BODZENTYN

ruina zamku biskupów krakowskich

BODZENTYN - MIEJSCE, GDZIE KIEDYŚ DECYDOWANO O LOSACH DIECEZJI, A TERAZ O TYM, CZY PIKNIK ZACZĄĆ OD SERKA CZY OD WINOGRON.

DZIEJE ZAMKU


Na północ od pa­sma Ły­so­gór w Gó­rach Świę­to­krzy­skich, nie­speł­na sześć ki­lo­me­trów w li­nii pro­stej od Ły­si­cy, bi­skup kra­kow­ski Jan Bo­dzan­ta (zm. 1366) oko­ło 1355 ro­ku za­ło­żył mia­sto – Bo­dzen­tyn – a przy oka­zji wzniósł nie­wiel­ki, za­pew­ne drew­nia­ny dwór my­śliw­ski. Nie był to mo­że Wer­sal, ale z pew­no­ścią wy­star­czał na od­po­czy­nek po tru­dach pa­ster­skiej po­słu­gi. Przed­się­wzię­cie to wią­za­ło się z prze­nie­sie­niem sie­dzi­by bi­sku­pów die­ce­zjal­nych z po­bli­skie­go Tar­czka do no­wo za­ło­żo­ne­go ośrod­ka, któ­ry od­tąd, obok Kielc i Ił­ży, peł­nił istot­ną funk­cję ad­mi­ni­stra­cyj­ną wo­bec roz­le­głych dóbr ko­ściel­nych w re­gio­nie – moż­na rzec: du­chow­na cen­tra­la Kie­lec­czy­zny, z pie­czę­cia­mi, pur­pu­rą i ca­łym śre­dnio­wiecz­nym ce­re­mo­nia­łem.

ŚWIATŁO WCHODZI TĘDY, GDZIE KIEDYŚ WCHODZIŁA WŁADZA. ZOSTAŁY OKNA I WSPOMNIENIA

Dwór zbudowany przez Bo­dzan­tę nie prze­trwał dłu­go – led­wie zdą­żył się za­do­mo­wić w kra­jo­bra­zie, a już w dru­giej po­ło­wie XIV wie­ku ustą­pił miej­sca bar­dziej am­bi­tnej kon­stru­kcji. Bi­skup Flo­rian z Mok­rska her­bu Je­li­ta (zm. 1380), czło­wiek z wy­obraź­nią i pew­nie nie­co więk­szym bud­że­tem, za­ini­cjo­wał bu­do­wę mu­ro­wa­ne­go zam­ku w sty­lu go­ty­ckim. No­wą re­zy­den­cję po­łą­czo­no z ob­wo­dem wa­ro­wnym ota­cza­ją­cym mia­sto, co nie tyl­ko po­pra­wi­ło wa­lo­ry obron­ne, ale też do­da­ło Bo­dzen­ty­no­wi po­wa­gi – w koń­cu drew­nia­ny dwo­rek mógł być uro­czy, ale ce­gła i basz­ty to już in­na li­ga. Mia­sto roz­wi­ja­ło się w im­po­nu­ją­cym tem­pie, sta­jąc się głów­nym ośrod­kiem w re­gio­nie, a za­mek – ulu­bio­ną sie­dzi­bą bi­sku­pów kra­kow­skich i cen­trum za­rzą­dza­nia ich ziem­ski­mi do­bra­mi.

LATA 30. XX WIEKU – CZAS, GDY FOTOGRAFIA ZACZYNA ŁAPAĆ ROMANTYCZNE ZMĘCZENIE GOTYKU

Wśród wydarzeń, któ­re z te­go cza­su za­pi­sa­ły się w kro­ni­kach, wy­róż­nia się wi­zy­ta Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­ły 19 czer­wca 1410 ro­ku. Król, zmie­rza­jąc na piel­grzym­kę do Świę­te­go Krzy­ża, by – jak gło­si tra­dy­cja – wy­bła­gać u nie­ba zwy­cię­stwo nad Za­ko­nem Krzy­ża­ckim, nie za­po­mniał o spra­wach pań­stwo­wych i wła­śnie w Bo­dzen­ty­nie spot­kał się z po­sła­mi ksią­żąt po­mor­skich. Choć nie był to Wa­wel, a wo­kół nie hu­cza­ły kró­lew­skie trą­by, zam­ko­we mu­ry god­nie przy­ję­ły mo­nar­chę. Hi­sto­ria mo­że nie pi­sa­ła tu wiel­kich roz­dzia­łów, ale po­tra­fi­ła przy­naj­mniej wcis­nąć przy­pis – a to już coś, jak na mia­sto, któ­re za­czę­ło się od drew­nia­ne­go dom­ku w le­sie.

BODZENTYN 1917. RUINA JUŻ KOMPLETNA, ALE W KADRZE NADAL ZACHOWUJE FORMĘ I GODNOŚĆ.

W 1413 roku Bodzentyn padł ofia­rą po­ża­ru, któ­ry stra­wił znacz­ną część mia­sta i uszko­dził tak­że za­mek. Ogień był bez­li­to­sny, ale miesz­kań­cy – jak na miesz­czan z am­bi­cja­mi przy­sta­ło – nie za­ła­ma­li rąk. Od­bu­do­wa ru­szy­ła żwa­wo, wspie­ra­na przez sprzy­ja­ją­ce po­ło­że­nie przy szla­kach han­dlo­wych i opie­kę bi­sku­pa Woj­cie­cha Ja­strzęb­ca (zm. 1436), któ­ry u kró­la wy­jed­nał dla mia­sta pra­wo mag­de­bur­skie. A wraz z nim – ca­ły pa­kiet ko­rzy­ści: dwa jar­mar­ki ty­go­dnio­wo, pra­wo wy­rę­bu la­su i wy­pa­su by­dła, wy­łącz­ność na han­del so­lą i mię­sem, a tak­że mo­no­pol na pro­du­kcję trun­ków w pro­mie­niu jed­nej mi­li. Moż­na więc po­wie­dzieć, że Bo­dzen­tyn nie tyl­ko się pod­niósł, ale jesz­cze na­uczył się ro­bić na tym in­te­res.

REKONSTRUKCJA CYFROWA LITOGRAFII CEGLIŃSKIEGO Z POŁOWY XIX WIEKU – DACH JESZCZE WIDOCZNY, CHOĆ JUŻ SIĘ ZASTANAWIA

Zamożność mieszkańców ro­sła, co znaj­du­je po­twier­dze­nie w miej­skich in­we­sty­cjach: pow­stał dru­gi ry­nek, wo­do­ciąg, a tak­że pu­blicz­na łaź­nia – wy­znacz­nik cy­wi­li­za­cyj­ne­go po­zio­mu, a nie lu­ksus za­re­zer­wo­wa­ny dla nie­licz­nych. Sam za­mek, choć czę­ścio­wo znisz­czo­ny, zo­stał od­bu­do­wa­ny jesz­cze przed koń­cem de­ka­dy, o czym świad­czą do­ku­men­ty z 1420 ro­ku, wy­mie­nia­ją­ce cie­ślę o imie­niu Fra­nek ja­ko od­po­wie­dzial­ne­go za re­mont wie­ży. W po­ło­wie XV wie­ku bi­skup Zbig­niew Ole­śni­cki (zm. 1455) roz­bu­do­wał za­mek o skrzy­dło pół­noc­ne, a ko­lej­nych ulep­szeń do­ko­nał kar­dy­nał Fry­de­ryk Ja­giel­loń­czyk (zm. 1503), do­bu­do­wu­jąc od wscho­du re­pre­zen­ta­cyj­ne skrzy­dło miesz­kal­ne – z wie­życz­ka­mi, w któ­rych spryt­nie ukry­to la­try­ny i klat­kę scho­do­wą. Bo­dzen­tyn mógł nie być sto­li­cą, ale z każ­dym ro­kiem co­raz bar­dziej przy­po­mi­nał miej­sce, gdzie nie tyl­ko się rzą­dzi­ło, ale i miesz­ka­ło z kla­są.

WIDOK ZAMKU W BODZENTYNIE WG CHRZĄŃSKIEGO – ARCHITEKTURA W TRYBIE „JUŻ NIE CAŁKIEM, ALE JESZCZE NIE CAŁKIEM NIE”

W drugiej połowie XVI wie­ku bo­dzen­tyń­ska wa­ro­wnia prze­sta­ła już bu­dzić re­spekt – bar­dziej stra­szy­ła wspo­mnie­niem daw­nych cza­sów niż re­al­nie chro­ni­ła ko­go­kol­wiek przed czym­kol­wiek. Bi­skup Fran­ci­szek Kra­siń­ski (zm. 1577), ro­zu­mie­jąc, że na­de­szła epo­ka pa­rad re­pre­zen­ta­cyj­nych, a nie oblę­żeń, po 1572 ro­ku roz­po­czął prze­bu­do­wę zam­ku w du­chu re­ne­san­so­we­go szy­ku. For­te­ca mia­ła zni­knąć, a na jej miej­scu po­ja­wić się ele­gan­cka re­zy­den­cja, go­to­wa nie ty­le ode­przeć wro­ga, co ocza­ro­wać każ­de­go, kto zna­lazł się tam nie z mie­czem, lecz z ukło­nem.

ZAMEK W BODZENTYNIE WG CHRZĄŃSKIEGO – JEDNA WIEŻA JESZCZE SIĘ SPIERA Z GRAWITACJĄ, DRUGA JUŻ DOGADANA Z WINOBLUSZCZEM. K. STRONCZYŃSKI: „OPISY I WIDOKI ZABYTKÓW W KRÓLESTWIE POLSKIEM” 1844-55

Dzieła dokończył bi­skup Piotr Mysz­kow­ski (zm. 1591), a nad prze­bu­do­wą czu­wał wło­ski ar­chi­tekt Jan Bal­cer, któ­ry na­dał re­zy­den­cji wy­wa­żo­ną kom­po­zy­cję, re­ne­san­so­wy po­rzą­dek i otwar­ty dzie­dzi­niec – prze­strzeń god­ną no­wo­cze­snej sie­dzi­by bi­sku­piej. W XVII wie­ku za­mek zy­skał ko­lej­ne ele­men­ty: bi­skup Piotr Ty­li­cki (zm. 1616) wzniósł skrzy­dło po­łu­dnio­we oraz bu­dy­nek bram­ny, a w la­tach 1657–1691 ca­łość zo­sta­ła prze­kształ­co­na zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym wów­czas gu­stem ba­ro­ko­wym – z bo­ga­tszą for­mą, de­ko­ra­cyj­no­ścią i wy­raź­nym za­mi­ło­wa­niem do efek­tu. Obron­ne ce­chy daw­no już ustą­pi­ły miej­sca re­pre­zen­ta­cyj­nej funk­cji re­zy­den­cji. Pa­łac prze­stał być twier­dzą, ale wciąż po­tra­fił ro­bić wra­że­nie – mo­że nie od­stra­szał wro­ga, ale z pew­no­ścią po­tra­fił onie­śmie­lić go­ścia.

REWITALIZOWANY CYFROWO WIDOK Z 1853 – BEZ FILTRÓW, ZA TO Z ODROBINĄ XXI-WIECZNEJ CZUŁOŚCI NA DETAL

Ostatnią ar­chi­te­kto­ni­czną krop­kę nad „i” po­sta­wił w dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku bi­skup Ka­je­tan Soł­tyk (zm. 1788), a o wy­ko­na­nie zad­bał nie by­le kto, bo sam Ja­kub Fon­ta­na – nad­wor­ny ar­chi­tekt kró­lów, ar­ty­sta od re­zy­den­cji z roz­ma­chem. Szko­puł w tym, że pa­łac pięk­niał, ale je­go zna­cze­nie – już nie­ko­nie­cznie. Od po­ło­wy XVII wie­ku za­mek w Bo­dzen­ty­nie po­wo­li scho­dził ze sce­ny, od­su­wa­ny w cień przez młod­sze­go, le­piej uło­żo­ne­go ry­wa­la: pa­łac bi­sku­pi w Kiel­cach, ufun­do­wa­ny przez Ja­na Za­dzi­ka (zm. 1642). Po 1637 ro­ku no­wa sie­dzi­ba na ka­te­dral­nym wzgó­rzu za­czę­ła zbie­rać wszyst­kie lau­ry – pre­stiż, fun­du­sze, bi­sku­pów i go­ści. A Bo­dzen­tyn? Cóż, po­zo­stał z pięk­ną fa­sa­dą, dzie­dziń­cem peł­nym wspom­nień i co­raz mniej ja­sną od­po­wie­dzią na py­ta­nie: „Po co to wszyst­ko?”.

LATA 1880–1890. ZAMEK W BODZENTYNIE JUŻ SIĘ NIE BRONI, ALE NADAL STRZEŻE WIDOKU.

W 1789 roku, gdy Sejm Czte­ro­le­tni ode­brał bi­sku­pom kra­kow­skim ich do­bra, za­mek w Bo­dzen­ty­nie prze­stał być re­zy­den­cją du­cho­wnych moż­no­wład­ców, a stał się ma­jąt­kiem pań­stwo­wym prze­zna­czo­nym do „za­go­spo­da­ro­wa­nia”. Brzmi to jak po­czą­tek no­we­go roz­dzia­łu, choć w rze­czy­wi­sto­ści otwie­ra­ło ra­czej dłu­gą księ­gę za­nie­dbań. Austria­cy, któ­rzy wkrót­ce obję­li te te­re­ny, prze­zna­czy­li bu­do­wlę naj­pierw na ce­le go­spo­dar­cze, po­tem – w cza­sach wo­jen na­po­le­oń­skich – na szpi­tal woj­sko­wy. Po je­go li­kwi­da­cji w 1815 ro­ku za­mek po­zo­stał pu­sty i zbęd­ny, jak­by hi­sto­ria nie prze­wi­dzia­ła dla nie­go dal­sze­go sce­na­riu­sza. Krą­ży­ły jesz­cze po­my­sły: fa­bry­ka por­ce­la­ny, urząd miej­ski, co­kol­wiek. W 1820 ro­ku po­ja­wił się za­pis: za­mek bi­sku­pi ma trzy pię­tra, gmach ogrom­ny, zruj­no­wa­ny. Su­ro­wy opis, bez emo­cji, ale nie spo­sób nie od­czy­tać w nim we­stchnie­nia.

KOLEJNE SPOJRZENIE NA ZAMEK, KTÓRY Z KAŻDYM ROKIEM JEST BARDZIEJ OBECNY W MALARSTWIE NIŻ W TERENIE – 1886

Jeszcze przez chwilę ru­ina pró­bo­wa­ła uda­wać, że na­dal jest czę­ścią miej­skie­go ży­cia – w po­ło­wie XIX wie­ku od­by­wa­ły się w niej ba­le, za­pew­ne bar­dziej z sen­ty­men­tu niż z kom­for­tu. Po­tem na­stał czas gra­bie­ży zor­ga­ni­zo­wa­nej spon­ta­ni­cznie: oko­licz­ni miesz­kań­cy trak­to­wa­li mu­ry jak dar­mo­wą hur­to­wnię bu­do­wla­ną, a za­by­tek – jak nie­za­be­zpie­czo­ny ma­ga­zyn hi­sto­rii do roz­biór­ki. Gdy XIX wiek do­ga­sał, po­ja­wi­ły się gło­sy, by ru­inę po pro­stu zrów­nać z zie­mią i prze­stać się łu­dzić. Osta­te­cznie ura­to­wa­ła ją nie mi­łość do prze­szło­ści, lecz usta­wa – po 1902 ro­ku za­mek obję­to ochro­ną, a w 1911 prze­ka­za­no go Ko­mi­sji Ar­che­olo­gicz­nej w Pe­ter­sbur­gu. Po od­zy­ska­niu nie­po­dle­gło­ści opie­kę prze­ję­ło pań­stwo pol­skie i pod­ję­ło de­cy­zję na­der roz­sąd­ną: nie od­bu­do­wy­wać, nie fan­ta­zjo­wać, po pro­stu utrwa­lić stan rze­czy. Hi­sto­ria nie za­wsze po­trze­bu­je dru­gie­go ży­cia. Cza­sem wy­star­czy jej do­brze zor­ga­ni­zo­wa­na ci­sza.

NA STYKU WIEKÓW I INTENCJI – LATA 30. XX WIEKU. ZAMEK JESZCZE TRWA, ALE W CISZY, JAKBY WSTRZYMAŁ ODDECH.
BISKUPI KRAKOWSCY ZA CZASÓW ŚWIETNOŚCI ZAMKU W BODZENTYNIE

Wojciech Jastrzębiec (1412-1423). Póź­niej­szy pry­mas Pol­ski (1423–1436), któ­re­go ka­płań­ska ka­rie­ra wznio­sła się aż po sa­me du­chow­ne szczy­ty.

Zbigniew Oleśnicki (1423-1455). Pier­wszy kar­dy­nał na­ro­do­wo­ści pol­skiej – za­iste, pio­nier w pur­pu­rze!

Tomasz Strzępiński (1455-1460). Pro­fe­sor Aka­de­mii Kra­kow­skiej – umysł by­stry i pió­ro uczo­ne, któ­re­mu nie­obce by­ły za­wi­ło­ści te­olo­gii i re­to­ry­ki.

Jakub z Sienna (1461-1463). Choć w Kra­ko­wie krót­ko, to w pa­mię­ci hi­sto­rii dłu­go – póź­niej­szy pry­mas Pol­ski (1474–1480).

Jan Gruszczyński (1463-1464). Rów­nież pry­mas – tym ra­zem od ra­zu po ob­ję­ciu ka­te­dry (1463–1472). Bi­skup z am­bi­cja­mi i god­no­ścią.

Jan Lutek (1464-1471). W mło­do­ści se­kre­tarz ksią­żę­cy, któ­ry dy­plo­ma­ty­czne szli­fy zdo­by­wał u bo­ku księ­cia Wi­tol­da i kró­la Ja­gieł­ły.

Jan Rzeszowski (1471-1488). Spo­wie­dnik Ka­zi­mie­rza Ja­giel­loń­czy­ka – miał do­stęp nie tyl­ko do su­mie­nia kró­lew­skie­go, ale i do sa­me­go ser­ca dwo­ru.

Fryderyk Jagiellończyk (1488-1503). Syn Ka­zi­mie­rza Ja­giel­loń­czy­ka, pry­mas od 1493 ro­ku – w pur­pu­rze nie z uro­dze­nia, lecz z po­wo­ła­nia… i dy­na­stii.

Jan Konarski (1503-1524). Do­rad­ca kró­la Alek­san­dra – człek roz­trop­ny, któ­ry po­tra­fił po­łą­czyć po­boż­ność z po­li­tycz­ną fi­ne­zją.

Piotr Tomicki (1524-1535). Pod­kan­cle­rzy ko­ron­ny i se­kre­tarz kró­lew­ski – mistrz do­ku­men­tu i mo­wy, fi­lar ad­mi­ni­stra­cji i Ko­ścio­ła.

Jan Latalski (1536-1537). Krót­ko, lecz z przy­tu­pem – pry­mas Pol­ski w la­tach 1537–1540.

Jan Chojeński (1537-1538). Se­kre­tarz kró­lew­ski i kan­clerz wiel­ki ko­ron­ny – za­iste czło­wiek, któ­ry znał ar­ka­na wła­dzy od pod­szew­ki.

Piotr Gamrat (1538-1545). Pry­mas w ostat­nich la­tach ży­cia (1541–1545) – dusz­pa­sterz z ta­len­tem do re­form i or­ga­ni­za­cji.

Samuel Maciejowski (1546-1550). Kró­lew­ski se­kre­tarz i kan­clerz – uczo­ny i dy­plo­ma­ta, z wy­czu­ciem sty­lu i su­mie­niem sta­nu.

Andrzej Zebrzydowski (1551-1560). Ka­pe­lan kró­lo­wej Bo­ny – a więc znał za­rów­no mo­dli­twę, jak i wło­ski tem­pe­ra­ment.

Filip Padniewski (1560-1572). Se­kre­tarz wiel­ki ko­ron­ny, me­ce­nas Ko­cha­now­skie­go – znał się nie tyl­ko na du­szach, lecz i na po­ezji.

Franciszek Krasiński (1572-1577). Kry­tyk in­kwi­zy­cji, zmar­ły w Bo­dzen­ty­nie – bi­skup o su­mie­niu sze­ro­kim i po­glą­dach od­waż­nych.

Piotr Myszkowski (1577-1591). Ar­chi­tekt prze­mia­ny zam­ku w re­zy­den­cję – du­chow­ny z fan­ta­zją i zmy­słem este­tycz­nym.

Jerzy Radziwiłł (1591-1600). Bi­skup wi­leń­ski i kar­dy­nał – a god­ność kar­dy­nal­ską otrzy­mał w wie­ku za­le­dwie 27 lat! Ge­niusz czy ko­ne­ksje? Mo­że jed­no i dru­gie.

Bernard Maciejowski (1600-1605). Póź­niej­szy pry­mas Pol­ski (1606–1608) – du­chow­ny z am­bi­cją i wy­czu­ciem mo­men­tu.

Piotr Tylicki (1607-1616). Se­kre­tarz kró­lów Ste­fa­na Ba­to­re­go i Zyg­mun­ta III – dwor­skie ko­ry­ta­rze znał rów­nie do­brze jak mu­ry ka­te­dry.

Marcin Szyszkowski (1616-1630). Ksią­żę sie­wier­ski – wład­ca du­chow­ny, ale z nie­mal ksią­żę­cą re­zy­den­cją i ma­nie­rą.

Andrzej Lipski (1630-1631). Kan­clerz wiel­ki ko­ron­ny, praw­nik i dzie­jo­pi­sarz – z rów­ną wpra­wą spi­sy­wał trak­ta­ty i kro­ni­ki.

Jan Albert Waza (1632-1634). Syn kró­la Zyg­mun­ta, bi­skup w wie­ku 21 lat – cóż, kie­dy ma się kró­lew­ską krew, wszyst­ko przy­cho­dzi wcze­śniej.

Jan Zadzik (1635-1642). Bu­dow­ni­czy pa­ła­cu bi­sku­pie­go w Kiel­cach – zo­sta­wił po so­bie trwa­ły ślad w ka­mie­niu i hi­sto­rii.

KOLEJNE ARCHIWALNE UJĘCIE SPRZED LAT – KIEDY HISTORIA I CODZIENNOŚĆ DZIELIŁY TĘ SAMĄ PRZESTRZEŃ.
W la­tach 60. i 80. XX wie­ku na te­re­nie ru­in pro­wa­dzo­no pra­ce ar­che­olo­gi­czne, któ­rych ce­lem by­ło od­sło­nię­cie re­li­któw śre­dnio­wiecz­nej wa­ro­wni i od­two­rze­nie ko­lej­nych faz jej roz­wo­ju. Z zie­mi wy­do­by­to dzie­siąt­ki frag­men­tów szkła i ce­ra­mi­ki oraz ka­fle pie­co­we w od­cie­niach zie­le­ni, ko­bal­tu i och­ry – zdo­bio­ne z roz­ma­chem, jak­by ktoś na­pra­wdę chciał, by na­wet ogień miał na co pa­trzeć. Obok fan­ta­stycz­nych stwo­rów, lu­dzi i zwie­rząt od­na­le­zio­nych na ka­flach, wy­obraź­nia daw­nych miesz­kań­ców zda­wa­ła się tlić w każ­dej wy­pa­lo­nej płyt­ce.

Wśród ar­te­fa­któw zna­la­zły się rów­nież trzy sze­lą­gi z cza­sów Ja­na Ka­zi­mie­rza – dro­biazg, ale wy­star­cza­ją­co wy­mo­wny, by przy­po­mnieć, że hi­sto­ria lu­bi się cho­wać w szcze­gó­łach.

RUINA NA OTWARTEJ PRZESTRZENI – BODZENTYN, LATA 70. XX WIEKU

OPIS ZAMKU


Zamek w Bodzentynie ulo­ko­wa­no tam, gdzie na­wet kro­wa nie we­szła­by bez na­my­słu – na stro­mym cy­plu nad rze­ką Psar­ką, wy­so­ko, efe­kto­wnie i z my­ślą, że kto sie­dzi wy­żej, ten dłu­żej pa­nem. W naj­star­szej fa­zie skła­dał się pra­wdo­po­do­bnie z mu­ro­wa­ne­go do­mu miesz­kal­ne­go do­sta­wio­ne­go do pół­noc­ne­go mu­ru – je­go śla­dy moż­na dziś od­na­leźć w przy­zie­miach ru­in – oraz z na­roż­nej wie­ży o kwa­dra­to­wej pod­sta­wie, któ­ra w wyż­szych par­tiach mo­gła prze­cho­dzić w for­mę cy­lin­dry­czną, do­da­jąc su­ro­wej kon­stru­kcji nie­ocze­ki­wa­nej ele­gan­cji. Ca­łość ota­czał mur z sze­ro­kim dzie­dziń­cem, wzmoc­nio­ny od za­cho­du dwie­ma czwo­ro­bo­czny­mi basz­ta­mi otwar­ty­mi do wnę­trza, jak­by ktoś chciał po­wie­dzieć: pil­nu­je­my, ale z odro­bi­ną go­ścin­no­ści.

WYBÓR LOKALIZACJI: NIEPRAKTYCZNY DLA KROWY, IDEALNY DLA PANA. BODZENTYN NA FOTOGRAFII SPRZED PONAD STU LAT.

Pod koniec XV wieku za­mek zy­skał no­wy ak­cent – dom wiel­ki, jak na­zy­wa­ją go źród­ła, czy­li re­pre­zen­ta­cyj­ny, dwu­pię­tro­wy gmach wznie­sio­ny na osi pół­noc–po­łu­dnie. Na pię­trze urzą­dzo­no sa­lę sto­ło­wą, w któ­rej moż­na by­ło po­dej­mo­wać go­ści z roz­ma­chem, a przy oka­zji nie­co ich onie­śmie­lić. W pół­no­cnej czę­ści do­bu­do­wa­no dwie smu­kłe wie­ży­czki – skrom­ne, ale prak­tycz­ne: jed­na mie­ści­ła scho­dy, dru­ga la­try­nę, czy­li pe­łen za­kres usług pio­no­wych.

PLAN ZAMKU W XV WIEKU: 1. GOTYCKI BUDYNEK MIESZKALNY, GDZIE PAN JADŁ, SPAŁ I RZĄDZIŁ, 2. WIEŻA NAROŻNA, CO STRZEGŁA ROZSTAJÓW I NAJGORSZEGO GOŚCIA WIDZIAŁA Z DALEKA, 3. MUR OBRONNY, GRUBY JAK ZIMA W LUTYM, 4. BASZTY FLANKUJĄCE OD ZACHODU, ŻEBY NIKT NIE PODSZEDŁ Z BOKU BEZ ZAPUKANIA, 5. DOM WIELKI – TAM SIĘ DECYDOWAŁO, KTO ŻYJE, A KTO MA SIĘ Z CZEGO SPOWIADAĆ.

W XVI wieku za­mek nie prze­szedł żad­nej grun­to­wnej prze­mia­ny — za­miast te­go do­pie­szczo­no go z re­ne­san­so­wym wy­czu­ciem, któ­re nie po­trze­bo­wa­ło mu­rów gru­bych, lecz rów­nych. Układ prze­strzen­ny po­zo­stał bez zmian, za to fa­sa­dy zy­ska­ły no­wy wdzięk, a wnę­trza – nie­co le­piej uło­żo­ne pro­por­cje. W po­łu­dnio­wej i za­cho­dniej ścia­nie do­mu wiel­kie­go po­ja­wi­ły się ar­ka­do­we kruż­gan­ki, bar­dziej dla sty­lu niż z po­trze­by. Naj­isto­tniej­szym do­dat­kiem był wy­kusz od wscho­du, prze­zna­czo­ny na ka­pli­cę. Nie­wiel­ki, lecz zna­czą­cy – wy­star­czał, by przy­po­mnieć, że za­mek ma nie tyl­ko mu­ry, ale i du­szę.

DWIE WERSJE TEGO SAMEGO MIEJSCA: U GÓRY – RZECZYWISTOŚĆ LAT 30. XX WIEKU, NA DOLE – REKONSTRUKCJA ZAMKU NA POTRZEBY WYOBRAŹNI. MURY NIE DO KOŃCA SIĘ ZGADZAJĄ, WJAZDU BRAK, ALE PROPORCJE SĄ, A EFEKT – CAŁKIEM PRZEKONUJĄCY

XVII wiek nie py­tał zam­ku o zda­nie. Przy­szedł z no­wą mo­dą i po­sta­no­wił urzą­dzić wszyst­ko po swo­je­mu. Śre­dnio­wie­czny dom miesz­kal­ny i na­roż­na wie­ża wy­le­cia­ły z pla­nu bez ża­lu, ich miej­sce za­ję­ło roz­bu­do­wa­ne skrzy­dło pół­no­cne i cał­kiem no­wy dom po­łu­dnio­wy. Układ zam­ku zam­knął się w ele­gan­ckiej pod­ko­wie, z dzie­dziń­cem po stro­nie za­cho­dniej – już nie po­chy­łym i obron­nym, lecz wy­rów­na­nym, bru­ko­wa­nym i go­to­wym, by ro­bić wra­że­nie.

XVII WIEK NIE LUBIŁ WIEŻ, ZA TO KOCHAŁ PROPORCJE I REPREZENTACJĘ. ZAMEK PRZEBRANO ZA PAŁAC.

Wejście do rezydencji umiesz­czo­no w po­łu­dnio­wej fa­sa­dzie – za czer­wo­nym por­ta­lem z pia­skow­ca cze­kał most, ka­mien­ny, so­lid­ny, wspar­ty na fi­la­rach, w sam raz dla tych, któ­rzy nie lu­bią stą­pać po bło­cie. Ele­wa­cje przy­ozdo­bio­no pi­la­stra­mi i ka­mie­niar­ką z her­ba­mi Na­łęcz, wnę­trza na­to­miast – jak przy­sta­ło na cza­sy, gdy styl sta­wał się sta­tu­sem – po­kry­to po­li­chro­mia­mi, ar­ra­sa­mi i pla­fo­na­mi. Każ­dy po­kój miał swój piec, każ­dy piec miał swo­je zdo­bie­nia, a każ­de zdo­bie­nie mia­ło am­bi­cje. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by na­wet ka­fel chciał się pod­li­zać wła­ści­cie­lo­wi.

PORTAL NADAL ROBI WRAŻENIE – NAWET JEŚLI POD NIM ZAMIAST BRUKU, TYLKO UDEPTANA ZIEMIA.

Na południe od zam­ku roz­cią­ga­ło się przed­zam­cze – za­ple­cze z pra­wdzi­we­go zda­rze­nia, z wo­zo­wnią, mły­nem, ma­ga­zy­na­mi, staj­nia­mi i ca­łą in­fra­stru­ktu­rą nie­zbęd­ną do utrzy­ma­nia re­zy­den­cji na od­po­wie­dnim po­zio­mie ope­ra­cyj­nym, lo­gi­stycz­nym i – nie oszu­kuj­my się – to­wa­rzy­skim. W XVII wie­ku, przy za­cho­dnim mu­rze, po­sta­wio­no drew­nia­ny dwór, zwa­ny do­mem pań­skim. Mie­szka­ło się w nim pod­czas re­mon­tów, przyj­mo­wa­ło go­ści, a cza­sem po pro­stu ucie­ka­no od za­mie­sza­nia głów­ne­go gma­chu.

We wschodniej części po­wsta­ły ogro­dy, cią­gną­ce się w stro­nę po­bli­skie­go ko­ścio­ła. Po­rząd­ne, roz­le­głe, jak się wte­dy go­dzi­ło. Naj­więk­szym mag­ne­sem był jed­nak zwie­rzy­niec – pry­wa­tny i od­po­wie­dnio efek­to­wny. Nie wia­do­mo, czy bi­sku­pi po­lo­wa­li, ale wia­do­mo, że lu­bi­li, gdy coś się ru­sza w tle re­zy­den­cji.

BODZENTYN W BARWACH JESIENI – ZAMEK MOŻE I W RUINIE, ALE OTULONY ZŁOTEM, CZERWIENIĄ I POMARAŃCZĄ WYGLĄDA JAK KRÓL W SZACOWNYM PŁASZCZU
Do czasu roz­biór­ki na­roż­na wie­ża zam­ko­wa słu­ży­ła za wię­zie­nie – su­ro­we, ale cał­kiem po­my­sło­we, ]...] do któ­re­go po li­nie spu­szcza­no, a po­tem zo­sta­wia­no z wła­sny­mi my­śla­mi i wil­go­cią. Tra­fia­li tam głów­nie ci, któ­rzy pod­pa­dli bi­sku­pom, czy­li wro­go­wie ide­owi: kal­wi­ni, bra­cia pol­scy, wszy­scy ci, któ­rzy z do­ktry­ną Trój­cy Świę­tej by­li na ba­kier. Po­da­nia gło­szą, że jed­ne­go z ariań­skich wię­źniów bi­skup Za­dzik trzy­mał o gło­dzie tak dłu­go, aż nie­szczę­śnik zjadł księ­gi, któ­re wcze­śniej chciał tyl­ko czy­tać. Nie wia­do­mo, czy stra­wność dog­ma­tów wzro­sła przez brak obia­du. Wia­do­mo na­to­miast, że odo­so­bnie­nie spo­tka­ło rów­nież księ­dza Ka­zi­mie­rza Beł­zę – za kra­dzież zło­tych ozdób z my­śle­ni­ckie­go ko­ścio­ła. W je­go przy­pa­dku po­ku­ta mia­ła wię­cej wspól­ne­go z me­ta­la­mi szla­chet­ny­mi niż z he­re­zją.

LATA 70. XX WIEKU – RUINY ZAMKU W BODZENTYNIE I KOŚCIÓŁ ŚW. STANISŁAWA OTULONE SZEREGIEM NISKICH, CZĘSTO PODUPADŁYCH DOMKÓW, W KTÓRYCH CODZIENNOŚĆ MIAŁA ZAPACH WĘGLA I ZIMNEJ WODY ZE STUDNI

STAN OBECNY


Do dziś zachowały się ma­low­ni­cze frag­men­ty wszyst­kich trzech skrzy­deł bu­dyn­ku miesz­kal­ne­go, z któ­rych względ­nie naj­le­piej pre­zen­tu­je się skrzy­dło po­łu­dnio­we – wciąż sto­ją tu ze­wnętrz­ne ścia­ny, ale stro­pów próż­no szu­kać. Prze­trwał też por­tal bram­ny wy­ku­ty z czer­wo­ne­go pia­skow­ca, choć je­go obec­na for­ma jest ra­czej świa­de­ctwem lo­kal­nej in­wen­cji niż daw­nej świe­tno­ści – po­kry­ty ba­zgro­ła­mi ze spra­yu wy­glą­da dziś jak ofia­ra este­ty­cznej na­pa­ści.

NAJLEPIEJ ZACHOWAŁO SIĘ SKRZYDŁO POŁUDNIOWE – BEZ STROPÓW, ZA TO ZE ŚCIANAMI. PORTAL Z PIASKOWCA PRZETRWAŁ, ALE DZISIAJ BARDZIEJ PRZYPOMINA OFIARĘ GRAFICIARZY NIŻ ZABYTEK.

O przeszłym splen­do­rze zam­ku przy­po­mi­na­ją jesz­cze nie­li­czne de­ta­le ka­mie­niar­skie, w tym her­by na ele­wa­cjach: Śle­po­wron bi­sku­pa Fran­ci­szka Kra­siń­skie­go i Na­łęcz bi­sku­pa Ja­na Ma­ła­chow­skie­go. Z daw­nych mu­rów obron­nych ostał się już tyl­ko je­den krót­ki od­ci­nek – resz­ta roz­pły­nę­ła się w bu­do­wla­nej po­trze­bie miesz­kań­ców. Fo­to­gra­fie z 2008 ro­ku do­ku­men­tu­ją stan ru­in sprzed in­ter­wen­cji „współ­cze­sno­ści”. Dziś za­mek czę­ścio­wo za­be­to­no­wa­no i obło­żo­no drew­nia­ną kra­to­wni­cą, z my­ślą o bli­żej nie­okre­ślo­nej re­kon­stru­kcji, któ­ra jak zwy­kle ba­lan­su­je gdzieś mię­dzy mo­der­ni­stycz­nym odlo­tem a cał­ko­wi­tą utra­tą pa­mię­ci.

ZACHÓD SŁOŃCA W OKNACH RUIN – ŚWIATŁO PRZESĄCZA SIĘ PRZEZ MURY, JAKBY ZAMEK WCIĄŻ PILNOWAŁ KOŃCA DNIA
Obecnie, tzn. w ro­ku 2025, trwa tzw. re­mont. Za­mek moż­na oglą­dać wy­łącz­nie z ze­wnątrz, zza pło­tu z bla­chy, któ­ry chro­ni in­we­sty­cję — i sku­tecz­nie od­bie­ra złu­dze­nia. Ru­iny, choć na­dal ma­lo­wni­cze, wy­glą­da­ją te­raz bar­dziej jak plac bu­do­wy, na któ­rym hi­sto­ria zo­sta­ła przy­kry­ta tym­cza­so­wo, ale nie­ko­nie­cznie z tro­ską.

PLANOWANA METAMORFOZA – ZE ŚREDNIOWIECZNEJ RUINY W SZKLANO-BETONOWE DZIWADŁO, KTÓRE Z PEWNOŚCIĄ NIE PYTAŁO HISTORII O ZDANIE

DOJAZD


Bodzentyn położony jest u stóp Gór Świę­to­krzy­skich, oko­ło 30 ki­lo­me­trów na wschód od Kielc. Ru­iny zam­ku znaj­du­ją się w pół­noc­no-za­cho­dniej czę­ści mia­stecz­ka, przy bru­ko­wa­nej ko­ci­mi łba­mi uli­cy Sło­ne­cznej, któ­ra ła­god­nym łu­kiem pro­wa­dzi w stro­nę ko­ścio­ła – jak to by­wa z pro­win­cjo­nal­ny­mi za­uł­ka­mi: wą­ski­mi, krzy­wy­mi, ale z du­szą i wła­snym ryt­mem.

Samochód moż­na zo­sta­wić na nie­wiel­kim par­kin­gu przy ul. Sło­ne­cznej, nie­mal vis-à-vis wej­ścia na te­ren zam­ko­wy. Stąd do ru­in już tyl­ko kil­ka kro­ków – w sam raz, by roz­pro­sto­wać no­gi i uru­cho­mić wy­obraź­nię.

WARTO ZOBACZYĆ


Nieopodal zamku, jakby pil­nu­jąc je­go bram od wie­ków, stoi ko­ściół pw. św. Sta­ni­sła­wa. Po­wstał z ini­cja­ty­wy bi­sku­pa Zbi­gnie­wa Ole­śni­ckie­go w po­ło­wie XV wie­ku i od tam­tej po­ry trwa nie­wzru­sze­nie, obser­wu­jąc zmie­nia­ją­cy się świat. Wnę­trze kry­je trój­na­wo­wą prze­strzeń, w któ­rej ser­cu – pre­zbi­te­rium – znaj­du­je się oł­tarz wy­rze­źbio­ny w 1546 ro­ku. Ten sam, któ­ry nie­gdyś zdo­bił ka­te­drę wa­wel­ską, a dziś, ni­czym eme­ry­to­wa­ny do­stoj­nik, peł­ni swą mi­sję w no­wym miej­scu. Tuż obok spo­czy­wa bi­skup Fran­ci­szek Kra­siń­ski, któ­re­go na­gro­bek zda­je się sze­ptać ci­che opo­wie­ści o daw­nych cza­sach tym, któ­rzy po­tra­fią słu­chać.

KOŚCIÓŁ ŚW. STANISŁAWA STOI TU OD XV WIEKU JAK SĄSIAD, KTÓRY WIDZIAŁ JUŻ WSZYSTKO – I RUINĘ ZAMKU, I JEGO CHWILE CHWAŁY, I TEŻ NIEJEDNO PLOTKOWAŁ O MIEŚCIE

Kościół pw. św. Du­cha, wznie­sio­ny w XVII wie­ku, nie­gdyś miał przy po­łu­dnio­wej ścia­nie są­siedz­two dość nie­ty­po­we – bu­dy­nek szpi­ta­la. Los jed­nak nie był dla nie­go ła­ska­wy: w 1619 i 1917 ro­ku stra­wi­ły go po­ża­ry, a przez dłu­gie la­ta stał opusz­czo­ny, mil­czą­cy i po­ro­śnię­ty wspo­mnie­nia­mi daw­nych cza­sów (fo­to­gra­fia po­ni­żej). Do­pie­ro w 2010 ro­ku, po sta­ran­nej od­bu­do­wie, od­zy­skał daw­ną for­mę i dziś znów cie­szy oko, jak­by ni­gdy nie po­znał sma­ku og­nia.

KOŚCIÓŁ ŚW. DUCHA PO DWÓCH POŻARACH STAŁ TU JAK STARUSZEK BEZ ZĘBÓW – MÓWIŁ MAŁO, PAMIĘTAŁ DUŻO. WSPOMNIENIA MIAŁ POROŚNIĘTE MCHAMI, A NA WIZYTĘ MURARZA CZEKAŁ TAK DŁUGO, ŻE ZDĄŻYŁBY POLICZYĆ KAŻDY KAMIEŃ W SWOICH MURACH

W miejscowości Świę­ta Ka­ta­rzy­na skry­wa się XV-wiecz­ny ze­spół klasz­tor­ny, któ­re­go ser­cem jest re­ne­san­so­wy wi­ry­darz – zie­lo­ny dzie­dzi­niec pe­łen ci­szy. Daw­niej na­le­żał do ber­nar­dy­nów, dziś opie­ku­ją się nim sio­stry ber­nar­dyn­ki. Ży­ją tu z da­la od zgieł­ku, wier­ne za­kon­nej re­gu­le, a co­dzien­ność od­mie­rza­ją im mo­dli­twa, pra­ca i rytm klasz­tor­nych dzwo­nów. Dla świa­ta ze­wnętrz­ne­go po­zo­sta­ją nie­mal nie­wi­do­czne, lecz ich obec­ność na­da­je te­mu miej­scu szcze­gól­ny spo­kój i au­rę daw­nej du­cho­wo­ści.

ŚWIĘTA KATARZYNA MA SWÓJ SEKRET – XV-WIECZNY KLASZTOR, W KTÓRYM CZAS PŁYNIE W RYTMIE MODLITW I DZWONÓW. ZA MURAMI SIÓSTR BERNARDYNEK ŻYCIE TOCZY SIĘ PO CICHU, Z DALA OD ŚWIATA, JAKBY NIE ISTNIAŁY SMARTFONY, INTERNET I CAŁA RESZTA WSPÓŁCZESNYCH ROZPRASZACZY.

Oddalona o 15 ki­lo­me­trów od Bo­dzen­ty­na Ły­sa Gó­ra (594 m n.p.m.) kry­je w so­bie praw­dzi­wy skar­biec atrak­cji. Moż­na tu zo­ba­czyć cha­ra­kte­ry­stycz­ne dla Gór Świę­to­krzy­skich skal­ne ru­mo­wi­sko – go­ło­bo­rze, a tak­że re­li­kty wa­łu przed­chrze­ści­jań­skie­go miej­sca kul­tu. W za­bu­do­wa­niach daw­ne­go opa­ctwa be­ne­dy­ktyń­skie­go mie­ści się mu­zeum przy­ro­dni­cze, a w klasz­to­rze Mi­sjo­na­rzy Obla­tów prze­cho­wy­wa­na jest re­li­kwia tzw. drze­wa Krzy­ża Świę­te­go oraz za­by­tko­we przed­mio­ty zwią­za­ne z hi­sto­rią klasz­to­ru i re­gio­nu. Swo­je miej­sce zna­la­zło tu tak­że Ra­dio­wo-Te­le­wi­zyj­ne Cen­trum Na­daw­cze – no­wo­cze­sny akc­ent na tle wie­ko­wych mu­rów.

ŁYSA GÓRA (594 M N.P.M.) – GOŁOBORZE JAK KAMIENNE PLAŻOWISKO

TU MODLITWA SPOTYKA SIĘ Z LEGENDĄ, A WIDOKI KONKURUJĄ Z HISTORIĄ O CZARCICH SABATACH

RADIOWO-TELEWIZYJNE CENTRUM NADAWCZE – KOSMICZNA WIEŻA WŚRÓD ŚWIĘTOKRZYSKICH LEGEND

Najsilniejsze wrażenie na od­wie­dza­ją­cych wy­wie­ra jed­nak wi­dok w klasz­tor­nych pod­zie­miach: spo­czy­wa­ją tam dwie mu­mie. Pier­wsza – we­dług daw­nych opi­sów – mia­ła na­le­żeć do Je­re­mie­go Wi­śnio­wie­ckie­go, choć współ­cze­sne ba­da­nia oba­li­ły tę le­gen­dę. Dru­ga to zmu­mi­fi­ko­wa­ne szcząt­ki nie­zna­ne­go po­wstań­ca sty­cznio­we­go z 1863 ro­ku. Ich obec­ność w chłod­nym pół­mro­ku na­da­je te­mu miej­scu au­rę ta­jem­ni­cy, któ­rej nie spo­sób za­po­mnieć.

MROŹNE SPOJRZENIE ŚMIERCI Z KLASZTORNYCH PODZIEMI

KRUŻGANKI ŚWIĘTEGO KRZYŻA – ŚWIATŁO I CIEŃ GRAJĄ WIECZNĄ PARTIĘ

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Stu­dio Ar­ta 2009
  2. R. Rogiński: Zam­ki i twier­dze w Pol­sce - hi­sto­ria i le­gen­dy,, IWZZ 1990
  3. A. Sypek: Zam­ki i wa­ro­wnie zie­mi san­do­mier­skiej, TRIO 2003