BROCHÓW

gotycki kościół św. Rocha i św. Jana Chrzciciela

KOŚCIÓŁ ŚW. ROCHA W BROCHOWIE Z LOTU PTAKA, WYGLĄDAJĄCY JAK TWIERDZA ZAPUSZCZONA W ZIELONE SERCE MAZOWSZA

DZIEJE KOŚCIOŁA


Brochów po raz pier­wszy wy­chy­la się z kart hi­sto­rii w ro­ku 1113, nie­śmia­ło, a jed­nak z am­bi­cją, bo od ra­zu w to­wa­rzy­stwie ko­ścio­ła – drew­nia­ne­go, wznie­sio­ne­go za­pe­wne na prze­ło­mie XI i XII wie­ku. Los nie po­zwo­lił mu jed­nak trwać wiecz­nie: w 1331 na je­go miej­scu sta­nę­ła już świą­ty­nia mu­ro­wa­na, któ­rej fun­da­cję tra­dy­cja przy­pi­su­je nie­mie­ckie­mu ry­ce­rzo­wi An­dre­aso­wi z Din­heim. Ów ry­cerz przy­był tu nie ja­ko po­dróż­nik ani gość, lecz ja­ko je­niec po bi­twie pod Płow­ca­mi (1331), od­da­ny w rę­ce ka­szte­la­na do­brzyń­skie­go Ja­na Sów­ki (zm. ok. 1346). Hi­sto­ria – prze­wro­tna jak to czę­sto by­wa – od­mie­ni­ła je­go los: za­miast po­wro­tu do oj­czy­zny cze­ka­ło go mał­żeń­stwo z cór­ką po­wier­ni­ka swej nie­wo­li, a sre­bro przy­go­to­wa­ne na okup obró­ci­ło się w fun­dusz bu­do­wy świą­ty­ni. Tak oto wol­ność ry­ce­rza prze­obra­zi­ła się w ka­mien­ne mu­ry świą­ty­ni, a los jeń­ca w trwa­ły fun­da­ment pa­ra­fii.

HISTORIA O TYM, JAK BITWA POD PŁOWCAMI ZAOWOCOWAŁA NIE ODWETEM, LECZ KOŚCIOŁEM

Kilka dekad póź­niej, w ro­ku 1356, źró­dła wspo­mi­na­ją tu­tej­sze­go pro­bo­szcza, ka­pe­la­na księ­cia Sie­mo­wi­ta III, co do­wo­dzi, że ko­ściół - już wów­czas pod we­zwa­niem św. Ja­na Chrzci­cie­la - peł­nił funk­cję pa­ra­fial­ną. Kie­dy do­kład­nie ery­go­wa­no pa­ra­fię – te­go nie wie­my, ale mo­że i do­brze: po­zo­sta­je prze­strzeń dla wy­obraź­ni, a hi­sto­ria zy­sku­je dzię­ki te­mu lek­ki po­smak le­gen­dy, w któ­rej fa­kty i ane­gdo­ty spla­ta­ją się tak gład­ko, że trud­no roz­dzie­lić jed­no od dru­gie­go.

WODNE PODCIENIE MURÓW - ZAWSZE GOTOWE NA ZDJĘCIE GRUPOWE Z KOŚCIOŁEM

Gdy minęła po­ło­wa XVI stu­le­cia, świą­ty­nia w Bro­cho­wie zy­ska­ła no­wy roz­dział swo­jej hi­sto­rii. Za­ini­cjo­wał go woj­ski war­szaw­ski Wojski – w średniowiecznej Polsce to urzędnik podporządkowany kasztelanowi. Od XIII wieku był zastępcą kasztelana do spraw wojskowych. Jego zadaniem było pilnowanie porządku w powiecie podczas wyprawy wojennej. W późniejszym okresie był zwalniany ze służby wojskowej, by opiekować się żonami i dziećmi szlachty będącej na wojnie. Z tego względu na urząd ten wybierano z reguły mężczyzn w podeszłym wieku, o nienagannej reputacji. W I Rzeczypospolitej był to niższy urząd ziemski. Jan Bro­chow­ski her­bu Praw­dzic (zm. 1554), któ­ry po­sta­no­wił na­dać ro­dzin­nej fun­da­cji roz­mach god­ny cza­sów Odro­dze­nia. Do pra­cy spro­wa­dził nie by­le ko­go, bo sa­me­go Ja­na Ba­pty­stę We­ne­cja­ni­na (zm. 1567) – wło­skie­go mi­strza, zna­ne­go już wów­czas ja­ko twór­cę war­szaw­skie­go bar­ba­ka­nu i prze­bu­do­wy ko­le­gia­ty w Puł­tu­sku . Z je­go udzia­łem skrom­ny do­tąd ko­ściół otrzy­mał dwie na­wy bocz­ne oraz na­roż­ne wie­ży­czki o cha­ra­kte­rze obron­nym, spię­te gan­kiem strze­le­ckim bie­gną­cym po­nad na­wa­mi, co spra­wi­ło, że świą­ty­nia na­bra­ła wy­glą­du mi­nia­tu­ro­wej twier­dzy.

W XVI WIEKU WIEŻE PIĘŁY SIĘ KU NIEBU, A CODZIENNOŚĆ STAŁA TWARDO NA SIANIE

Śmierć fun­da­to­ra w 1554 ro­ku mo­gła za­trzy­mać dzie­ło prze­bu­do­wy, lecz je­go żo­na An­na (zm. 1571), ko­bie­ta ob­da­rzo­na ene­rgią i sta­no­wczo­ścią, prze­ję­ła ini­cja­ty­wę i wspól­nie z sy­na­mi Ja­nem (zm. 1606) i Sta­ni­sła­wem (zm. 1611) do­pro­wa­dzi­ła je do koń­ca. Gdy w 1561 ro­ku wnę­trze roz­bły­sło re­ne­san­so­wą de­ko­ra­cją i sny­cer­ski­mi oł­ta­rza­mi, do­ko­na­no po­no­wnej kon­se­kra­cji. No­wa po­stać ko­ścio­ła mó­wi­ła sa­ma za sie­bie: je­śli ktoś chciał się mo­dlić – pro­szę bar­dzo, je­śli ktoś szu­kał schro­nie­nia – tym bar­dziej, a je­śli ktoś li­czył na ła­twe oblę­że­nie – le­piej by­ło spró­bo­wać szczę­ścia gdzie in­dziej.

""CAŁE ŚCIANY OZDOBNE I OŁTARZE PIĘKNEJ SNYCERSKIEJ ROBOTY"" – TAK PREZENTOWAŁO SIĘ TO WNĘTRZE NA POCZĄTKU XX WIEKU

Militarny cha­ra­kter ko­ścio­ła nie za­tarł się z bie­giem lat – prze­ciw­nie, zy­skał no­we ak­cen­ty. Pod­czas gdy in­ne świą­ty­nie wzbo­ga­ca­ły się o ka­pli­ce i oł­ta­rze, w Bro­cho­wie na po­cząt­ku XVII wie­ku do­bu­do­wa­no mur obron­ny i fo­sę – jak­by na wy­pa­dek, gdy­by trze­ba by­ło oca­lić nie tyl­ko zba­wie­nie, lecz i ży­cie. W 1661 ro­ku wieś prze­szła dzia­łem spad­ko­wym na Ag­nie­szkę z Bro­chow­skich La­so­cką oraz jej mę­ża, Ol­brach­ta Adria­na La­so­ckie­go her­bu Do­łę­ga (zm. 1690), póź­niej­sze­go sta­ro­stę wy­szo­gro­dzkie­go. To wła­śnie on, dnia 28 sier­pnia 1665 ro­ku, jak za­pi­sa­no w źród­łach: ko­ściół chy­lą­cy się do upad­ku z po­wo­du sta­ro­ści z po­mo­cą Wie­le­bne­go Zyg­mun­ta Za­łę­skie­go […] grun­to­wnie od­no­wił i na kon­ser­wa­cję wieś Ple­ce­wi­ce tej Ba­zy­li­ce, za zgo­dą Rze­czy­po­spo­li­tej, na wie­ki wcie­lił.

KOŚCIÓŁ W BROCHOWIE W POŁOWIE XIX WIEKU – CYFROWA REKONSTRUKCJA NA PODSTAWIE „TYGODNIKA ILUSTROWANEGO”, CZYLI HISTORYCZNY KADR, KTÓREGO DAWNI CZYTELNICY NIE PRZEWIJALI, LECZ PRZEGLĄDALI

Na tej hojności pa­ra­fia ży­ła przez dwa stu­le­cia – aż do ro­ku 1863 wszel­kie re­mon­ty i na­pra­wy po­kry­wa­no z fun­du­szu za­si­la­ne­go do­cho­da­mi z Ple­ce­wic. Do­pie­ro car­ski ukaz po klę­sce po­wsta­nia sty­cznio­we­go ode­brał pa­ra­fii tę wieś, a ko­ściół mu­siał zdać się na wspar­cie zie­mian, a póź­niej – na Skarb Pań­stwa, któ­ry wspie­rał z za­pa­łem, by­le nie fi­nan­so­wym. W XIX wie­ku ko­ściół św. Ro­cha na­le­żał już ad­mi­ni­stra­cyj­nie do ar­chi­die­ce­zji war­szaw­skiej, a gra­ni­ce je­go pa­ra­fii się­ga­ły aż Że­la­zo­wej Wo­li – miej­sco­wo­ści, któ­ra w przy­szło­ści mia­ła roz­sła­wić Ma­zo­wsze nie obron­ny­mi mu­ra­mi, lecz mu­zy­ką Cho­pi­na.

A TUTAJ – REKONSTRUKCJA FOTOGRAFII Z EPOKI, W KTÓREJ POCZTĘ DOWOZIŁ KOŃ, A LOKALNE NOWINY OGŁASZAŁY DZWONY
Dzieje bro­chow­skiej świą­ty­ni spo­ty­ka­ją się w pew­nym mo­men­cie z hi­sto­rią ro­dzi­ny Cho­pi­nów z po­bli­skiej Że­la­zo­wej Wo­li – i to w spo­sób, któ­ry spra­wił, że lo­kal­na pa­ra­fia za­pi­sa­ła się w dzie­jach mu­zy­ki świa­to­wej. W jej mu­rach, 2 czer­wca 1806 ro­ku, Ni­co­las (Mi­ko­łaj) Cho­pin (zm. 1844) po­ślu­bił Te­klę Ju­sty­nę z Krzy­ża­now­skich (zm. 1861), a czte­ry la­ta póź­niej, w Wiel­ka­noc 1810 ro­ku, w tych sa­mych mu­rach ochrzczo­no ich sy­na, Fry­de­ry­ka Fran­ci­szka (zm. 1849) – przy­szłe­go ge­niu­sza for­te­pia­nu.

O tym, że tak wła­śnie by­ło, świad­czą za­cho­wa­ne za­pi­sy w księ­dze me­try­kal­nej – su­chy, urzę­do­wy ję­zyk, któ­ry dziś czy­ta­my z dre­szczem, wie­dząc, że w tych kil­ku li­nij­kach kry­je się po­czą­tek bio­gra­fii czło­wie­ka, któ­re­go mu­zy­ka obie­gła świat:

Ro­ku 1810, 23 mie­sią­ca kwie­tnia o go­dzi­nie trze­ciej po po­łu­dniu przed na­mi pro­bo­szczem bro­chow­skim, spra­wu­ją­cym obo­wią­zki urzęd­ni­ka sta­nu cy­wil­ne­go pa­ra­fii bro­chow­skiej po­wia­tu so­cha­czew­skie­go w de­par­ta­men­cie war­szaw­skim, sta­wi­li się Mi­ko­łaj Cho­pin, oj­ciec lat ma­ją­cy 40, we wsi Że­la­zo­wa Wo­la za­miesz­ka­ły, i oka­zał nam dzie­cię płci mę­skiej, któ­re uro­dzi­ło się w do­mu je­go w dniu 22 mie­sią­ca lu­te­go o go­dzi­nie 6 wie­czo­rem ro­ku bie­żą­ce­go, oświad­cza­jąc, że jest ono spło­dzo­ne z nie­go i Ju­sty­ny z Krzy­ża­now­skich, li­czą­cej lat 28, je­go mał­żon­ki, i że ży­cze­niem je­go jest na­dać mu dwa imio­na Fry­de­ryk Fran­ci­szek. Po uczy­nie­niu po­wyż­sze­go oświad­cze­nia i oka­za­niu dzie­cię­cia w przy­tom­no­ści Jó­ze­fa Wy­rzy­kow­skie­go, eko­no­ma, li­czą­ce­go lat 38, tu­dzież Fry­de­ry­ka Gesz­ta, któ­ry rok 40 skoń­czył, oby­dwóch w wsi Że­la­zo­wa Wo­la za­miesz­ka­łych, oj­ciec oraz świad­ko­wie [...] po prze­czy­ta­niu ni­niej­sze­go ak­tu uro­dze­nia sta­wia­ją­cym wy­zna­li, iż pi­sać umie­ją. My akt ni­niej­szy pod­pi­sa­li­śmy, Ksiądz Jan Duch­now­ski, pro­boszcz bro­chow­ski, spra­wu­ją­cy obo­wiąz­ki urzęd­ni­ka sta­nu cy­wil­ne­go, Mi­ko­łaj Cho­pin, oj­ciec.

Nr 2.23.IV /1810/. Ja, jak wy­żej, speł­ni­łem ob­rzę­dy nad nie­mo­wlę­ciem och­rzczo­nym z wo­dy, dwoj­ga imion Fry­de­ry­kiem Fran­cisz­kiem, uro­dzo­nym 22 lu­te­go 1806 z Wiel­moż­nych Mi­ko­ła­ja Chop­pen Fran­cu­za oraz Ju­sty­ny Krzy­ża­now­skiej, ślub­nych mał­żon­ków. Ro­dzi­ce chrzest­ni - Wiel­moż­ny Fran­ci­szek Grem­bec­ki ze wsi Cie­pli­ny z Wiel­moż­ną pan­ną An­ną Skarb­ków­ną, hra­bian­ką z Że­la­zo­wej Wo­li.

FRYDERYK CHOPIN – WIELOKROTNIE PORTRETOWANY PĘDZLEM, TYM RAZEM ZATRZYMANY W OBIEKTYWIE NOWINKI TECHNICZNEJ
Warto przy tym do­dać, że wspo­mnia­ny w ak­cie chrztu Grem­be­cki wy­stę­po­wał je­dy­nie w ro­li za­stęp­cy – praw­dzi­wym oj­cem chrzest­nym Fry­de­ry­ka był hra­bia Fry­de­ryk Skar­bek , wó­wczas prze­by­wa­jący w Pa­ry­żu, lecz da­rzo­ny przez Cho­pi­nów tak wiel­kim za­ufa­niem, iż to wła­śnie je­go uwa­ża­li za wła­ści­we­go świad­ka te­go wy­da­rze­nia. Jak­by te­go by­ło ma­ło, pew­ne za­mie­sza­nie wpro­wa­dza tak­że sa­ma da­ta na­ro­dzin przy­szłe­go kom­po­zy­to­ra: w me­try­ce za­pi­sa­no 22 lu­te­go, w ro­dzin­nej pa­mię­ci – 1 mar­ca. Nie był to spór, któ­ry roz­strzy­gnię­to, i mo­że wła­śnie dla­te­go obie da­ty trwa­ją obok sie­bie, jak dwa róż­ne tak­ty tej sa­mej me­lo­dii.

MIEJSCE NARODZIN FRYDERYKA CHOPINA – NIE PAŁAC, NIE ZAMEK, A SKROMNA OFICYNA, KTÓRA WYGRAŁA LOS NA LOTERII HISTORII

Kiedy minął XIX wiek i na­sta­ło no­we stu­le­cie, świą­ty­nia mu­sia­ła zmie­rzyć się już nie z cza­sem ani za­nie­dba­niem, lecz z wo­jen­ną za­wie­ru­chą. Pod­czas walk ro­syj­sko-pru­skich to­czo­nych nad Bzu­rą w la­tach 1915–1916 ko­ściół legł w gru­zach: skle­pie­nie ru­nę­ło, a wraz z nim zni­knę­ły bez­po­wro­tnie oł­ta­rze, obra­zy i ca­łe wy­po­sa­że­nie, któ­re przez wie­ki na­da­wa­ło mu cha­ra­kter. Z ka­ta­stro­fy oca­la­ły je­dy­nie po­je­dyn­cze rzeź­by, kil­ka nie­wiel­kich obra­zów i ka­mien­ne ta­bli­ce – ty­le, by przy­po­mi­na­ły o daw­nej świe­tno­ści i rów­no­cze­śnie po­tę­go­wa­ły po­czu­cie stra­ty.

RUINY, W KTÓRYCH NIE MA JUŻ ANI OBRAZÓW, ANI OŁTARZY – ZOSTAŁA TYLKO CISZA I ŚLADY PO KULACH

Po odzyskaniu nie­po­dle­gło­ści, w la­tach 1924–1929, przy­stą­pio­no do od­bu­do­wy we­dług pro­je­ktu Ja­ro­sła­wa Woj­cie­cho­wskie­go i Ty­mo­te­usza Sa­wi­ckie­go. Ar­chi­te­kci obie­cy­wa­li po­go­dze­nie tra­dy­cji z no­wo­cze­sno­ścią – i sło­wa do­trzy­ma­li, choć re­zul­tat miał w so­bie coś z du­cha epo­ki, któ­ra za­miast sub­tel­no­ści ce­ni­ła „po­rzą­dek i pro­sto­tę”. Ze­wnętrz­na bry­ła od­zy­ska­ła daw­ną po­stać, ale wnę­trze wy­szło spod kiel­ni nie­mal jak sa­la gim­na­sty­czna: gład­kie tyn­ki, ste­ryl­na biel, żad­nych or­na­men­tów. Daw­ne bo­ga­ctwo sny­cer­skich form za­stą­pi­ła pustka, któ­ra wy­glą­da­ła ra­czej jak este­ty­czny ma­ni­fest sa­na­cyj­nej pro­sto­li­nij­no­ści niż echo mi­nio­nych wie­ków.

WIDOK KOŚCIOŁA OD PÓŁNOCNEGO ZACHODU – W 1916 ROKU W RUINIE, DZIŚ ODBUDOWANY I PRZYWRÓCONY DO ŻYCIA

Późnym latem 1939 ro­ku Bro­chów stał się are­ną jed­nej z naj­wię­kszych bi­tew kam­pa­nii wrze­śnio­wej – bi­twy nad Bzu­rą. Ko­ściół raz jesz­cze zo­stał tra­fio­ny nie­mie­cki­mi bom­ba­mi, jak­by hi­sto­ria po­sta­no­wi­ła po­wtó­rzyć swój po­nu­ry żart. Tym ra­zem jed­nak ska­la znisz­czeń by­ła mniej­sza niż pod­czas I woj­ny świa­to­wej, dzię­ki cze­mu już w 1949 ro­ku, po do­raź­nym pod­re­pe­ro­wa­niu mu­rów, wró­ci­ły tu msze, dzwo­ny i co­dzien­ny gwar pa­ra­fii.

ŚLADY OSTRZAŁU ZNIKNĘŁY, ALE HISTORIA WCIĄŻ REZONUJE W CEGŁACH – WIDOK Z 1916 I WSPÓŁCZESNY, JAKBY DWIE OSOBNE OPOWIEŚCI

Potem nadeszły lata Pol­ski Lu­do­wej – epo­ki bez hu­ku ar­ty­le­rii, ale za to z nie­omyl­nym ta­len­tem do ruj­no­wa­nia te­go, cze­go woj­na nie zdą­ży­ła zni­szczyć. Mu­ry pę­ka­ły, dach gro­ził za­wa­le­niem, tyn­ki od­pa­da­ły pod na­po­rem wil­go­ci, a je­dy­nym sta­łym pun­ktem kon­ser­wa­cji po­zo­sta­wa­ła sztu­ka od­kła­da­nia wszyst­kie­go „na póź­niej”. Do­pie­ro w la­tach 90. XX wie­ku usu­nię­to naj­po­wa­żniej­sze za­gro­że­nia, a przed ro­kiem 2010, przy oka­zji dwu­set­nej ro­czni­cy uro­dzin Fry­de­ry­ka Cho­pi­na, wnę­trze ko­ścio­ła od­zy­ska­ło de­ko­ra­cyj­ny wy­strój utra­co­ny jesz­cze pod­czas I woj­ny świa­to­wej. In­we­sty­cję sfi­nan­so­wa­ło Mi­ni­ster­stwo Kul­tu­ry, któ­re – jak się oka­za­ło – w obli­czu Cho­pi­na po­tra­fi­ło otwo­rzyć skar­biec sze­rzej niż wo­bec nie­jed­nej dra­ma­ty­cznej pro­śby o do­ta­cję.

BROCHÓW W LATACH 70. XX WIEKU – ZIELEŃ GĘSTA, MURY SUROWE, POCZTÓWKOWA CODZIENNOŚĆ TAMTYCH CZASÓW

OPIS KOŚCIOŁA


Kościół w Brochowie jest kla­sy­czną ba­zy­li­ką obron­ną, choć bar­dziej przy­po­mi­na twier­dzę, któ­ra przy­pad­kiem na­uczy­ła się mo­dlić, niż świą­ty­nię, któ­ra po­sta­no­wi­ła się bro­nić. Zbu­do­wa­ny na pla­nie pro­sto­ką­ta, łą­czy śre­dnio­wie­czną na­wę głów­ną z do­bu­do­wa­ny­mi w XVI wie­ku na­wa­mi bocz­ny­mi, usta­wio­ny­mi tak, że ok­na głów­nej na­wy uno­szą się nad ich da­cha­mi ni­czym chór prze­wo­dzą­cy re­szcie gło­sów. Su­ro­wą syl­we­tkę – nie­mal ne­oro­mań­ską w cha­ra­kte­rze – wzma­cnia­ją dwie cy­lin­drycz­ne wie­że od za­cho­du, pil­nu­ją­ce wej­ścia jak straż­ni­cy por­ta­lu, nad któ­rym za­wie­szo­no em­po­rę na kształt bal­ko­nu dla uprzy­wi­le­jo­wa­nych wi­dzów. Od wscho­du bry­łę za­my­ka ab­sy­da z sa­mo­tną wie­żą – de­tal rzad­ki, ale świe­tnie wpi­su­ją­cy się w obron­ny cha­ra­kter ko­ścio­ła, ni­czym war­to­wnik usta­wio­ny na ty­łach bu­do­wli.

BROCHÓW TO BAZYLIIKA, W KTÓREJ WIEŻE ZACHODNIE STOJĄ JAK WARTOWNICY, NAWA GŁÓWNA UNOSI SIĘ JAK PODNIESIONY GŁOS, A ABSYDA Z SAMOTNĄ WIEŻĄ PRZYPOMINA, ŻE OBRONA BYŁA TU TAK SAMO WAŻNA JAK LITURGIA

Wieże zwieńczono stożko­wy­mi da­cha­mi obi­ty­mi bla­chą, a po­mię­dzy ni­mi po­pro­wa­dzo­no ko­ry­ta­rze ze strzel­ni­ca­mi i pół­ko­li­sty­mi okien­ka­mi, któ­re bar­dziej przy­wo­dzą na myśl te­atral­ną sce­no­gra­fię niż praw­dzi­we przy­go­to­wa­nie do obro­ny. Na­wet przy­zie­mie otrzy­ma­ło swo­je roz­gli­fio­ne wnę­ki, jak­by chcia­ło po­wie­dzieć: „je­śli trze­ba, po­tra­fi­my od­po­wie­dzieć og­niem”. Ca­łość ota­cza XVII-wiecz­ny mur z ba­stio­na­mi – z da­le­ka bu­dzą­cy re­spekt, z bli­ska ra­czej uśmiech, bo w cza­sach, gdy po­wsta­wał, miał zna­cze­nie bar­dziej sym­bo­li­czne niż mi­li­tar­ne. To tro­chę tak, jak­by ko­ściół za­kła­dał zbro­ję nie po to, by wal­czyć, lecz by le­piej wy­glą­dać na ro­dzin­nych por­tre­tach.

UMOCNIENIA WYSTARCZAJĄCE, BY UCISZYĆ BUNT WSI - ZBYT KRUCHE, BY PRZETRWAĆ WOJNĘ

Wnętrze brochowskiej świą­ty­ni przy­kry­to skle­pie­niem ko­leb­ko­wym, bieg­ną­cym przez ca­łą jej dłu­gość ni­czym roz­ciąg­nię­ty płaszcz. Po­kry­to je siat­ką ka­se­to­nów , w któ­rych po­wta­rza­ły się ge­ome­try­czne mo­ty­wy: pro­sto­ką­ty, owa­le, kwa­dra­ty i ko­ła – ge­ome­try­czna or­kie­stra, w któ­rej dziś osta­ły się już tyl­ko kwa­dra­ty i ko­ła, jak­by fi­gu­ry sa­me uzna­ły, że du­et wy­star­czy. Skle­pie­nia naw bocz­nych zdo­bi­ła na­to­miast mi­ster­na pa­ję­czy­na z prze­ni­ka­ją­cych się ośmio­bo­ków, wy­peł­nio­nych po­do­bnie za­kom­po­no­wa­ną po­li­chro­mią.

FOTOGRAFIA Z POCZĄTKU XX WIEKU UKAZUJĄCA SKLEPIENIE KOLEBKOWE, KTÓRE WCIĄŻ BRZMIAŁO CAŁĄ GEOMETRYCZNĄ ORKIESTRĄ

Całość rozświetlają sze­ro­kie go­ty­ckie ok­na, któ­re w pier­wo­tnej for­mie – za­nim XVIII wiek za­pra­gnął „po­pra­wiać śre­dnio­wie­cze” – by­ły za­pe­wne smu­klej­sze, bliż­sze wer­ty­kal­nej ele­gan­cji. Dziś wpro­wa­dza­ją do wnę­trza świa­tło nie­co in­ne niż daw­niej, ale wciąż ta­kie, któ­re po­tra­fi pod­kre­ślić, że na­wet naj­twar­dsza ge­ome­tria na­bie­ra mięk­ko­ści, gdy oble­je ją pro­mień słoń­ca.

OKNA JUŻ NIE TAK SMUKŁE JAK DAWNIEJ, ALE WCIĄŻ PRZEKONUJĄ, ŻE TO ŚWIATŁO JEST NAJLEPSZYM ARCHITEKTEM

STAN OBECNY


Dzisiejszy wygląd bro­chow­skiej świą­ty­ni w pew­nym sto­pniu róż­ni się od jej XVI-wiecz­ne­go obli­cza. To efekt kon­ser­wa­tor­skich in­ter­wen­cji z po­cząt­ku XX wie­ku, pro­wa­dzo­nych w po­śpie­chu i – jak ma­wia­ją z prze­ką­sem – z więk­szą gor­li­wo­ścią niż fi­ne­zją, oraz grun­to­wnej re­wi­ta­li­za­cji z lat 2008–2009. Wte­dy to ce­men­to­we stro­py i ścia­ny, któ­re przez po­nad sie­dem de­kad stra­szy­ły pust­ką, od­zy­ska­ły daw­ną de­ko­ra­cyj­ność dzię­ki po­li­chro­mii od­two­rzo­nej na pod­sta­wie szcząt­ko­wych re­li­któw re­ne­san­so­wej ma­la­tu­ry.

BROCHÓW ODKRYWA NA NOWO SWOJĄ NAWĘ GŁÓWNĄ W KOLORACH RENESANSU

Wyposażenie wnętrza jest dziś nie­mal w ca­ło­ści współ­cze­sne: oł­ta­rze, stal­le, ław­ki czy rzeź­ba Chry­stu­sa z bel­ki tę­czo­wej to sta­ran­nie wy­ko­na­ne ko­pie, od­two­rzo­ne we­dług ar­chi­wal­nych fo­to­gra­fii sprzed I woj­ny świa­to­wej. Do wy­jąt­ków na­le­żą je­dy­nie XVIII-wiecz­ne fi­gu­ry świę­tych do­mi­ni­kań­skich – ostat­ni świad­ko­wie mi­nio­ne­go bo­ga­ctwa de­ta­li. Z epo­ki mi­li­tar­nej po­zo­sta­ły na­to­miast ko­min­ki, w któ­rych go­to­wa­no stra­wę dla za­ło­gi w cza­sie oblę­że­nia, a w pod­zie­miach – gro­by ro­du La­so­ckich, wła­ści­cie­li wsi od 1662 do 1931 ro­ku.

KOŚCIÓŁ W PROPORCJACH NIECO UMOWNYCH, ALE Z PRZEKROJEM DLA DOCIEKLIWYCH
Od 2002 roku, w trze­cią nie­dzie­lę wrze­śnia, Bro­chów na chwi­lę co­fa się do 1939 ro­ku. Po­la wo­kół ko­ścio­ła za­peł­nia­ją się re­kon­stru­kto­ra­mi w mun­du­rach pol­skich, nie­mie­ckich i sło­wa­ckich, sły­chać tę­tent ka­wa­le­rii, zgrzyt gą­sie­nic, a w po­wie­trzu krą­żą sa­mo­lo­ty. Hi­sto­ria wra­ca, ale w wer­sji z wi­do­wnią, bra­wa­mi i przer­wą na kieł­ba­skę. To wi­do­wi­sko na­le­ży dziś do naj­więk­szych w Pol­sce re­kon­stru­kcji dru­go­wo­jen­nych, a za­ra­zem do naj­wa­żniej­szych spo­tkań mi­ło­śni­ków Wrze­śnia ’39 – ży­wa le­kcja hi­sto­rii, któ­ra wo­li huk salw od ci­szy kla­so­wych ła­wek.

TO TUTAJ, WŚRÓD ŁĄK I LASÓW, ROZEGRAŁA SIĘ BITWA NAD BZURĄ – NAJWIĘKSZE STARCIE KAMPANII WRZEŚNIOWEJ
Świątynia w Bro­cho­wie nie jest obiek­tem ty­po­wo tu­ry­sty­cznym – otwie­ra się za­sa­dni­czo tyl­ko w cza­sie na­bo­żeństw. Na co dzień wnę­trze da się zo­ba­czyć je­dy­nie z kruch­ty, od­dzie­lo­nej od na­wy głów­nej so­lid­ną kra­tą, któ­ra peł­ni ro­lę prze­wo­dni­ka z po­czu­ciem hu­mo­ru: "pro­szę spoj­rzeć w le­wo, pro­szę spoj­rzeć w pra­wo – i to by by­ło na ty­le". Wie­czo­ra­mi za­my­ka­na by­wa tak­że bra­ma pro­wa­dzą­ca za mu­ry obron­ne, co na­da­je ca­ło­ści wy­gląd twier­dzy, do któ­rej nie wtar­gnie ani wróg, ani nad­gor­li­wy tu­ry­sta z apa­ra­tem.
Na zachód od ko­ścio­ła roz­cią­ga się ma­lo­wni­czy kraj­obraz Ma­zo­wsza – wierz­by sto­ją tu jak na po­cztów­ce, a ścież­ki sa­me pro­szą o spa­cer. To do­sko­na­łe miej­sce na prze­cha­dzkę z psem, choć za mu­ry ko­ściel­ne wejść może już tyl­ko wła­ści­ciel.
Obok scho­dów głów­ne­go wej­ścia za­mon­to­wa­no pod­jazd dla wóz­ków, dzię­ki któ­re­mu świą­ty­nia po­zo­sta­je do­stęp­na tak­że dla mniej spraw­nych i naj­mło­dszych.
Brak tu ogra­ni­czeń dla lo­tów re­kre­acyj­nych, a zwar­ta za­bu­do­wa przy­le­ga do ko­ścio­ła je­dy­nie od pół­no­cy. Z po­zo­sta­łych stron roz­cią­ga się otwar­ta prze­strzeń, któ­ra two­rzy zna­ko­mi­te wa­run­ki do ujęć z lo­tu pta­ka – jak­by ca­ły kraj­obraz za­pra­szał, by oglą­dać Bro­chów z per­spe­kty­wy nie­ba.

DOJAZD


Brochów leży 13 km na pół­noc od So­cha­cze­wa, na za­cho­dnim skra­ju Pusz­czy Kam­pi­no­skiej. Do­je­chać tu­taj moż­na dro­gą kra­jo­wą nr 705 - po oko­ło 10 ki­lo­me­trach, za wsią Ko­na­ry, znaj­du­je się skrzy­żo­wa­nie z ka­pli­czką. W tym miej­scu na­le­ży skrę­cić w le­wo, kie­ru­jąc się ta­bli­czką z na­pi­sem „Ma­la­no­wo 0,6”.

Samochód czy ro­wer moż­na zo­sta­wić na nie­wiel­kim par­kin­gu przy pół­no­cnej stro­nie ko­ścio­ła al­bo na wy­zna­czo­nych miej­scach wzdłuż dro­gi. Par­king jest oczy­wi­ście bez­płat­ny — w koń­cu to wieś, a nie cen­trum War­sza­wy.

MAZOWIECKA CODZIENNOŚĆ W AKOMPANIAMENCIE SZUMU WIERZB I WSPOMNIEŃ O CHOPINIE

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. M. Kozarzewski, A. Karolczak: Po­li­chro­mia ko­ścio­ła w Bro­cho­wie..., Re­no­wa­cje i za­by­tki 2010
  2. M. Przygoda-Stelmach: Bra­ctwo pa­ra­fial­ne św. Ro­cha..., Sae­cu­lum Chri­stia­num 2013
  3. Z. Skiełczyński: Daw­ny Bro­chów, Lesz­no 1993
  4. A. G. Turczyk: Bro­chów i Cho­pin, Zie­mia So­cha­czew­ska, 7/2000
  5. J. Żabicki: Le­ksy­kon za­by­tków ar­chi­te­ktu­ry Ma­zo­wsza i Pod­la­sia, Ar­ka­dy 2015