
DZIEJE ZAMKU
Na północ od pasma Łysogór w Górach Świętokrzyskich, niespełna sześć kilometrów w linii prostej od Łysicy, biskup krakowski Jan Bodzanta (zm. 1366) około 1355 roku założył miasto – Bodzentyn – a przy okazji wzniósł niewielki, zapewne drewniany dwór myśliwski. Nie był to może Wersal, ale z pewnością wystarczał na odpoczynek po trudach pasterskiej posługi. Przedsięwzięcie to wiązało się z przeniesieniem siedziby biskupów diecezjalnych z pobliskiego Tarczka do nowo założonego ośrodka, który odtąd, obok Kielc i Iłży, pełnił istotną funkcję administracyjną wobec rozległych dóbr kościelnych w regionie – można rzec: duchowna centrala Kielecczyzny, z pieczęciami, purpurą i całym średniowiecznym ceremoniałem.

Dwór zbudowany przez Bodzantę nie przetrwał długo – ledwie zdążył się zadomowić w krajobrazie, a już w drugiej połowie XIV wieku ustąpił miejsca bardziej ambitnej konstrukcji. Biskup Florian z Mokrska herbu Jelita (zm. 1380), człowiek z wyobraźnią i pewnie nieco większym budżetem, zainicjował budowę murowanego zamku w stylu gotyckim. Nową rezydencję połączono z obwodem warownym otaczającym miasto, co nie tylko poprawiło walory obronne, ale też dodało Bodzentynowi powagi – w końcu drewniany dworek mógł być uroczy, ale cegła i baszty to już inna liga. Miasto rozwijało się w imponującym tempie, stając się głównym ośrodkiem w regionie, a zamek – ulubioną siedzibą biskupów krakowskich i centrum zarządzania ich ziemskimi dobrami.

Wśród wydarzeń, które z tego czasu zapisały się w kronikach, wyróżnia się wizyta Władysława Jagiełły 19 czerwca 1410 roku. Król, zmierzając na pielgrzymkę do Świętego Krzyża, by – jak głosi tradycja – wybłagać u nieba zwycięstwo nad Zakonem Krzyżackim, nie zapomniał o sprawach państwowych i właśnie w Bodzentynie spotkał się z posłami książąt pomorskich. Choć nie był to Wawel, a wokół nie huczały królewskie trąby, zamkowe mury godnie przyjęły monarchę. Historia może nie pisała tu wielkich rozdziałów, ale potrafiła przynajmniej wcisnąć przypis – a to już coś, jak na miasto, które zaczęło się od drewnianego domku w lesie.

W 1413 roku Bodzentyn padł ofiarą pożaru, który strawił znaczną część miasta i uszkodził także zamek. Ogień był bezlitosny, ale mieszkańcy – jak na mieszczan z ambicjami przystało – nie załamali rąk. Odbudowa ruszyła żwawo, wspierana przez sprzyjające położenie przy szlakach handlowych i opiekę biskupa Wojciecha Jastrzębca (zm. 1436), który u króla wyjednał dla miasta prawo magdeburskie. A wraz z nim – cały pakiet korzyści: dwa jarmarki tygodniowo, prawo wyrębu lasu i wypasu bydła, wyłączność na handel solą i mięsem, a także monopol na produkcję trunków w promieniu jednej mili. Można więc powiedzieć, że Bodzentyn nie tylko się podniósł, ale jeszcze nauczył się robić na tym interes.

Zamożność mieszkańców rosła, co znajduje potwierdzenie w miejskich inwestycjach: powstał drugi rynek, wodociąg, a także publiczna łaźnia – wyznacznik cywilizacyjnego poziomu, a nie luksus zarezerwowany dla nielicznych. Sam zamek, choć częściowo zniszczony, został odbudowany jeszcze przed końcem dekady, o czym świadczą dokumenty z 1420 roku, wymieniające cieślę o imieniu Franek jako odpowiedzialnego za remont wieży. W połowie XV wieku biskup Zbigniew Oleśnicki (zm. 1455) rozbudował zamek o skrzydło północne, a kolejnych ulepszeń dokonał kardynał Fryderyk Jagiellończyk (zm. 1503), dobudowując od wschodu reprezentacyjne skrzydło mieszkalne – z wieżyczkami, w których sprytnie ukryto latryny i klatkę schodową. Bodzentyn mógł nie być stolicą, ale z każdym rokiem coraz bardziej przypominał miejsce, gdzie nie tylko się rządziło, ale i mieszkało z klasą.

W drugiej połowie XVI wieku bodzentyńska warownia przestała już budzić respekt – bardziej straszyła wspomnieniem dawnych czasów niż realnie chroniła kogokolwiek przed czymkolwiek. Biskup Franciszek Krasiński (zm. 1577), rozumiejąc, że nadeszła epoka parad reprezentacyjnych, a nie oblężeń, po 1572 roku rozpoczął przebudowę zamku w duchu renesansowego szyku. Forteca miała zniknąć, a na jej miejscu pojawić się elegancka rezydencja, gotowa nie tyle odeprzeć wroga, co oczarować każdego, kto znalazł się tam nie z mieczem, lecz z ukłonem.

Dzieła dokończył biskup Piotr Myszkowski (zm. 1591), a nad przebudową czuwał włoski architekt Jan Balcer, który nadał rezydencji wyważoną kompozycję, renesansowy porządek i otwarty dziedziniec – przestrzeń godną nowoczesnej siedziby biskupiej. W XVII wieku zamek zyskał kolejne elementy: biskup Piotr Tylicki (zm. 1616) wzniósł skrzydło południowe oraz budynek bramny, a w latach 1657–1691 całość została przekształcona zgodnie z obowiązującym wówczas gustem barokowym – z bogatszą formą, dekoracyjnością i wyraźnym zamiłowaniem do efektu. Obronne cechy dawno już ustąpiły miejsca reprezentacyjnej funkcji rezydencji. Pałac przestał być twierdzą, ale wciąż potrafił robić wrażenie – może nie odstraszał wroga, ale z pewnością potrafił onieśmielić gościa.

Ostatnią architektoniczną kropkę nad „i” postawił w drugiej połowie XVIII wieku biskup Kajetan Sołtyk (zm. 1788), a o wykonanie zadbał nie byle kto, bo sam Jakub Fontana – nadworny architekt królów, artysta od rezydencji z rozmachem. Szkopuł w tym, że pałac piękniał, ale jego znaczenie – już niekoniecznie. Od połowy XVII wieku zamek w Bodzentynie powoli schodził ze sceny, odsuwany w cień przez młodszego, lepiej ułożonego rywala: pałac biskupi w Kielcach, ufundowany przez Jana Zadzika (zm. 1642). Po 1637 roku nowa siedziba na katedralnym wzgórzu zaczęła zbierać wszystkie laury – prestiż, fundusze, biskupów i gości. A Bodzentyn? Cóż, pozostał z piękną fasadą, dziedzińcem pełnym wspomnień i coraz mniej jasną odpowiedzią na pytanie: „Po co to wszystko?”.

W 1789 roku, gdy Sejm Czteroletni odebrał biskupom krakowskim ich dobra, zamek w Bodzentynie przestał być rezydencją duchownych możnowładców, a stał się majątkiem państwowym przeznaczonym do „zagospodarowania”. Brzmi to jak początek nowego rozdziału, choć w rzeczywistości otwierało raczej długą księgę zaniedbań. Austriacy, którzy wkrótce objęli te tereny, przeznaczyli budowlę najpierw na cele gospodarcze, potem – w czasach wojen napoleońskich – na szpital wojskowy. Po jego likwidacji w 1815 roku zamek pozostał pusty i zbędny, jakby historia nie przewidziała dla niego dalszego scenariusza. Krążyły jeszcze pomysły: fabryka porcelany, urząd miejski, cokolwiek. W 1820 roku pojawił się zapis: zamek biskupi ma trzy piętra, gmach ogromny, zrujnowany. Surowy opis, bez emocji, ale nie sposób nie odczytać w nim westchnienia.

Jeszcze przez chwilę ruina próbowała udawać, że nadal jest częścią miejskiego życia – w połowie XIX wieku odbywały się w niej bale, zapewne bardziej z sentymentu niż z komfortu. Potem nastał czas grabieży zorganizowanej spontanicznie: okoliczni mieszkańcy traktowali mury jak darmową hurtownię budowlaną, a zabytek – jak niezabezpieczony magazyn historii do rozbiórki. Gdy XIX wiek dogasał, pojawiły się głosy, by ruinę po prostu zrównać z ziemią i przestać się łudzić. Ostatecznie uratowała ją nie miłość do przeszłości, lecz ustawa – po 1902 roku zamek objęto ochroną, a w 1911 przekazano go Komisji Archeologicznej w Petersburgu. Po odzyskaniu niepodległości opiekę przejęło państwo polskie i podjęło decyzję nader rozsądną: nie odbudowywać, nie fantazjować, po prostu utrwalić stan rzeczy. Historia nie zawsze potrzebuje drugiego życia. Czasem wystarczy jej dobrze zorganizowana cisza.

Zbigniew Oleśnicki (1423-1455). Pierwszy kardynał narodowości polskiej – zaiste, pionier w purpurze!
Tomasz Strzępiński (1455-1460). Profesor Akademii Krakowskiej – umysł bystry i pióro uczone, któremu nieobce były zawiłości teologii i retoryki.
Jakub z Sienna (1461-1463). Choć w Krakowie krótko, to w pamięci historii długo – późniejszy prymas Polski (1474–1480).
Jan Gruszczyński (1463-1464). Również prymas – tym razem od razu po objęciu katedry (1463–1472). Biskup z ambicjami i godnością.
Jan Lutek (1464-1471). W młodości sekretarz książęcy, który dyplomatyczne szlify zdobywał u boku księcia Witolda i króla Jagiełły.
Jan Rzeszowski (1471-1488). Spowiednik Kazimierza Jagiellończyka – miał dostęp nie tylko do sumienia królewskiego, ale i do samego serca dworu.
Fryderyk Jagiellończyk (1488-1503). Syn Kazimierza Jagiellończyka, prymas od 1493 roku – w purpurze nie z urodzenia, lecz z powołania… i dynastii.
Jan Konarski (1503-1524). Doradca króla Aleksandra – człek roztropny, który potrafił połączyć pobożność z polityczną finezją.
Piotr Tomicki (1524-1535). Podkanclerzy koronny i sekretarz królewski – mistrz dokumentu i mowy, filar administracji i Kościoła.
Jan Latalski (1536-1537). Krótko, lecz z przytupem – prymas Polski w latach 1537–1540.
Jan Chojeński (1537-1538). Sekretarz królewski i kanclerz wielki koronny – zaiste człowiek, który znał arkana władzy od podszewki.
Piotr Gamrat (1538-1545). Prymas w ostatnich latach życia (1541–1545) – duszpasterz z talentem do reform i organizacji.
Samuel Maciejowski (1546-1550). Królewski sekretarz i kanclerz – uczony i dyplomata, z wyczuciem stylu i sumieniem stanu.
Andrzej Zebrzydowski (1551-1560). Kapelan królowej Bony – a więc znał zarówno modlitwę, jak i włoski temperament.
Filip Padniewski (1560-1572). Sekretarz wielki koronny, mecenas Kochanowskiego – znał się nie tylko na duszach, lecz i na poezji.
Franciszek Krasiński (1572-1577). Krytyk inkwizycji, zmarły w Bodzentynie – biskup o sumieniu szerokim i poglądach odważnych.
Piotr Myszkowski (1577-1591). Architekt przemiany zamku w rezydencję – duchowny z fantazją i zmysłem estetycznym.
Jerzy Radziwiłł (1591-1600). Biskup wileński i kardynał – a godność kardynalską otrzymał w wieku zaledwie 27 lat! Geniusz czy koneksje? Może jedno i drugie.
Bernard Maciejowski (1600-1605). Późniejszy prymas Polski (1606–1608) – duchowny z ambicją i wyczuciem momentu.
Piotr Tylicki (1607-1616). Sekretarz królów Stefana Batorego i Zygmunta III – dworskie korytarze znał równie dobrze jak mury katedry.
Marcin Szyszkowski (1616-1630). Książę siewierski – władca duchowny, ale z niemal książęcą rezydencją i manierą.
Andrzej Lipski (1630-1631). Kanclerz wielki koronny, prawnik i dziejopisarz – z równą wprawą spisywał traktaty i kroniki.
Jan Albert Waza (1632-1634). Syn króla Zygmunta, biskup w wieku 21 lat – cóż, kiedy ma się królewską krew, wszystko przychodzi wcześniej.
Jan Zadzik (1635-1642). Budowniczy pałacu biskupiego w Kielcach – zostawił po sobie trwały ślad w kamieniu i historii.

Wśród artefaktów znalazły się również trzy szelągi z czasów Jana Kazimierza – drobiazg, ale wystarczająco wymowny, by przypomnieć, że historia lubi się chować w szczegółach.

OPIS ZAMKU
Zamek w Bodzentynie ulokowano tam, gdzie nawet krowa nie weszłaby bez namysłu – na stromym cyplu nad rzeką Psarką, wysoko, efektownie i z myślą, że kto siedzi wyżej, ten dłużej panem. W najstarszej fazie składał się prawdopodobnie z murowanego domu mieszkalnego dostawionego do północnego muru – jego ślady można dziś odnaleźć w przyziemiach ruin – oraz z narożnej wieży o kwadratowej podstawie, która w wyższych partiach mogła przechodzić w formę cylindryczną, dodając surowej konstrukcji nieoczekiwanej elegancji. Całość otaczał mur z szerokim dziedzińcem, wzmocniony od zachodu dwiema czworobocznymi basztami otwartymi do wnętrza, jakby ktoś chciał powiedzieć: pilnujemy, ale z odrobiną gościnności.

Pod koniec XV wieku zamek zyskał nowy akcent – dom wielki, jak nazywają go źródła, czyli reprezentacyjny, dwupiętrowy gmach wzniesiony na osi północ–południe. Na piętrze urządzono salę stołową, w której można było podejmować gości z rozmachem, a przy okazji nieco ich onieśmielić. W północnej części dobudowano dwie smukłe wieżyczki – skromne, ale praktyczne: jedna mieściła schody, druga latrynę, czyli pełen zakres usług pionowych.

W XVI wieku zamek nie przeszedł żadnej gruntownej przemiany — zamiast tego dopieszczono go z renesansowym wyczuciem, które nie potrzebowało murów grubych, lecz równych. Układ przestrzenny pozostał bez zmian, za to fasady zyskały nowy wdzięk, a wnętrza – nieco lepiej ułożone proporcje. W południowej i zachodniej ścianie domu wielkiego pojawiły się arkadowe krużganki, bardziej dla stylu niż z potrzeby. Najistotniejszym dodatkiem był wykusz od wschodu, przeznaczony na kaplicę. Niewielki, lecz znaczący – wystarczał, by przypomnieć, że zamek ma nie tylko mury, ale i duszę.


XVII wiek nie pytał zamku o zdanie. Przyszedł z nową modą i postanowił urządzić wszystko po swojemu. Średniowieczny dom mieszkalny i narożna wieża wyleciały z planu bez żalu, ich miejsce zajęło rozbudowane skrzydło północne i całkiem nowy dom południowy. Układ zamku zamknął się w eleganckiej podkowie, z dziedzińcem po stronie zachodniej – już nie pochyłym i obronnym, lecz wyrównanym, brukowanym i gotowym, by robić wrażenie.

Wejście do rezydencji umieszczono w południowej fasadzie – za czerwonym portalem z piaskowca czekał most, kamienny, solidny, wsparty na filarach, w sam raz dla tych, którzy nie lubią stąpać po błocie. Elewacje przyozdobiono pilastrami i kamieniarką z herbami Nałęcz, wnętrza natomiast – jak przystało na czasy, gdy styl stawał się statusem – pokryto polichromiami, arrasami i plafonami. Każdy pokój miał swój piec, każdy piec miał swoje zdobienia, a każde zdobienie miało ambicje. Wyglądało to tak, jakby nawet kafel chciał się podlizać właścicielowi.

Na południe od zamku rozciągało się przedzamcze – zaplecze z prawdziwego zdarzenia, z wozownią, młynem, magazynami, stajniami i całą infrastrukturą niezbędną do utrzymania rezydencji na odpowiednim poziomie operacyjnym, logistycznym i – nie oszukujmy się – towarzyskim. W XVII wieku, przy zachodnim murze, postawiono drewniany dwór, zwany domem pańskim. Mieszkało się w nim podczas remontów, przyjmowało gości, a czasem po prostu uciekano od zamieszania głównego gmachu.
We wschodniej części powstały ogrody, ciągnące się w stronę pobliskiego kościoła. Porządne, rozległe, jak się wtedy godziło. Największym magnesem był jednak zwierzyniec – prywatny i odpowiednio efektowny. Nie wiadomo, czy biskupi polowali, ale wiadomo, że lubili, gdy coś się rusza w tle rezydencji.


STAN OBECNY
Do dziś zachowały się malownicze fragmenty wszystkich trzech skrzydeł budynku mieszkalnego, z których względnie najlepiej prezentuje się skrzydło południowe – wciąż stoją tu zewnętrzne ściany, ale stropów próżno szukać. Przetrwał też portal bramny wykuty z czerwonego piaskowca, choć jego obecna forma jest raczej świadectwem lokalnej inwencji niż dawnej świetności – pokryty bazgrołami ze sprayu wygląda dziś jak ofiara estetycznej napaści.

O przeszłym splendorze zamku przypominają jeszcze nieliczne detale kamieniarskie, w tym herby na elewacjach: Ślepowron biskupa Franciszka Krasińskiego i Nałęcz biskupa Jana Małachowskiego. Z dawnych murów obronnych ostał się już tylko jeden krótki odcinek – reszta rozpłynęła się w budowlanej potrzebie mieszkańców. Fotografie z 2008 roku dokumentują stan ruin sprzed interwencji „współczesności”. Dziś zamek częściowo zabetonowano i obłożono drewnianą kratownicą, z myślą o bliżej nieokreślonej rekonstrukcji, która jak zwykle balansuje gdzieś między modernistycznym odlotem a całkowitą utratą pamięci.

Obecnie, tzn. w roku 2025, trwa tzw. remont. Zamek można oglądać wyłącznie z zewnątrz, zza płotu z blachy, który chroni inwestycję — i skutecznie odbiera złudzenia. Ruiny, choć nadal malownicze, wyglądają teraz bardziej jak plac budowy, na którym historia została przykryta tymczasowo, ale niekoniecznie z troską.

DOJAZD
Bodzentyn położony jest u stóp Gór Świętokrzyskich, około 30 kilometrów na wschód od Kielc. Ruiny zamku znajdują się w północno-zachodniej części miasteczka, przy brukowanej kocimi łbami ulicy Słonecznej, która łagodnym łukiem prowadzi w stronę kościoła – jak to bywa z prowincjonalnymi zaułkami: wąskimi, krzywymi, ale z duszą i własnym rytmem.
Samochód można zostawić na niewielkim parkingu przy ul. Słonecznej, niemal vis-à-vis wejścia na teren zamkowy. Stąd do ruin już tylko kilka kroków – w sam raz, by rozprostować nogi i uruchomić wyobraźnię.
WARTO ZOBACZYĆ
Nieopodal zamku, jakby pilnując jego bram od wieków, stoi kościół pw. św. Stanisława. Powstał z inicjatywy biskupa Zbigniewa Oleśnickiego w połowie XV wieku i od tamtej pory trwa niewzruszenie, obserwując zmieniający się świat. Wnętrze kryje trójnawową przestrzeń, w której sercu – prezbiterium – znajduje się ołtarz wyrzeźbiony w 1546 roku. Ten sam, który niegdyś zdobił katedrę wawelską, a dziś, niczym emerytowany dostojnik, pełni swą misję w nowym miejscu. Tuż obok spoczywa biskup Franciszek Krasiński, którego nagrobek zdaje się szeptać ciche opowieści o dawnych czasach tym, którzy potrafią słuchać.

Kościół pw. św. Ducha, wzniesiony w XVII wieku, niegdyś miał przy południowej ścianie sąsiedztwo dość nietypowe – budynek szpitala. Los jednak nie był dla niego łaskawy: w 1619 i 1917 roku strawiły go pożary, a przez długie lata stał opuszczony, milczący i porośnięty wspomnieniami dawnych czasów (fotografia poniżej). Dopiero w 2010 roku, po starannej odbudowie,
odzyskał dawną formę
i dziś znów cieszy oko, jakby nigdy nie poznał smaku ognia.

W miejscowości Święta Katarzyna skrywa się XV-wieczny zespół klasztorny, którego sercem jest renesansowy wirydarz – zielony dziedziniec pełen ciszy. Dawniej należał do bernardynów, dziś opiekują się nim siostry bernardynki. Żyją tu z dala od zgiełku, wierne zakonnej regule, a codzienność odmierzają im modlitwa, praca i rytm klasztornych dzwonów. Dla świata zewnętrznego pozostają niemal niewidoczne, lecz ich obecność nadaje temu miejscu szczególny spokój i aurę dawnej duchowości.

Oddalona o 15 kilometrów od Bodzentyna Łysa Góra (594 m n.p.m.) kryje w sobie prawdziwy skarbiec atrakcji. Można tu zobaczyć charakterystyczne dla Gór Świętokrzyskich skalne rumowisko – gołoborze, a także relikty wału przedchrześcijańskiego miejsca kultu. W zabudowaniach dawnego opactwa benedyktyńskiego mieści się muzeum przyrodnicze, a w klasztorze Misjonarzy Oblatów przechowywana jest relikwia tzw. drzewa Krzyża Świętego oraz zabytkowe przedmioty związane z historią klasztoru i regionu. Swoje miejsce znalazło tu także Radiowo-Telewizyjne Centrum Nadawcze – nowoczesny akcent na tle wiekowych murów.



Najsilniejsze wrażenie na odwiedzających wywiera jednak widok w klasztornych podziemiach: spoczywają tam dwie mumie. Pierwsza – według dawnych opisów – miała należeć do Jeremiego Wiśniowieckiego, choć współczesne badania obaliły tę legendę. Druga to zmumifikowane szczątki nieznanego powstańca styczniowego z 1863 roku. Ich obecność w chłodnym półmroku nadaje temu miejscu aurę tajemnicy, której nie sposób zapomnieć.



ZAMKI W POBLIŻU
- Kielce – pałac biskupów krakowskich z XVII w., 31 km
- Rembów – relikty zamku szlacheckiego z XVI w., 35 km
- Szydłowiec – zamek szlachecki z XV w., 38 km
- Podzamcze Piekoszowskie – ruina pałacu magnackiego z XVII w., 42 km
- Iłża – ruina zamku biskupów krakowskich z XIV w., 44 km
LITERATURA
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Studio Arta 2009
- R. Rogiński: Zamki i twierdze w Polsce - historia i legendy,, IWZZ 1990
- A. Sypek: Zamki i warownie ziemi sandomierskiej, TRIO 2003