie tylko okazały majątek, lecz także niezwykle przyzwoity gest. Cały swój dorobek zapisał Stowarzyszeniu Dziewic Ewangelickich – organizacji, której celem było nauczanie młodych kobiet praktycznych umiejętności potrzebnych do prowadzenia domu. Trudno o bardziej barokowy finał barokowej historii: dawny pan na zamku, zamiast szabel i klejnotów, przekazuje w spadku szkołę dobrych manier i porządnego szycia.

Fundacja, hojnie finansowana z czerńińskich dóbr, obejmowała swoim działaniem okoliczne wsie, szerząc edukację, ucząc gospodarności i udzielając bezpłatnej pomocy medycznej – co, jak na owe czasy, było przedsięwzięciem niemal rewolucyjnym. Pruski Rząd Królewski pilnował, by wszystko odbywało się wedle porządku, a dochody z Czerniny, Sułkowa i Ligoty zasilały działalność Stowarzyszenia jeszcze przez kolejne pokolenia. Prawdopodobnie funkcjonowało ono aż do drugiej wojny światowej, gdy nawet najlepiej prowadzone księgi przestały mieć znaczenie wobec huków frontu.



Sam pałac przetrwał wojenną zawieruchę bez większych szkód – los, który rzadko bywał tak łaskawy wobec śląskich rezydencji. Dopiero nadejście Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku i późniejsze lata „opieki państwowej” sprawiły, że dawna siedziba Stoschów i Lestwitzów zaczęła znikać – powoli, lecz nieuchronnie. Mur po murze, sufit po suficie, aż pozostało to, co w historii najtrwalsze: legenda. Dziś po dawnym splendorze zostały ruiny, w których natura odzyskała swoje prawa, a krzewy – być może z lekką ironią losu – zarosły miejsce, gdzie kiedyś uczono porządku, elegancji i haftu prostym ściegiem.



OPIS ZAMKU
Średniowieczny zamek w Czerninie kryje swoje początki w milczeniu – nie znamy jego pierwotnego układu, nie wiemy nawet, kiedy z gotyckiej warowni przeistoczył się w renesansową rezydencję z narożnymi, cylindrycznymi wieżami. Pewne jest jedynie, że budowla ta nie należała do skromnych. W źródłach pojawia się wzmianka o remoncie z roku 1700 – choć sam jego zakres zaginął gdzieś między rachunkami a zapiskami majstrów. Los zamku nie był jednak łaskawy: w 1758 roku strawił go pożar, który, jak to często bywało, nie pytał o wartość dzieła.

Po odbudowie, w drugiej połowie XVIII wieku, gmach zyskał kształt czteroskrzydłowej budowli wzniesionej na planie prostokąta, z niewielkim dziedzińcem pośrodku. Front zdobiły dwie cylindryczne wieże zwieńczone hełmami oraz ośmioboczna, czterokondygnacyjna wieża bramna – strażniczka, przez którą wiodła droga na most nad fosą. Po prawej stronie od wjazdu znajdowało się skrzydło z osiowym ryzalitem, a całość miała w sobie tyle elegancji, co praktycznego chłodu kamienia.

Przed zamkiem rozciągał się obszerny dziedziniec otoczony budynkami gospodarczymi; wjazdu tutaj strzegł budynek bramny i kolejny most nad fosą, po którym sunęły karety i bose stopy, każdy na swój sposób potrzebny tej ziemi.

STAN OBECNY
Zamek znajduje się dziś w stanie zaawansowanego rozkładu, z niewielkimi szansami na ocalenie. Po powojennych dewastacjach pozostały jedynie zewnętrzne mury, w większości zachowane jeszcze w pełnej wysokości – jakby wciąż próbowały udawać, że coś trzymają.

Wnętrze dawno się zapadło: stropy runęły, dziedziniec wypełnił się gruzem, a z gruzu wyrosły krzaki, które najwyraźniej uznały, że skoro człowiek odszedł, natura wraca do pracy. Piwnice przetrwały jedynie częściowo, w większości zasypane, a od wschodu i południa do ruin przylega niewielkie bajorko – zapewne to, co zostało z dawnej fosy, teraz już bardziej smutne niż obronne.

Jeszcze niedawno można było dostrzec na wschodniej ścianie kartusz herbowy dawnych właścicieli i resztki kamiennego portalu, które przypominały, że nawet ruina potrafiła trzymać się z klasą — z resztkami gracji pośród gruzu, jak dama, która mimo wszystko nie zdejmuje rękawiczek. Dziś zniknęły — albo pogrzebane pod zwałami muru, albo przeniesione do którejś nowobogackiej rezydencji, gdzie zapewne udają pamiątkę po cudzym rodowodzie.

Wstęp wolny, choć raczej dla tych z żyłką ryzyka — wejść trudno, a jeśli się uda, łatwo wpaść w jakąś dziurę albo przyjąć na głowę kawałek dawnej świetności.
Jeżeli bardzo chcecie, możecie w to miejsce przyjechać razem ze swoim psem. Tylko...po co?
Sporo wolnej przestrzeni rozciąga się na zachód od pałacu i nad samą jego ruiną, gdzie roślinność dawno przejęła dowodzenie, obrastając wszystko, co jeszcze stoi. Północną i wschodnią część rozległego placu zajmują zabudowania dawnego folwarku, później PGR-u – wciąż zamieszkane i noszące na sobie wszystkie blizny minionych dekad. Z troski o samochody mieszkańców i własny spokój lepiej ten rejon ominąć, chyba że ktoś woli oglądać ruiny z dystansu – tam, gdzie zniszczenie wygląda już prawie jak pejzaż.

DOJAZD
Czernina leży na styku historycznych ziem Wielkopolski i Dolnego Śląska, około piętnastu kilometrów na południe od Leszna, skąd — nieśpiesznie i niezbyt często — kursują autobusy PKS. Ruina znajduje się w samym sercu wsi, niedaleko strzelistych wież kościoła, które zdają się spoglądać na nią z lekkim wyrzutem, jak na krewnego, o którym lepiej nie mówić przy stole.
Samochód można zaparkować tuż obok ruin, choć widok za oknem raczej nie zachęca do dłuższego postoju.
Miłośnikom
dwóch kółek
, zwłaszcza tym z okolic Poznania i Wrocławia, warto polecić dojazd pociągiem do Rydzyny, Bojanowa lub Kaczkowa, a stamtąd spokojny powrót do domu rowerem. Tutejsze drogi, przynajmniej te w stronę Poznania, trzymają przyzwoity standard, a ruch jest niewielki — choć od czasu do czasu ktoś przypomni, że pedałowanie nie zwalnia z czujności.

WARTO ZOBACZYĆ
Obok zamku stoi kościół św. Wawrzyńca – skromny, jednonawowy, zbudowany z cegły, ale o wnętrzu, które potrafi zaskoczyć. W głównym ołtarzu znajduje się tryptyk z XV wieku przedstawiający ukoronowanie Najświętszej Marii Panny, obok zaś obraz patrona świątyni, św. Wawrzyńca, z XVIII stulecia. Na chórze zachowały się organy z 1802 roku, wykonane w Górze Śląskiej, a ściany zdobią XIX-wieczne stacje drogi krzyżowej i nagrobne epitafia rodu von Stosch – tych samych, którzy przed wiekami władali zamkiem. Mała świątynia, ale z pamięcią większą niż niejeden pałac.

Między kościołem św. Wawrzyńca a zamkiem stoi samotna wieża – jedyny ocalały fragment dawnego kościoła ewangelickiego. Wzniesiona w XIX wieku, dziś po rewitalizacji wygląda znacznie lepiej, niż można by sądzić po fotografii – jakby po latach wreszcie ktoś zdjął z niej kurz i dał jej drugie życie.

Przy Rynku stoi niepozorny, lecz pełen wdzięku ratusz, wzniesiony w latach 1799–1800 w stylu klasycystycznym – prosty, elegancki i zaskakująco dobrze znoszący upływ czasu. Dziś mieści się w nim siedziba banku — miejsce, gdzie nadal liczy się każdy grosz, tylko atmosfera mniej urzędowa, a bardziej odsetkowa.

ZAMKI W POBLIŻU
LITERATURA
- B. Guerquin: Zamki w Polsce, Arkady 1984
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Arkady 2001
- Praca zbiorowa: Skąd przyszliśmy, kim jesteśmy, Starostwo Powiatowe w Górze i Towarzystwo Ziemi Górowskiej 2003