BARANÓW SANDOMIERSKI

renesansowy zamek magnacki

ZAMEK W BARANOWIE – ELEGANCJA ŁUKÓW I WIEŻYCZEK NA TLE LETNIEGO NIEBA

DZIEJE ZAMKU


Tam, gdzie dziś w bla­sku nie­ska­zi­tel­nej bie­li wzno­si się Ele­gant­issi­ma – bo­daj naj­zna­mie­ni­tsza spo­śród re­zy­den­cji daw­nej zie­mi san­do­mier­skiej, ol­śnie­wa­ją­ca wdzię­kiem i ma­nie­rą god­ną sa­lo­nów – stał nie­gdyś dwór obron­ny. Nie­wiel­ki, lecz z am­bi­cja­mi, ry­cer­ski w for­mie i prze­zna­cze­niu. Jan Dłu­gosz, z wpra­wą god­ną swo­je­go pió­ra, od­no­to­wał, że w XV wie­ku na­le­żał do ro­du Ba­ra­now­skich her­bu Grzy­ma­ła – fa­mi­lii za­sie­dzia­łej, choć da­le­kiej od pa­ła­co­wych prze­py­chów.

PRZED ZAMKIEM W BARANOWIE – GDZIE OGRODY, RÓŻE I HISTORIA MÓWIĄ „ZAPRASZAMY”

U schyłku tego sa­me­go stu­le­cia skrom­na sie­dzi­ba prze­szła w rę­ce Ku­ro­zwę­ckich her­bu Po­raj, naj­za­mo­żniej­sze­go ro­du ów­cze­snej Ma­ło­pol­ski. Moż­na po­dej­rze­wać, że na­wet mu­ry te­go dwo­ru za­drża­ły z prze­ję­cia. Na­stęp­nie – zgod­nie z ryt­mem mag­na­ckich ko­li­ga­cji – re­zy­den­cję prze­ję­li Tar­now­scy, a póź­niej Gór­ko­wie z Wiel­ko­pol­ski, jak­by chcąc pod­kre­ślić, że do­bre na­zwi­sko zaw­sze znaj­dzie god­ny ad­res.

ELEWACJA FRONTOWA ZAMKU, 1910 ROK – ARCHITEKTURA I PRZYRODA W NIEKOŃCZĄCEJ SIĘ ROZMOWIE

W roku 1569 do­bra ba­ra­now­skie na­był Ra­fał z Lesz­na Lesz­czyń­ski her­bu Wie­nia­wa – po­stać, któ­rej bio­gra­fia nie zna nu­dy. To wła­śnie on, dwie de­ka­dy wcze­śniej, ośmie­lił się pu­blicz­nie za­żą­dać roz­wo­du kró­la Zyg­mun­ta Au­gu­sta z Bar­ba­rą Ra­dzi­wił­łów­ną, czym zy­skał wię­cej roz­gło­su niż sym­pa­tii na dwo­rze. Ów Lesz­czyń­ski, czło­wiek świa­do­my swo­jej po­zy­cji i gu­stu, uznał, że go­tyc­ka su­ro­wość za­sta­nej bu­dow­li nie przy­sta­je do wy­mo­gów no­wo­żyt­ne­go me­ce­na­sa.

Zdecydował więc – z ty­po­wą dla swej epo­ki bez­ce­re­mo­nial­no­ścią – o jej roz­biór­ce. W jej miej­scu wznie­sio­no no­wy dwór w sty­lu re­ne­san­so­wym: ob­szer­niej­szy, bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­ny, z wie­życz­ka­mi w na­ro­żach, któ­re nie ty­le mia­ły bro­nić, co świad­czyć – o po­tę­dze ro­du, o zna­jo­mo­ści aktu­al­nych tren­dów ar­chi­tek­to­nicz­nych, o aspi­ra­cjach, któ­re nie mie­ści­ły się już w sta­rych mu­rach.

ZACHODNIA ELEWACJA ZAMKU – PROSTO, SYMETRYCZNIE, PIĘKNIE

Po śmierci Ra­fa­ła Lesz­czyń­skie­go do­bra ba­ra­now­skie, zgod­nie z te­sta­men­tem, przy­pa­dły je­go sy­no­wi An­drze­jo­wi – wo­je­wo­dzie brze­sko-ku­jaw­skie­mu, czło­wie­ko­wi sta­tecz­ne­mu, lecz z wy­obraź­nią więk­szą niż to, co po­zo­sta­wił mu oj­ciec. Ska­lę do­tych­cza­so­we­go za­ło­że­nia uz­nał on naj­wy­raź­niej za za­le­dwie szkic – szkic wpraw­ny, lecz nie­kom­plet­ny. Już w 1591 ro­ku roz­po­czął roz­bu­do­wę zam­ku, do­da­jąc no­we skrzy­dła, któ­re prze­kształ­ci­ły re­zy­den­cję w kształt zbli­żo­ny do te­go, co dziś mo­że­my po­dzi­wiać – rzecz jas­na, o ile ma­my oko do de­ta­lu i wy­obraź­nię do prze­szło­ści.

BARANÓW SANDOMIERSKI, 1967 – ZAMEK GOTOWY DO PODZIWIANIA, OTOCZENIE DOPIERO CZEKA NA SWOJĄ KOLEJ

Przez długi czas z du­mą przy­pi­sy­wa­no au­tor­stwo tej prze­bu­do­wy San­tie­mu Guc­cie­mu – słyn­ne­mu ar­chi­te­kto­wi kró­lew­skich mau­zo­leów i ulu­bień­co­wi pol­skie­go re­ne­san­su. Nie­ste­ty, ba­da­nia ostat­nich lat oka­za­ły się nie­ubła­ga­ne wo­bec tej wer­sji – na­wi­sko Guc­cie­go trze­ba by­ło z pie­de­sta­łu usu­nąć, choć nie cał­kiem z sa­li. Po­zo­sta­je bo­wiem praw­do­po­dob­nym, że pro­jekt wy­szedł spod rę­ki jed­ne­go z je­go ucz­niów, lub przy­naj­mniej z war­szta­tu in­spi­ro­wa­ne­go je­go sty­lem – a to, w tam­tych cza­sach, by­ła for­ma no­bi­li­ta­cji rów­nie sku­tecz­na, jak oso­bi­sty pod­pis mi­strza.

AMICIS QUALIBET HORA – KAŻDA GODZINA JEST DOBRA, JEŚLI MASZ DOBRE TOWARZYSTWO

U progu XVII wie­ku Ba­ra­nów San­do­mier­ski stał się głów­ną sie­dzi­bą An­drze­ja Lesz­czyń­skie­go i, co nie bez zna­cze­nia, waż­nym ośrod­kiem re­for­ma­cji – nie ty­le pro­win­cjo­nal­ną przy­sta­nią dla te­olo­gów, co miej­scem, gdzie spór o du­szę Rze­czy­po­spo­li­tej zy­ski­wał ka­mien­ne mu­ry, kruż­gan­ki i bi­blio­te­kę. O po­li­tycz­nym i to­wa­rzy­skim zna­cze­niu tej re­zy­den­cji naj­le­piej świad­czą wi­zy­ty kró­la Ste­fa­na Ba­to­re­go, któ­ry go­ścił tu nie raz, nie dwa – co naj­mniej kil­ku­krot­nie, a być mo­że na­wet z przy­jem­no­ścią.

DZIEDZINIEC ZAMKOWY, OKOŁO 1910 – W JEGO MURACH TOCZYŁY SIĘ ROZMOWY WAŻNIEJSZE NIŻ NIEJEDNA SEJMOWA DEBATA

Gdy w 1606 ro­ku An­drzej za­koń­czył swój ży­wot, Ba­ra­nów – w wy­ni­ku po­dzia­łów ro­dzin­nych, jak­że ty­po­wych dla sar­mac­kiej ge­ne­alo­gii – prze­szedł w rę­ce Ra­fa­ła VII, wo­je­wo­dy beł­zkie­go. Z je­go ini­cja­ty­wy naj­praw­do­po­do­bniej prze­pro­wa­dzo­no ko­lej­ny etap roz­bu­do­wy – tym ra­zem sku­pio­ny na wnę­trzu: układ po­miesz­czeń uległ zmia­nie, fa­sa­dy zy­ska­ły bar­dziej no­wo­cze­sne, choć wciąż do­stoj­ne obli­cze, a ca­łość oto­czo­no no­wym sys­te­mem obron­nym w po­sta­ci kur­ty­no­we­go mu­ru ze strzel­ni­ca­mi. By­ła to już nie tyl­ko re­zy­den­cja – to by­ła de­kla­ra­cja: oto za­mek, któ­ry po­tra­fi bro­nić za­rów­no du­cha, jak i ma­jąt­ku.

ELEWACJA POŁUDNIOWA ZAMKU – Z TULIPANOWCEM, KTÓRY KRADNIE SCENĘ

Wiosną 1656 roku, gdy Rzecz­po­spo­li­ta po­grą­żo­na by­ła w og­niu szwedz­kie­go po­to­pu, Ba­ra­nów na mo­ment zna­lazł się w sa­mym cen­trum wy­da­rzeń. Król Szwe­cji, Ka­rol X Gu­staw, starł się tu z woj­ska­mi li­tew­ski­mi Pa­wła Sa­pie­hy – po­tycz­ka, choć za­koń­czo­na suk­ce­sem Szwe­dów, nie przy­nio­sła za­gła­dy zam­ku. Mi­mo że re­zy­den­cja Lesz­czyń­skich mo­gła się wy­da­wać ła­ko­mym ką­skiem, król z pół­no­cy – nę­ka­ny nie­ustan­nie przez par­ty­zan­ckie pod­ja­zdy Ste­fa­na Czar­nie­ckie­go – uznał, że le­piej bę­dzie się wy­co­fać w stro­nę Za­wi­cho­stu, niż ry­zy­ko­wać oblę­że­nie. Być mo­że in­tu­icja pod­po­wie­dzia­ła mu, że Ba­ra­nów nie lu­bi być zdo­by­wa­ny.

KOMNATA NA 1. PIĘTRZE – MEBLE W SZYKU BITEWNYM, KRÓL W RAMACH JAK WÓDZ NA TRYBUNIE

Przez ponad stu­le­cie Ba­ra­no­wem wła­da­li Lesz­czyń­scy, ród am­bi­tny i z wi­zją, lecz jak to czę­sto by­wa – wi­zja z cza­sem tra­ci na ostro­ści. W ro­ku 1677, tym sa­mym, w któ­rym na świat przy­szedł Sta­ni­sław Lesz­czyń­ski – póź­niej­szy król Pol­ski i ksią­żę Lo­ta­ryn­gii – ród zde­cy­do­wał się sprze­dać do­bra wraz z zam­kiem. Na­byw­cą zo­stał het­man wiel­ki ko­ron­ny, Dy­mitr Wi­śnio­wie­cki – po­stać ty­leż wpły­wo­wa, co świa­do­ma zna­cze­nia re­pre­zen­ta­cyj­ne­go ge­stu.

OD LUFY DO BALUSTRADY, WSZYSTKO MA TU SWÓJ STYL

Po śmierci Wi­śnio­wie­ckie­go sche­dę prze­jął nie tyl­ko spad­ko­bier­ca, lecz rów­nież ksią­żę Jó­zef Ka­rol Lu­bo­mir­ski, któ­ry po­jął za żo­nę wdo­wę po Wi­śnio­wie­ckim, a wraz z nią... re­zy­den­cję. To wła­śnie on, po 1695 ro­ku, za­ini­cjo­wał ko­lej­ną prze­bu­do­wę zam­ku, po­wie­rza­jąc ją naj­wy­bi­tniej­sze­mu ar­chi­te­kto­wi dzia­ła­ją­ce­mu wów­czas na zie­miach pol­skich – Tyl­ma­no­wi z Ga­me­ren, twór­cy Pa­ła­cu Kra­siń­skich w War­sza­wie i ko­ścio­ła św. An­ny w Kra­ko­wie. Ba­ra­nów po raz ko­lej­ny zna­lazł się w rę­kach ko­goś, kto nie tyl­ko miał środ­ki, ale też – co znacz­nie rzad­sze – miał gust.

GALERIA TYLMANOWSKA – MIEJSCE, GDZIE OBRAZY ODDYCHAJĄ W BAROKOWYCH RAMACH

Na mo­cy je­go pro­je­ktu roz­bu­do­wa­no pier­wsze pię­tro skrzy­dła za­chod­nie­go, do­da­jąc trakt prze­zna­czo­ny na ga­le­rię obra­zów – świa­de­ctwo nie tyl­ko za­mi­ło­wa­nia do sztu­ki, ale i am­bi­cji mu­ze­al­nych, za­nim jesz­cze mod­ne sta­ły się mu­zea. Wnę­trza pod­da­no grun­tow­nej mo­der­ni­za­cji, prze­kształ­ca­jąc je w wy­god­ne i re­pre­zen­ta­cyj­ne apar­ta­men­ty – bar­dziej pa­łac niż twier­dza.

GALERIA TYLMANOWSKA, LATA 60. XX WIEKU – ŚCIANY GOTOWE, OBRAZY JESZCZE W PODRÓŻY

W efekcie po­wsta­ły po­miesz­cze­nia o wy­ra­fi­no­wa­nej ba­ro­ko­wej de­ko­ra­cji: stiu­ki i ma­lo­wi­dła, ozdob­ne ko­min­ki, por­ta­lo­we opra­wy – wszy­stko to two­rzy­ło atmo­sfe­rę, w któ­rej mag­nat mógł nie tyl­ko rzą­dzić i re­pre­zen­to­wać, ale i z przy­jem­no­ścią miesz­kać. Tak oto Ba­ra­nów prze­stał być zam­kiem w daw­nym sen­sie sło­wa – stał się re­zy­den­cją god­ną epo­ki, w któ­rej na­wet zbro­ja po­wo­li ustę­po­wa­ła miej­sca aksa­mi­to­wi.

ZAMEK W 1840 ROKU – DAWNA RYCINA, ALE Z WSPÓŁCZESNYM BŁYSKIEM W OKU!
Animowany gif Rafał X Lesz­czyń­ski, uro­dzo­ny w 1650 ro­ku, na­le­żał bez wąt­pie­nia do tej nie­licz­nej gru­py szlach­ty, któ­ra nie tyl­ko dzier­ży­ła ty­tu­ły, lecz tak­że rze­czy­wi­ście upra­wia­ła po­li­ty­kę – z roz­ma­chem, prze­ko­na­niem i nie­ma­łą do­zą oso­bi­stej am­bi­cji. W cią­gu ży­cia zdą­żył peł­nić funk­cje, któ­re w każ­dym in­nym ustro­ju wy­ma­ga­ły­by kil­ku ka­rier: był pod­skar­bim wiel­kim ko­ron­nym, sta­ro­stą, wo­je­wo­dą, stol­ni­kiem i kraj­czym ko­ron­nym. Dłu­ga li­sta urzę­dów nie prze­sła­nia jed­nak fak­tu naj­waż­niej­sze­go – był oj­cem przy­szłe­go kró­la, Sta­ni­sła­wa Lesz­czyń­skie­go, co w re­tro­spe­kty­wie no­bi­li­tu­je go bar­dziej niż ja­ka­kol­wiek funk­cja pu­blicz­na.

Rafał spę­dził wie­le lat po­za gra­ni­ca­mi Rze­czy­po­spo­li­tej, głów­nie we Fran­cji, co – w ów­czes­nych re­aliach – nie ty­le od­da­la­ło go od kra­ju, co zbli­ża­ło do wiel­kiej po­li­ty­ki. Tam ukształ­to­wał się je­go świa­to­po­gląd: ra­czej w du­chu wer­sal­skie­go ab­so­lu­ty­zmu niż wie­deń­skiej ostro­żno­ści. Nic więc dziw­ne­go, że zna­lazł się w gro­nie prze­ciw­ni­ków pro­au­stria­ckiej po­li­ty­ki Ja­na III So­bie­skie­go. W 1683 ro­ku, mi­mo po­li­tycz­nych róż­nic, nie uchy­lił się jed­nak od obo­wią­zku – uczest­ni­czył w wy­pra­wie wie­deń­skiej, do­wo­dząc cho­rą­gwią hu­sar­ską i re­gi­men­tem pie­cho­ty. Być mo­że czy­nił to z pa­trio­ty­zmu, być mo­że z kal­ku­la­cji – a naj­pew­niej z obu tych po­wo­dów, jak przy­sta­ło na ra­so­we­go po­li­ty­ka.

LATA 60. XX WIEKU – DETAL SZTUKATERII FALCONIEGO W BASZCIE, GDZIE HERBY I ANIOŁKI WSPÓŁTWORZĄ RENESANSOWY TEATR
Po śmierci Ja­na III, pod­czas burz­li­we­go sej­mu elek­cyj­ne­go w 1697 ro­ku, Ra­fał po­cząt­ko­wo opo­wie­dział się za Ja­ku­bem So­bie­skim – sy­nem zmar­łe­go mo­nar­chy – lecz jak wie­lu je­go współ­cze­snych, z cza­sem uznał, że znacz­nie bez­piecz­niej bę­dzie po­sta­wić na ele­kto­ra sas­kie­go, Au­gu­sta II Moc­ne­go. By­ła to de­cy­zja prag­ma­tycz­na, choć nie­ko­niecz­nie pro­ro­cza.

Jedną z ostat­nich ról, ja­kie ode­grał na sce­nie po­li­tycz­nej, by­ła mi­sja dy­plo­ma­tycz­na pod­czas wy­bu­cha­ją­cej woj­ny pół­noc­nej w ro­ku 1700 – wów­czas ja­ko przed­sta­wi­ciel stro­ny pol­skiej ne­go­cjo­wał z sa­mym Ka­ro­lem XII, kró­lem Szwe­cji, któ­re­go am­bi­cje mi­li­tar­ne do­rów­ny­wa­ły je­go te­atral­ne­mu tem­pe­ra­men­to­wi. Spot­ka­nie dwóch tem­pe­ra­men­tów – pół­noc­ne­go i sar­mac­kie­go – mu­sia­ło być war­te wię­cej niż nie­je­den za­pis w an­na­łach.

Paradoksal­nie, choć po­li­tycz­nie był aktyw­ny nie­mal do ostat­nich dni, to wła­śnie Ra­fał X Lesz­czyń­ski był ostat­nim z ro­du, któ­ry po­sia­dał za­mek w Ba­ra­no­wie. Wraz z sio­strą, Alek­san­drą Grzy­muł­tow­ską, sprze­dał go jesz­cze w ro­ku 1677 – co do­wo­dzi, że wi­zja po­li­tycz­na nie zaw­sze idzie w pa­rze z sen­ty­men­tem do oj­co­wi­zny. Choć su­ma – 70 ty­się­cy kop zło­tych pol­skich – mo­gła wów­czas wy­dać się god­na re­zy­den­cji tej ran­gi, czas uczy­nił z niej je­dy­nie przy­pis na mar­gi­ne­sie dzie­jów.

PRZED ZAMKIEM, NA KONIU, Z ŁYŻWĄ W WĄSIE – KLASYKA XIX WIEKU

W roku 1720 za­mek prze­szedł w ko­lej­ne rę­ce – Lu­bo­mir­scy, za­pew­ne kie­ru­jąc się ra­chun­kiem bar­dziej ma­jąt­ko­wym niż sen­ty­men­tal­nym, sprze­da­li go księ­ciu Pa­wło­wi Ka­ro­lo­wi San­gusz­ce. Ten jed­nak nie za­ba­wił tu dłu­go. W krót­kim cza­sie po­sia­dłość prze­szła w rę­ce Ma­ła­chow­skich, po­tem Po­toc­kich, by pod ko­niec XVIII wie­ku tra­fić do Ja­na Kra­si­ckie­go. Ów czę­sty i, nie da się ukryć, nie­co ner­wo­wy obieg wła­ści­cie­li – choć mógł­by su­ge­ro­wać brak przy­wią­za­nia – w grun­cie rze­czy przy­słu­żył się re­zy­den­cji: brak więk­szych in­ge­ren­cji po­zwo­lił za­cho­wać jej ory­gi­nal­ny, re­ne­san­so­wo-ba­ro­ko­wy cha­rak­ter, ukształ­to­wa­ny jesz­cze przez Lesz­czyń­skich i Lu­bo­mir­skich.

BAROKOWA ILUZJA NA ŚCIANACH, A POD STOPAMI TWARDY REALIZM - SALA TYLMANOWSKA NA MIEDZIORYCIE Z 1840 ROKU

Krasiccy, za­miast prze­bu­do­wy­wać, od­no­wi­li. W zam­ku gro­ma­dzo­no pa­miąt­ki po bi­sku­pie Igna­cym Kra­si­ckim – ksią­żę po­etów zna­lazł tu swo­istą li­te­ra­cką ne­kro­po­lię – a tak­że dzie­ła sztu­ki, rzad­kie me­ble, obra­zy, cen­ną bi­blio­te­kę. Ba­ra­nów sta­wał się nie tyl­ko miej­scem za­mie­szka­nia, ale i en­kla­wą kul­tu­ry, re­zer­wu­arem pa­mię­ci, jak­by chciał kon­ku­ro­wać z pa­ła­ca­mi eu­ro­pej­ski­mi nie roz­ma­chem, lecz du­chem.

WISŁA POD BARANOWEM, 1846 – PEJZAŻ STĘCZYŃSKIEGO Z ZAMKIEM NA HORYZONCIE

Niestety, duch nie oka­zał się od­por­ny na ogień. Dnia 24 wrze­śnia 1849 ro­ku, z przy­czyn do dziś nie­usta­lo­nych – być mo­że is­kra, być mo­że los, być mo­że ludz­ka nie­uwa­ga – w zam­ku wy­buchł po­żar. Nie był to ogień sym­bo­licz­ny, lecz zu­peł­nie do­słow­ny: stra­wił nie tyl­ko pa­miąt­ki, obra­zy i bi­blio­te­kę, ale rów­nież ca­łą drew­nia­ną kon­struk­cję, dach oraz stro­py gór­nych kon­dyg­na­cji. W cią­gu jed­nej no­cy prze­szłość zo­sta­ła zre­du­ko­wa­na do po­pio­łu.

LITOGRAFIA NAPOLEONA ORDY – CIĘŻAR DZIEWIĘTNASTOWIECZNEJ MELANCHOLII

Ówcześni wła­ści­cie­le – za­pew­ne bar­dziej zro­zpa­cze­ni niż za­moż­ni – nie zdo­ła­li pod­źwi­gnąć po­sia­dło­ści z ru­in. Brak środ­ków, brak pla­nu, brak wo­li – wszy­stko to do­pro­wa­dzi­ło do po­stę­pu­ją­cej de­wa­sta­cji i naj­głęb­sze­go w dzie­jach upad­ku zam­ku. Re­zy­den­cja, nie­gdyś peł­na ży­cia i bla­sku, te­raz sta­ła się bez­pań­ską sko­ru­pą, wy­zu­tą z sen­su.

W 1867 ro­ku za­mek wy­sta­wio­no na li­cy­ta­cję – los god­ny ra­czej zban­kru­to­wa­nej ma­nu­fa­ktu­ry niż sie­dzi­by mag­na­ckiej. Na­byw­cą zo­stał Fe­liks Do­lań­ski z Gra­bo­wa, bo­ga­ty ob­szar­nik, któ­ry – jak moż­na prz­ypusz­czać – ku­pił ru­inę nie dla ma­rzeń, lecz dla moż­li­wo­ści. Je­go syn, Sta­ni­sław Do­lań­ski, z więk­szym już pie­ty­zmem pod­jął pró­bę przy­wró­ce­nia re­zy­den­cji daw­ne­go zna­cze­nia. Nie by­ło to dzie­ło spe­kta­ku­lar­ne, ale przy­wró­co­no ży­cie w mu­rach, któ­re zdą­ży­ły się już po­go­dzić z ci­szą.

NIE WIADOMO, KTO PATRZYŁ, ALE WIADOMO, ŻE OD PÓŁNOCNEGO WSCHODU – ROK 1900, ZAMEK JAK ZE SNU I KURZU
ZAMEK W BARANOWIE

Za­mek ba­ra­now­ski to je­den ze sta­ro­żyt­nych, do­brze utrzy­ma­nych i do­tąd za­miesz­ka­nych zam­ków w Ga­li­cji, wła­sność hra­bie­go Ka­ro­la Kra­sic­kie­go. Już Sta­ro­wol­ski mie­ni go być naj­pięk­niej­szym w zie­mi san­do­mier­skiej; mu­siał być też obron­nym. Są pi­śmien­ne śla­dy, że Ra­fał Lesz­czyń­ski, wo­je­wo­da beł­ski, pra­dziad kró­la Sta­ni­sła­wa, w nim prze­miesz­ki­wał, póź­niej był wła­sno­ścią te­goż Sta­ni­sła­wa, że­la­zną rę­ką Ka­ro­la XII, wy­nie­sio­ne­go na tron Pol­ski. Lesz­czyń­scy, daw­niej wy­zna­nia hel­wec­kie­go, mie­li tu­taj swój ko­ściół, a w ten czas Ba­ra­nów był miej­scem przy­tuł­ku licz­nych róż­no­wier­ców, schro­nio­nych do Pol­ski z kra­jów in­nych. By­ła tu rów­nież dru­kar­nia, o któ­rej wspo­mi­na nie­ja­ki Wę­gier­ski, że z Piń­czo­wa prze­nie­sio­na zo­sta­ła. Oko­ło roku 1625 dru­ko­wał tu Ję­drzej Twar­do­mę­ski. Tu wy­szły w roku 1628 akta so­bo­ru san­do­mier­skie­go po pol­sku i po ła­ci­nie. Za­mek ma­ło jest zna­nym, przez prze­jeż­dża­ją­cych nie­zwie­dza­nym, a wsze­la­ko z wie­lu wzglę­dów po­zna­nia god­ny. Za­cho­wa­na w nim sta­ro­żyt­ność, zbiór ob­ra­zów kosz­tow­nych, bi­blio­te­ka, w któ­rej znaj­du­ją się książ­ki z księ­go­zbio­ru księ­cia po­etów pol­skich, Igna­ce­go Kra­sic­kie­go, któ­re­go wie­le wła­sno­ręcz­nych li­stów i no­ta­tek ma się tu znaj­do­wać
Przyjaciel Ludu, 1844

ROKU PAŃSKIEGO 1912, DZIEDZINIEC ZAMKOWY ZDOBIONY ARKADAMI WIELOKROTNYMI, A SCHODY Z KAMIENIA WYRYTE, BY PROWADZIĆ DOSTOJNĄ STOPĘ W GÓRĘ KU KOMNATOM SZLACHETNYM

Ród Dolańskich dzier­żył Ba­ra­nów San­do­mier­ski aż do wy­bu­chu dru­giej woj­ny świa­to­wej, a więc przez nie­speł­na osiem­dzie­siąt lat – czas nie­po­zba­wio­ny wzlo­tów, ale i ko­lej­nych dra­ma­tów. W ro­ku 1898 w zam­ku po­now­nie roz­sza­lał się po­żar – ży­wioł, jak­by ma­ją­cy szcze­gól­ne upo­do­ba­nie do tej re­zy­den­cji – któ­ry znisz­czył część za­byt­ko­wych wnętrz, nie ba­cząc na ich war­tość hi­sto­rycz­ną ani sen­ty­ment wła­ści­cie­li.

BARANÓW, LATA 20. XX WIEKU – ZAMEK, KTÓRY PRZESZEDŁ DŁUGĄ DROGĘ: OD KORONY LESZCZYŃSKICH DO CYFROWEGO FILTRA

Do odbudowy za­tru­dnio­no Ta­de­usza Stry­jeń­skie­go – ar­chi­te­kta świa­tłe­go i wy­czu­lo­ne­go na du­cha miej­sca. Stry­jeń­ski nie tyl­ko od­two­rzył część daw­nych de­ko­ra­cji, ale też po­zwo­lił so­bie na pew­ne mo­der­ni­za­cje. Jed­ną z na­roż­nych baszt prze­kształ­cił w se­ce­syj­ną ka­pli­cę, zdo­bio­ną współ­cze­sny­mi wi­tra­ża­mi oraz oł­ta­rzem, któ­re­go wspó­łtwór­cą był nie kto in­ny jak Ja­cek Mal­czew­ski – ma­larz-sym­bo­li­sta, któ­ry mi­sty­cyzm po­tra­fił po­łą­czyć z iro­nią, a sa­crum z psy­cho­lo­gi­czną głę­bią. Ba­ra­nów po raz ko­lej­ny wpi­sał się w hi­sto­rię sztu­ki, nie tyl­ko ja­ko świa­dek mi­nio­nych epok, lecz ja­ko prze­strzeń na­dal twór­cza.

KAPLICA – TU ZACZYNASZ WSPÓLNĄ DROGĘ WŚRÓD WITRAŻY, CISZY I POSADZKI, KTÓRA MOŻE NIE JEST Z XVI WIEKU, ALE TEŻ SIĘ STARA

Ostatnim przed­wo­jen­nym wła­ści­cie­lem re­zy­den­cji był Ro­man Do­lań­ski, któ­ry miesz­kał tu do ro­ku 1940, kie­dy to ca­ły ma­ją­tek zo­stał bez­ce­re­mo­nial­nie prze­ję­ty przez Niem­ców. Tym sa­mym za­koń­czył się nie tyl­ko roz­dział ro­dzin­ny, lecz tak­że epo­ka pry­wat­ne­go me­ce­na­tu nad zam­kiem – od tej chwi­li nad je­go lo­sa­mi mia­ły czu­wać (a ra­czej nie czu­wać) ko­lej­ne wła­dze, dla któ­rych „dzie­dzi­ctwo” brzmia­ło jak ter­min z ob­cej kul­tu­ry.

LATA 40. XX WIEKU – ZAMEK POZOSTAWIONY BEZ OPIEKI, ZREDUKOWANY DO ROLI ZAPLECZA

Okres II woj­ny świa­to­wej i pier­wsze la­ta po­wo­jen­ne od­ci­snę­ły na Ba­ra­no­wie pięt­no tra­gicz­ne. Niem­cy, za­ję­ci bar­dziej eks­plo­ata­cją niż ochro­ną, nie wy­ka­zy­wa­li za­in­te­re­so­wa­nia sta­nem tech­nicz­nym re­zy­den­cji. So­wie­ci po­szli da­lej – w du­chu swo­istej lu­do­wej rów­no­ści pod­nie­śli za­mek do ran­gi... opa­łu. Pa­lo­no og­ni­ska we wnę­trzach, roz­bie­ra­no pod­ło­gi na ogień, me­ble za­mie­nia­no w chrust. Zni­szcze­nie to by­ło nie tyl­ko ma­te­rial­ne – mia­ło wy­miar sym­bo­licz­ny: oto kul­tu­ra spa­lo­na na wła­snym za­ple­czu, do­słow­nie i me­ta­fo­rycz­nie.

KIEDYŚ BYŁY TU BIESIADY, TERAZ – JA I WÓZ. ZMIENIŁ SIĘ SYSTEM, ZOSTAŁ MUR. I SIANO. DUŻO SIANO.

W roku 1945, na mo­cy tzw. re­for­my rol­nej – czy­li jed­ne­go z tych pro­ce­sów, w któ­rych ha­sło "spra­wie­dli­wość dzie­jo­wa" rzad­ko szło w pa­rze z tro­ską o dzie­dzi­ctwo – za­mek w Ba­ra­no­wie San­do­mier­skim prze­szedł na wła­sność Skar­bu Pań­stwa. Nie­ste­ty, no­wy wła­ści­ciel, choć wład­ny, nie wy­ka­zał się szcze­gól­nym za­pa­łem. Przez po­nad de­ka­dę re­zy­den­cja tkwi­ła w sta­nie za­wie­sze­nia – for­mal­nie pań­stwo­wa, fak­tycz­nie po­rzu­co­na.

PRZODOWNICZKA KUR ZNOSI TRZY JAJA DZIENNIE – W SŁUŻBIE ODBUDOWY NARODOWEJ KLASYCZNEJ ARCHITEKTURY!

Dopiero w 1958 ro­ku, cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie, los zam­ku od­mie­ni­ła... siar­ka. Od­kry­cie bo­ga­tych złóż te­go su­row­ca w oko­li­cach Ba­ra­no­wa spra­wi­ło, że Mi­ni­ster­stwo Prze­my­słu Che­micz­ne­go – in­sty­tu­cja z na­tu­ry rze­czy ma­ło ro­man­tycz­na – zwró­ci­ło uwa­gę na zruj­no­wa­ną sie­dzi­bę mag­na­cką. W ra­mach po­wsta­ją­ce­go Za­głę­bia Siar­ko­we­go za­pa­dła de­cy­zja: za­mek zo­sta­nie od­re­stau­ro­wa­ny i prze­zna­czo­ny na ce­le ad­mi­ni­stra­cyj­ne i kul­tu­ral­ne. Tak oto hi­sto­ria i prze­mysł uści­snę­ły się w nie­ocze­ki­wa­nym so­ju­szu.

WIELKI REMONT – KULTURA DOSTAŁA DRUGIE ŻYCIE DZIĘKI GEOLOGII

Prace kon­ser­wa­tor­skie trwa­ły sie­dem lat i za­koń­czy­ły się w 1965 ro­ku. W tym sa­mym ro­ku otwar­to w zam­ku mu­zeum wnętrz i hi­sto­rii re­zy­den­cji – wy­po­sa­żo­ne w zbio­ry uży­czo­ne przez Mu­zeum Na­ro­do­we oraz Mu­zeum Woj­ska Pol­skie­go w War­sza­wie. Wnę­trza, choć czę­ścio­wo re­kon­stru­owa­ne, od­zy­ska­ły daw­ny blask – nie­co wy­stu­dio­wa­ny, nie­co mu­ze­al­ny, ale z pew­no­ścią da­le­ki od po­wo­jen­nej ru­iny.

MAKIETA, KTÓRA POKAZUJE NIE TYLKO HISTORIĘ SIARKI, ALE TEŻ SMUTNĄ HISTORIĘ SYSTEMU EDUKACJI PLASTYCZNEJ W POLSCE

W 1968 ro­ku za­mek ofi­cjal­nie prze­ka­za­no do użyt­ku Kom­bi­na­to­wi Siar­ko­pol z sie­dzi­bą w Tar­no­brze­gu – co moż­na od­czy­tać ja­ko cie­ka­wą for­mę mag­na­ckie­go dzie­dzi­cze­nia przez prze­mysł cięż­ki. Choć nie był to już dwór moż­no­wład­cy, a ra­czej in­sty­tu­cjo­nal­na sie­dzi­ba na mia­rę PRL-u, Ba­ra­nów oca­lał – i to nie tyl­ko ja­ko za­by­tek, lecz ja­ko prze­strzeń ży­wa.

Od 1997 ro­ku wła­ści­cie­lem ze­spo­łu zam­ko­we­go w Ba­ra­no­wie San­do­mier­skim jest Agen­cja Roz­wo­ju Prze­my­słu S.A. – in­sty­tu­cja znów prag­ma­tycz­na, lecz w tym przy­pad­ku za­ska­ku­ją­co lo­jal­na wo­bec hi­sto­rii. Bo choć wie­le moż­na po­wie­dzieć o lo­sach tej re­zy­den­cji, jed­no po­zo­sta­je pew­ne: Ba­ra­nów nie prze­stał ist­nieć, nie roz­padł się w pył, nie zo­stał za­po­mnia­ny. A to, w przy­pad­ku pol­skich zam­ków, jest już osiąg­nię­ciem god­nym kró­la.

WIDOK ZAMKU PO RENOWACJI. WERSJA: „BŁYSZCZĄCE LATA 60.” – CZYLI CZYSTO, RÓWNO I TAK, ŻEBY NA ZDJĘCIU DOBRZE WYGLĄDAŁO

OPIS ZAMKU


Dwór wznie­sio­ny z ini­cja­ty­wy Ra­fa­ła Lesz­czyń­skie­go był pier­wo­tnym ser­cem dzi­siej­sze­go za­ło­że­nia – zaj­mo­wał za­chod­nią część obec­ne­go zam­ku, bę­dąc za­ląż­kiem re­zy­den­cji, któ­ra z cza­sem wy­ro­sła na ma­gna­cką sie­dzi­bę z praw­dzi­we­go zda­rzen­ia. Miał plan za­pew­ne skrom­niej­szy niż am­bi­cje ro­du, ale był prze­my­śla­ny i wy­star­cza­ją­co re­pre­zen­ta­cyj­ny, by nie ura­zić po­zy­cji wła­ści­cie­la. Układ jed­no- lub dwu­tra­kto­wy z cen­tral­ną sie­nią zdra­dzał za­mi­ło­wa­nie do funk­cjo­nal­no­ści, choć rów­nie do­brze do sy­me­trii – war­to­ści szcze­gól­nie ce­nio­nej przez szlach­tę, któ­ra lu­bi­ła wi­dzieć po­rzą­dek świa­ta nie tyl­ko w he­ral­dy­ce, ale i w rzu­tach po­zio­mych.

DWÓR – JAK STARSZY KUZYN, KTÓREGO NIE WYRZUCONO, TYLKO OTOCZONO CAŁĄ RODZINĄ Z AMBICJAMI

Na narożach wzno­si­ły się al­kie­rzo­we basz­ty – dwie, a mo­że na­wet czte­ry – nie ty­le dla ce­lów mi­li­tar­nych, co dla za­sa­dy. W XVII wie­ku rzad­ko peł­ni­ły funk­cje obron­ne, za to do­sko­na­le pod­kre­śla­ły pre­stiż. By­ły ra­czej de­kla­ra­cją za­moż­no­ści niż wy­ra­zem re­al­ne­go za­gro­że­nia.

TAK MÓGŁ WYGLĄDAĆ POCZĄTEK – DWÓR, KTÓRY JESZCZE NIE WIEDZIAŁ, ŻE ZOSTANIE ZAMKIEM

Przyziemie, skle­pio­ne i ma­syw­ne, słu­ży­ło ce­lom go­spo­dar­czym i ad­mi­ni­stra­cyj­nym – tu li­czo­no, wa­żo­no, roz­li­cza­no, a cza­sem i ukry­wa­no trun­ki rów­nie de­li­ka­tne jak in­te­re­sy po­li­tycz­ne. Nie­ty­po­wo wy­so­ki po­ziom par­te­ru był de­cy­zją ty­leż prak­ty­czną, co sym­bo­li­czną: Wi­sła po­tra­fi­ła za­lać nie­je­den plan, więc re­zy­den­cja z god­nym dy­stan­sem wy­nio­sła się po­nad ka­pry­sy rze­ki i świa­ta. Pię­tro, już lżej­sze w for­mie, mie­ści­ło kom­na­ty miesz­kal­ne i re­pre­zen­ta­cyj­ne – tam po­dej­mo­wa­no go­ści, pro­wa­dzo­no roz­mo­wy i opi­nie wy­gła­sza­no z po­wa­gą lub prze­sa­dą, za­leż­nie od te­ma­tu i po­zio­mu trun­ku.

TU SPODNIĄ WARSTWĘ DWORU WIDZIMY, GDZIE KAMIEŃ NA KAMIENIU LEŻAŁ, A FUNDAMENTY WOLI I MURARSKIEGO TRUDU SIĘGAŁY. Z TYCH OTO MURÓW, NISKO POŁOŻONYCH, WYRÓSŁ PRZYSZŁY MAJESTAT

Na przełomie XVI i XVII wie­ku Ba­ra­nów do­świad­czył swo­jej zło­tej go­dzi­ny – nie za spra­wą woj­ny ani po­li­ty­ki, lecz ar­chi­te­ktu­ry. Do ist­nie­ją­ce­go dwo­ru do­bu­do­wa­no skrzy­dła pół­no­cne i wscho­dnie, a od po­łu­dnia dom­knię­to ca­łość ścia­ną pa­ra­wa­no­wą z tra­pe­zo­wym ry­za­li­tem bram­nym. W efek­cie po­wstał ele­gan­cki, pro­sto­kąt­ny dzie­dzi­niec oto­czo­ny re­ne­san­so­wy­mi kruż­gan­ka­mi, unie­sio­ny do po­zio­mu pier­wsze­go pię­tra – dzię­ki cze­mu, kie­dy w oko­li­cy bro­dzo­no w bło­cie po ko­stki, mag­nat wciąż mógł z god­no­ścią prze­mie­rzać log­gię. Na to pię­tro pro­wa­dzi­ły ze­wnętrz­ne, pa­rad­ne scho­dy – za­pro­je­kto­wa­ne z my­ślą o tym, by splen­dor po­prze­dzał sło­wa.

MIEJSCE NA PLOTKI, INTRYGI I OCENIANIE GOŚCI Z GÓRY

Fasady ozdo­bio­no ma­nie­ry­sty­czną ka­mie­niar­ką – at­ty­ki, ro­ze­ty, ma­szka­ro­ny i por­ta­le mia­ły jed­no za­da­nie: wy­krzy­czeć, że wła­ści­ciel zna się na sztu­ce, a przy­naj­mniej zna ko­goś, kto zna się na sztu­ce. Do dziś prze­trwa­ły te ozdob­ne de­ta­le, jak rów­nież wcze­sno­ba­ro­ko­we sztu­ka­te­rie w sa­li pół­no­cno-wscho­dniej basz­ty – zbu­do­wa­nej, war­to do­dać, je­dy­nie po to, by za­mek za­cho­wał sy­me­trię.

Całość, z flan­ku­ją­cy­mi na­ro­ża wie­ża­mi i osią wschód–za­chód pod­kre­ślo­ną mu­ra­mi, zy­ska­ła po­zo­ry obron­no­ści. Po­zo­ry, do­daj­my, cał­kiem mod­ne w epo­ce pa­laz­zo in for­te­zza – re­zy­den­cji, któ­ra chce wy­glą­dać jak twier­dza, ale ab­so­lu­tnie nie za­mie­rza się bro­nić.

RENESANSOWY KOMITET POWITALNY – RZEŹBIARZ WIDOCZNIE PRZEŻYWAŁ COŚ OSOBISTEGO

W trakcie XVII-wiecz­nych prac bu­do­wla­nych i ada­pta­cyj­nych po­łu­dnio­wa stro­na pa­ła­cu do­cze­ka­ła się no­we­go ob­wo­du for­ty­fi­ka­cyj­ne­go – wy­po­sa­żo­ne­go w dwa rzę­dy strzel­nic, zwień­czo­nych de­ko­ra­cyj­ną at­ty­ką. For­te­czny sznyt nie był już wy­mo­giem mi­li­tar­nym, lecz do­brym to­nem – za­mek, któ­ry nie uda­wał, że po­tra­fi się bro­nić, na­ra­żał się na ar­chi­te­kto­ni­czny ostra­cyzm.

Nowy obwód oto­czył ob­szer­ny dzie­dzi­niec. We wscho­dniej czę­ści po­ja­wi­ły się bra­ma wja­zdo­wa z przed­bra­miem, zbro­jo­wnia oraz most prze­rzu­co­ny nad rze­ką Krze­mie­ni­cą, któ­ra – za­pew­ne bez więk­sze­go en­tu­zja­zmu – zo­sta­ła awan­so­wa­na do ro­li fo­sy. Dru­ga bra­ma, od stro­ny po­łu­dnio­wej, pro­wa­dzi­ła już nie do re­pre­zen­ta­cji, lecz do ży­cia co­dzien­ne­go: kuch­ni, spi­żar­ni, staj­ni, go­rzel­ni i nie­wiel­kie­go wię­zie­nia – ze­sta­wu ide­al­ne­go na po­trze­by szlach­ty: do kar­mie­nia, upi­ja­nia, ujeż­dża­nia i oka­zjo­nal­ne­go prze­trzy­my­wa­nia tych, co nie zro­zu­mie­li alu­zji.

RYZALIT BRAMNY – MONUMENTALNY JAK INTENCJE, PRZEJŚCIOWY JAK WŁAŚCICIELE

Elewację za­cho­dnią zam­ku prze­kształ­co­no w otwar­tą ba­ro­ko­wą ga­le­rię – ozdob­ną i efek­to­wną, w sam raz do spa­ce­rów, po­zo­wa­nia lub po­dzi­wia­nia sie­bie na­wza­jem. Zmie­nio­no rów­nież zwień­cze­nia baszt, by do­sto­so­wać ca­łość do obo­wią­zu­ją­cych pod ko­niec XVII wie­ku ka­no­nów, któ­re – jak wszy­stkie ka­no­ny – zmie­nia­ły się wy­star­cza­ją­co czę­sto, by da­wać ar­chi­te­ktom za­ję­cie.

Wraz z no­wym wy­stro­jem ze­wnę­trznym i prze­bu­do­wą wnętrz raz jesz­cze zmo­der­ni­zo­wa­no sys­tem umoc­nień. W po­ło­wie XVIII wie­ku skła­dał się on już z ła­ma­nej li­nii wa­łów, re­da­nów i na­roż­nych ba­stio­nów o łącz­nej dłu­go­ści po­nad ki­lo­me­tra. Da­wa­ło to im­po­nu­ją­ce wra­że­nie, że oto ma­my do czy­nie­nia nie z re­zy­den­cją, lecz z twier­dzą – mo­że nie go­to­wą na oblę­że­nie, ale na pew­no go­to­wą, by ol­śnić.

WSPÓŁCZESNY PLAN 1. PIĘTRA ZAMKU: 1. RYZALIT BRAMNY, 2. BASZTY NAROŻNE, 3. GALERIA TYLMANOWSKA, 4. PARADNE SCHODY Z LOGGIĄ, 5. KRUŻGANKI, 6. SALA PORTRETOWA, 7. POMIESZCZENIA GOSPODARCZE, 8. SALA BANKIETOWA, 9. POKOJE HOTELOWE, 10. SALONY GOŚCINNE

ZWIEDZANIE


Nazywany nie­kie­dy Ma­łym Wa­we­lem, za­mek w Ba­ra­no­wie San­do­mier­skim na­le­ży do gro­na naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych i naj­chę­tniej od­wie­dza­nych re­zy­den­cji te­go ty­pu w Pol­sce. Po­ło­żo­ny w za­ci­sznej oko­li­cy, oto­czo­ny ma­lo­wni­czym par­kiem, w któ­rym – co nie­czę­ste w tej sze­ro­ko­ści ge­ogra­fi­cznej – ros­ną ma­je­sta­ty­czne tu­li­pa­no­wce, zy­skał sta­tus miej­sca nie­mal ma­gi­czne­go. Ma swój kli­mat. I to nie tyl­ko w prze­no­śni.

"MAŁY WAWEL" – HISTORIA, DO KTÓREJ WCHODZI SIĘ BEZ PUKANIA

Baranowski za­mek po­tra­fi za­uro­czyć – zwła­szcza wte­dy, gdy wo­kół pa­nu­je spo­kój, a kruż­gan­ki od­bi­ja­ją tyl­ko echo kro­ków. Nie­ste­ty, nie za­wsze jest to kli­mat sprzy­ja­ją­cy kon­tem­pla­cji. W week­en­dy, a zwła­szcza w so­bo­ty, miej­sce to przy­bie­ra bar­dziej użyt­ko­wy cha­rak­ter. Za­mek za­mie­nia się w ku­li­sy dla ślub­nych ce­re­mo­nii, a tu­ry­sta – choć tech­nicz­nie obec­ny – by­wa trak­to­wa­ny ni­czym nie­pro­szo­ny gość na ro­dzin­nej uro­czy­sto­ści. War­to więc za­pla­no­wać wi­zy­tę z wy­czu­ciem: naj­le­piej w środ­ku ty­go­dnia, kie­dy park od­dy­cha spo­ko­jem, kruż­gan­ki sze­le­szczą hi­sto­rią, a Ma­ły Wa­wel po­ka­zu­je swo­ją praw­dzi­wą, nie­co me­lan­cho­lij­ną du­szę – z da­la od ślub­nych ser­pen­tyn i ra­do­snych ocze­pin.

TU KIEDYŚ PRZECHADZALI SIĘ MAGNACI, DZIŚ TAŃCZĄ CIOCIE PRZY „JESZCZE PO KROPELCE”!

Muzeum zam­ko­we nie na­le­ży do szcze­gól­nie roz­bu­do­wa­nych – część po­miesz­czeń od­da­no bo­wiem na ce­le ko­mer­cyj­ne, co spra­wia, że hi­sto­ria mu­si tu dzie­lić prze­strzeń z ban­kie­ta­mi, kon­fe­ren­cja­mi i oko­li­czno­ścio­wy­mi tor­ta­mi. Zwie­dza­nie od­by­wa się wy­łącz­nie z prze­wod­ni­kiem – w na­szym przy­pad­ku by­ła to oso­ba o im­po­nu­ją­cej wie­dzy i kul­tu­rze oso­bi­stej, co już sa­mo w so­bie uczy­ni­ło wi­zy­tę przy­jem­no­ścią.

Na początek tra­fia­my do ka­pli­cy na par­te­rze – nie­wiel­kiej, ale urok­li­wej, urzą­dzo­nej w sty­lu XX-wiecz­nej se­ce­sji. Wi­tra­że i de­ta­le oł­ta­rzo­we przy­wo­dzą na myśl ra­czej Kra­ków fin de siè­cle’u niż sar­ma­cką po­boż­ność, ale ca­łość ma swój wdzięk i wy­raź­nie za­mie­rzo­ny efekt este­tycz­ny.

NA TYM OŁTARZU WIĘCEJ OBIETNIC NIŻ W PROGRAMIE WYBORCZYM

Właściwe ekspo­zy­cje miesz­czą się na pier­wszej kon­dy­gna­cji, na któ­rą pro­wa­dzą wa­chla­rzo­we scho­dy zdo­bio­ne her­ba­mi szla­che­cki­mi – nie­co te­atral­ne, ale prze­cież o to cho­dzi­ło. Tam znaj­du­je się kil­ka kom­nat, z któ­rych naj­bar­dziej za­pa­da­ją w pa­mięć: Sa­la Por­tre­to­wa, z ga­le­rią kró­lów pol­skich (choć trud­no oprzeć się wra­że­niu, że nie­któ­rym do­bie­ra­no twa­rze na za­sa­dzie „mniej wię­cej”), oraz roz­świe­tlo­na rzę­dem okien Ga­le­ria Tyl­ma­no­wska – z bo­ga­tą sztu­ka­te­rią i obra­za­mi w stiu­ko­wych ra­mach, przed­sta­wia­ją­cy­mi wło­skie pa­no­ra­my. Śród­ziem­no­mor­ski duch ma się tu za­ska­ku­ją­co do­brze, na­wet je­śli zza okien wi­dać wy­łącz­nie Pod­kar­pa­cie.

GALERIA TYLMANOWSKA - MIEJSCE, GDZIE KAŻDY TURYSTA ROBI MINĘ: „TAK, TAK, CZYTAŁEM O TYM W PRZEWODNIKU”

Na trasie zwie­dza­nia zna­la­zła się rów­nież basz­ta Fal­co­nieg­o oraz tzw. Sa­lo­ny – choć te ostat­nie, po­za na­zwą, nie ofe­ru­ją zbyt wie­le. Lep­sze wra­że­nie ro­bi „zbro­jow­nia ry­cer­ska” z eks­po­zy­cją sty­li­zo­wa­ną na scen­ki hi­sto­rycz­ne – moż­na tam zo­ba­czyć m.in. ele­men­ty uzbro­je­nia i mun­du­rów. Wię­cej tu wpraw­dzie de­ko­ra­cyj­ne­go za­pa­łu niż na­uko­wej do­kład­no­ści, ale dla młod­szych go­ści to nie­wąt­pli­wa atrak­cja, a dla star­szych – przy­pom­nie­nie, że ry­cer­stwo mia­ło kie­dyś coś wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią.

SALON - GDYBY TE ŚCIANY MOGŁY MÓWIĆ... PEWNIE TEŻ NARZEKAŁYBY NA BRAK AKCJI;
Za wstęp trze­ba za­pła­cić – za­rów­no do zam­ku, jak i do par­ku. Dla bar­dziej kon­tem­pla­cyj­nych go­ści prze­wi­dzia­no op­cję spa­ce­ro­wą: bi­let na park i dzie­dzi­niec, bez wcho­dze­nia w hi­sto­rię zbyt głę­bo­ko.
Za­mek zwie­dza się wy­łącz­nie z prze­wod­ni­kiem – przez 45 mi­nut snu­je on opo­wie­ści, któ­re le­piej brzmią wśród stiu­ków, niż w po­dręcz­ni­kach.
Foto­gra­fo­wa­nie wnętrz do­zwo­lo­ne i bez­płat­ne – jak przy­sta­ło na cza­sy, w któ­rych nie ro­bisz zdję­cia tyl­ko wte­dy, gdy coś na­praw­dę cię po­ru­szy.
Czwo­ro­no­gi mi­le wi­dzia­ne – ale tyl­ko w par­ku. Na kruż­gan­kach hi­sto­ria nie ak­cep­tu­je ła­pek ani ogo­nów.

BAROKOWY SUFIT, NA KTÓRYM NIKT JUŻ NIE WIE, CO KTÓRY HERB ZNACZY – ALE WYGLĄDA ŚLICZNIE
Renesansowy gmach Ba­ra­no­wa wie­lo­krot­nie sta­wał się wdzięcz­nym tłem dla fil­mo­wców – bo któż by nie chciał opo­wie­dzieć swo­jej hi­sto­rii na tle kruż­gan­ków, któ­re sa­me wy­glą­da­ją jak do­brze wy­re­ży­se­ro­wa­na sce­na?

Naj­bar­dziej pa­mięt­na po­zo­sta­je oczy­wi­ście ro­la zam­ku w se­ria­lu Czar­ne Chmu­ry, gdzie Ba­ra­nów za­grał sie­dzi­bę het­ma­na So­bie­skie­go. To wła­śnie tu pięk­na An­na Ostrow­ska – z gra­cją i uczu­ciem – zbie­ga­ła wa­chla­rzo­wy­mi scho­da­mi, by paść w sil­ne, zde­cy­do­wa­nie fil­mo­we ra­mio­na puł­kow­ni­ka Dow­gir­da.

Zamek wy­stą­pił też w Bar­ba­rze Ra­dzi­wił­łów­nie oraz w Klej­no­tach wol­ne­go su­mie­nia – nie zaws­ze w ro­li głów­nej, ale zaw­sze na ty­le ma­low­ni­czo, że nikt nie miał wąt­pli­wo­ści: Ba­ran­ów ma ta­lent do epi­zo­dów z kla­są.

DOJAZD


Baranów Sandomierski po­ło­żo­ny jest kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od Tar­no­brze­gu, przy dro­dze kra­jo­wej nr 985 w kie­run­ku Miel­ca. Choć ze­spół zam­ko­wo-par­ko­wy znaj­du­je się na obrze­żach mia­stecz­ka, do­tar­cie na miej­sce nie na­strę­cza trud­no­ści – dro­go­wska­zy roz­miesz­czo­no z ta­ką uprzej­mo­ścią i sku­tecz­no­ścią, że na­wet naj­bar­dziej roz­tar­gnio­ny po­dróż­ny nie po­wi­nien się zgu­bić. A je­śli już się zgu­bi – to przy­naj­mniej w ład­nej oko­li­cy.

Samochód zo­sta­wia­my na nie­wiel­kim, płat­nym par­kin­gu vis-à-vis bra­my wej­ścio­wej do par­ku – bli­sko, wy­god­nie i bez zbęd­ne­go krą­że­nia.

ZAMKI W POBLIŻU


  • Tarnobrzeg-Dzików - for­ta­li­cjum ry­cer­skie z XV w., ob. pa­łac, 17 km
  • San­do­mierz – za­mek kró­lew­ski z XIV w., 32 km
  • Rzemień - wie­ża miesz­kal­no-obron­na z XV w., 37 km
  • Przecław - for­ta­li­cjum ry­cer­skie z XVI w., ob. pa­łac, 42 km

LITERATURA


  1. B. Guerquin: Zam­ki w Pol­sce, Ar­ka­dy 1984
  2. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Ar­ka­dy 2001
  3. K. Stępińska: Pa­ła­ce i zam­ki w Pol­sce daw­niej i dziś, KAW 1977
  4. A. R. Sypek: Zam­ki i wa­row­nie zie­mi san­do­mier­skiej, Trio 2003
  5. B. Wernichowska, M. Kozłowski: Du­chy pol­skie, PTTK Kraj 1978