
DZIEJE ZAMKU
Tam, gdzie dziś w blasku nieskazitelnej bieli wznosi się Elegantissima – bodaj najznamienitsza spośród rezydencji dawnej ziemi sandomierskiej, olśniewająca wdziękiem i manierą godną salonów – stał niegdyś dwór obronny. Niewielki, lecz z ambicjami, rycerski w formie i przeznaczeniu. Jan Długosz, z wprawą godną swojego pióra, odnotował, że w XV wieku należał do rodu Baranowskich herbu Grzymała – familii zasiedziałej, choć dalekiej od pałacowych przepychów.

U schyłku tego samego stulecia skromna siedziba przeszła w ręce Kurozwęckich herbu Poraj, najzamożniejszego rodu ówczesnej Małopolski. Można podejrzewać, że nawet mury tego dworu zadrżały z przejęcia. Następnie – zgodnie z rytmem magnackich koligacji – rezydencję przejęli Tarnowscy, a później Górkowie z Wielkopolski, jakby chcąc podkreślić, że dobre nazwisko zawsze znajdzie godny adres.

W roku 1569 dobra baranowskie nabył Rafał z Leszna Leszczyński herbu Wieniawa – postać, której biografia nie zna nudy. To właśnie on, dwie dekady wcześniej, ośmielił się publicznie zażądać rozwodu króla Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną, czym zyskał więcej rozgłosu niż sympatii na dworze. Ów Leszczyński, człowiek świadomy swojej pozycji i gustu, uznał, że gotycka surowość zastanej budowli nie przystaje do wymogów nowożytnego mecenasa.
Zdecydował więc – z typową dla swej epoki bezceremonialnością – o jej rozbiórce. W jej miejscu wzniesiono nowy dwór w stylu renesansowym: obszerniejszy, bardziej reprezentacyjny, z wieżyczkami w narożach, które nie tyle miały bronić, co świadczyć – o potędze rodu, o znajomości aktualnych trendów architektonicznych, o aspiracjach, które nie mieściły się już w starych murach.

Po śmierci Rafała Leszczyńskiego dobra baranowskie, zgodnie z testamentem, przypadły jego synowi Andrzejowi – wojewodzie brzesko-kujawskiemu, człowiekowi statecznemu, lecz z wyobraźnią większą niż to, co pozostawił mu ojciec. Skalę dotychczasowego założenia uznał on najwyraźniej za zaledwie szkic – szkic wprawny, lecz niekompletny. Już w 1591 roku rozpoczął rozbudowę zamku, dodając nowe skrzydła, które przekształciły rezydencję w kształt zbliżony do tego, co dziś możemy podziwiać – rzecz jasna, o ile mamy oko do detalu i wyobraźnię do przeszłości.

Przez długi czas z dumą przypisywano autorstwo tej przebudowy Santiemu Gucciemu – słynnemu architektowi królewskich mauzoleów i ulubieńcowi polskiego renesansu. Niestety, badania ostatnich lat okazały się nieubłagane wobec tej wersji – nawisko Gucciego trzeba było z piedestału usunąć, choć nie całkiem z sali. Pozostaje bowiem prawdopodobnym, że projekt wyszedł spod ręki jednego z jego uczniów, lub przynajmniej z warsztatu inspirowanego jego stylem – a to, w tamtych czasach, była forma nobilitacji równie skuteczna, jak osobisty podpis mistrza.

U progu XVII wieku Baranów Sandomierski stał się główną siedzibą Andrzeja Leszczyńskiego i, co nie bez znaczenia, ważnym ośrodkiem reformacji – nie tyle prowincjonalną przystanią dla teologów, co miejscem, gdzie spór o duszę Rzeczypospolitej zyskiwał kamienne mury, krużganki i bibliotekę. O politycznym i towarzyskim znaczeniu tej rezydencji najlepiej świadczą wizyty króla Stefana Batorego, który gościł tu nie raz, nie dwa – co najmniej kilkukrotnie, a być może nawet z przyjemnością.

Gdy w 1606 roku Andrzej zakończył swój żywot, Baranów – w wyniku podziałów rodzinnych, jakże typowych dla sarmackiej genealogii – przeszedł w ręce Rafała VII, wojewody bełzkiego. Z jego inicjatywy najprawdopodobniej przeprowadzono kolejny etap rozbudowy – tym razem skupiony na wnętrzu: układ pomieszczeń uległ zmianie, fasady zyskały bardziej nowoczesne, choć wciąż dostojne oblicze, a całość otoczono nowym systemem obronnym w postaci kurtynowego muru ze strzelnicami. Była to już nie tylko rezydencja – to była deklaracja: oto zamek, który potrafi bronić zarówno ducha, jak i majątku.

Wiosną 1656 roku, gdy Rzeczpospolita pogrążona była w ogniu szwedzkiego potopu, Baranów na moment znalazł się w samym centrum wydarzeń. Król Szwecji, Karol X Gustaw, starł się tu z wojskami litewskimi Pawła Sapiehy – potyczka, choć zakończona sukcesem Szwedów, nie przyniosła zagłady zamku. Mimo że rezydencja Leszczyńskich mogła się wydawać łakomym kąskiem, król z północy – nękany nieustannie przez partyzanckie podjazdy Stefana Czarnieckiego – uznał, że lepiej będzie się wycofać w stronę Zawichostu, niż ryzykować oblężenie. Być może intuicja podpowiedziała mu, że Baranów nie lubi być zdobywany.

Przez ponad stulecie Baranowem władali Leszczyńscy, ród ambitny i z wizją, lecz jak to często bywa – wizja z czasem traci na ostrości. W roku 1677, tym samym, w którym na świat przyszedł Stanisław Leszczyński – późniejszy król Polski i książę Lotaryngii – ród zdecydował się sprzedać dobra wraz z zamkiem. Nabywcą został hetman wielki koronny, Dymitr Wiśniowiecki – postać tyleż wpływowa, co świadoma znaczenia reprezentacyjnego gestu.
Po śmierci Wiśniowieckiego schedę przejął nie tylko spadkobierca, lecz również książę Józef Karol Lubomirski, który pojął za żonę wdowę po Wiśniowieckim, a wraz z nią... rezydencję. To właśnie on, po 1695 roku, zainicjował kolejną przebudowę zamku, powierzając ją najwybitniejszemu architektowi działającemu wówczas na ziemiach polskich – Tylmanowi z Gameren, twórcy Pałacu Krasińskich w Warszawie i kościoła św. Anny w Krakowie. Baranów po raz kolejny znalazł się w rękach kogoś, kto nie tylko miał środki, ale też – co znacznie rzadsze – miał gust.

Na mocy jego projektu rozbudowano pierwsze piętro skrzydła zachodniego, dodając trakt przeznaczony na galerię obrazów – świadectwo nie tylko zamiłowania do sztuki, ale i ambicji muzealnych, zanim jeszcze modne stały się muzea. Wnętrza poddano gruntownej modernizacji, przekształcając je w wygodne i reprezentacyjne apartamenty – bardziej pałac niż twierdza.

W efekcie powstały pomieszczenia o wyrafinowanej barokowej dekoracji: stiuki i malowidła, ozdobne kominki, portalowe oprawy – wszystko to tworzyło atmosferę, w której magnat mógł nie tylko rządzić i reprezentować, ale i z przyjemnością mieszkać. Tak oto Baranów przestał być zamkiem w dawnym sensie słowa – stał się rezydencją godną epoki, w której nawet zbroja powoli ustępowała miejsca aksamitowi.

Rafał X Leszczyński, urodzony w 1650 roku, należał bez wątpienia do tej nielicznej grupy szlachty, która nie tylko dzierżyła tytuły, lecz także rzeczywiście uprawiała politykę – z rozmachem, przekonaniem i niemałą dozą osobistej ambicji. W ciągu życia zdążył pełnić funkcje, które w każdym innym ustroju wymagałyby kilku karier: był podskarbim wielkim koronnym, starostą, wojewodą, stolnikiem i krajczym koronnym. Długa lista urzędów nie przesłania jednak faktu najważniejszego – był ojcem przyszłego króla, Stanisława Leszczyńskiego, co w retrospektywie nobilituje go bardziej niż jakakolwiek funkcja publiczna.Rafał spędził wiele lat poza granicami Rzeczypospolitej, głównie we Francji, co – w ówczesnych realiach – nie tyle oddalało go od kraju, co zbliżało do wielkiej polityki. Tam ukształtował się jego światopogląd: raczej w duchu wersalskiego absolutyzmu niż wiedeńskiej ostrożności. Nic więc dziwnego, że znalazł się w gronie przeciwników proaustriackiej polityki Jana III Sobieskiego. W 1683 roku, mimo politycznych różnic, nie uchylił się jednak od obowiązku – uczestniczył w wyprawie wiedeńskiej, dowodząc chorągwią husarską i regimentem piechoty. Być może czynił to z patriotyzmu, być może z kalkulacji – a najpewniej z obu tych powodów, jak przystało na rasowego polityka.

Jedną z ostatnich ról, jakie odegrał na scenie politycznej, była misja dyplomatyczna podczas wybuchającej wojny północnej w roku 1700 – wówczas jako przedstawiciel strony polskiej negocjował z samym Karolem XII, królem Szwecji, którego ambicje militarne dorównywały jego teatralnemu temperamentowi. Spotkanie dwóch temperamentów – północnego i sarmackiego – musiało być warte więcej niż niejeden zapis w annałach.
Paradoksalnie, choć politycznie był aktywny niemal do ostatnich dni, to właśnie Rafał X Leszczyński był ostatnim z rodu, który posiadał zamek w Baranowie. Wraz z siostrą, Aleksandrą Grzymułtowską, sprzedał go jeszcze w roku 1677 – co dowodzi, że wizja polityczna nie zawsze idzie w parze z sentymentem do ojcowizny. Choć suma – 70 tysięcy kop złotych polskich – mogła wówczas wydać się godna rezydencji tej rangi, czas uczynił z niej jedynie przypis na marginesie dziejów.

W roku 1720 zamek przeszedł w kolejne ręce – Lubomirscy, zapewne kierując się rachunkiem bardziej majątkowym niż sentymentalnym, sprzedali go księciu Pawłowi Karolowi Sanguszce. Ten jednak nie zabawił tu długo. W krótkim czasie posiadłość przeszła w ręce Małachowskich, potem Potockich, by pod koniec XVIII wieku trafić do Jana Krasickiego. Ów częsty i, nie da się ukryć, nieco nerwowy obieg właścicieli – choć mógłby sugerować brak przywiązania – w gruncie rzeczy przysłużył się rezydencji: brak większych ingerencji pozwolił zachować jej oryginalny, renesansowo-barokowy charakter, ukształtowany jeszcze przez Leszczyńskich i Lubomirskich.

Krasiccy, zamiast przebudowywać, odnowili. W zamku gromadzono pamiątki po biskupie Ignacym Krasickim – książę poetów znalazł tu swoistą literacką nekropolię – a także dzieła sztuki, rzadkie meble, obrazy, cenną bibliotekę. Baranów stawał się nie tylko miejscem zamieszkania, ale i enklawą kultury, rezerwuarem pamięci, jakby chciał konkurować z pałacami europejskimi nie rozmachem, lecz duchem.

Niestety, duch nie okazał się odporny na ogień. Dnia 24 września 1849 roku, z przyczyn do dziś nieustalonych – być może iskra, być może los, być może ludzka nieuwaga – w zamku wybuchł pożar. Nie był to ogień symboliczny, lecz zupełnie dosłowny: strawił nie tylko pamiątki, obrazy i bibliotekę, ale również całą drewnianą konstrukcję, dach oraz stropy górnych kondygnacji. W ciągu jednej nocy przeszłość została zredukowana do popiołu.

Ówcześni właściciele – zapewne bardziej zrozpaczeni niż zamożni – nie zdołali podźwignąć posiadłości z ruin. Brak środków, brak planu, brak woli – wszystko to doprowadziło do postępującej dewastacji i najgłębszego w dziejach upadku zamku. Rezydencja, niegdyś pełna życia i blasku, teraz stała się bezpańską skorupą, wyzutą z sensu.
W 1867 roku zamek wystawiono na licytację – los godny raczej zbankrutowanej manufaktury niż siedziby magnackiej. Nabywcą został Feliks Dolański z Grabowa, bogaty obszarnik, który – jak można przypuszczać – kupił ruinę nie dla marzeń, lecz dla możliwości. Jego syn, Stanisław Dolański, z większym już pietyzmem podjął próbę przywrócenia rezydencji dawnego znaczenia. Nie było to dzieło spektakularne, ale przywrócono życie w murach, które zdążyły się już pogodzić z ciszą.


Ród Dolańskich dzierżył Baranów Sandomierski aż do wybuchu drugiej wojny światowej, a więc przez niespełna osiemdziesiąt lat – czas niepozbawiony wzlotów, ale i kolejnych dramatów. W roku 1898 w zamku ponownie rozszalał się pożar – żywioł, jakby mający szczególne upodobanie do tej rezydencji – który zniszczył część zabytkowych wnętrz, nie bacząc na ich wartość historyczną ani sentyment właścicieli.

Do odbudowy zatrudniono Tadeusza Stryjeńskiego – architekta światłego i wyczulonego na ducha miejsca. Stryjeński nie tylko odtworzył część dawnych dekoracji, ale też pozwolił sobie na pewne modernizacje. Jedną z narożnych baszt przekształcił w secesyjną kaplicę, zdobioną współczesnymi witrażami oraz ołtarzem, którego współtwórcą był nie kto inny jak Jacek Malczewski – malarz-symbolista, który mistycyzm potrafił połączyć z ironią, a sacrum z psychologiczną głębią. Baranów po raz kolejny wpisał się w historię sztuki, nie tylko jako świadek minionych epok, lecz jako przestrzeń nadal twórcza.

Ostatnim przedwojennym właścicielem rezydencji był Roman Dolański, który mieszkał tu do roku 1940, kiedy to cały majątek został bezceremonialnie przejęty przez Niemców. Tym samym zakończył się nie tylko rozdział rodzinny, lecz także epoka prywatnego mecenatu nad zamkiem – od tej chwili nad jego losami miały czuwać (a raczej nie czuwać) kolejne władze, dla których „dziedzictwo” brzmiało jak termin z obcej kultury.

Okres II wojny światowej i pierwsze lata powojenne odcisnęły na Baranowie piętno tragiczne. Niemcy, zajęci bardziej eksploatacją niż ochroną, nie wykazywali zainteresowania stanem technicznym rezydencji. Sowieci poszli dalej – w duchu swoistej ludowej równości podnieśli zamek do rangi... opału. Palono ogniska we wnętrzach, rozbierano podłogi na ogień, meble zamieniano w chrust. Zniszczenie to było nie tylko materialne – miało wymiar symboliczny: oto kultura spalona na własnym zapleczu, dosłownie i metaforycznie.

W roku 1945, na mocy tzw. reformy rolnej – czyli jednego z tych procesów, w których hasło "sprawiedliwość dziejowa" rzadko szło w parze z troską o dziedzictwo – zamek w Baranowie Sandomierskim przeszedł na własność Skarbu Państwa. Niestety, nowy właściciel, choć władny, nie wykazał się szczególnym zapałem. Przez ponad dekadę rezydencja tkwiła w stanie zawieszenia – formalnie państwowa, faktycznie porzucona.

Dopiero w 1958 roku, całkiem niespodziewanie, los zamku odmieniła... siarka. Odkrycie bogatych złóż tego surowca w okolicach Baranowa sprawiło, że Ministerstwo Przemysłu Chemicznego – instytucja z natury rzeczy mało romantyczna – zwróciło uwagę na zrujnowaną siedzibę magnacką. W ramach powstającego Zagłębia Siarkowego zapadła decyzja: zamek zostanie odrestaurowany i przeznaczony na cele administracyjne i kulturalne. Tak oto historia i przemysł uścisnęły się w nieoczekiwanym sojuszu.

Prace konserwatorskie trwały siedem lat i zakończyły się w 1965 roku. W tym samym roku otwarto w zamku muzeum wnętrz i historii rezydencji – wyposażone w zbiory użyczone przez Muzeum Narodowe oraz Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Wnętrza, choć częściowo rekonstruowane, odzyskały dawny blask – nieco wystudiowany, nieco muzealny, ale z pewnością daleki od powojennej ruiny.

W 1968 roku zamek oficjalnie przekazano do użytku Kombinatowi Siarkopol z siedzibą w Tarnobrzegu – co można odczytać jako ciekawą formę magnackiego dziedziczenia przez przemysł ciężki. Choć nie był to już dwór możnowładcy, a raczej instytucjonalna siedziba na miarę PRL-u, Baranów ocalał – i to nie tylko jako zabytek, lecz jako przestrzeń żywa.
Od 1997 roku właścicielem zespołu zamkowego w Baranowie Sandomierskim jest Agencja Rozwoju Przemysłu S.A. – instytucja znów pragmatyczna, lecz w tym przypadku zaskakująco lojalna wobec historii. Bo choć wiele można powiedzieć o losach tej rezydencji, jedno pozostaje pewne: Baranów nie przestał istnieć, nie rozpadł się w pył, nie został zapomniany. A to, w przypadku polskich zamków, jest już osiągnięciem godnym króla.

OPIS ZAMKU
Dwór wzniesiony z inicjatywy Rafała Leszczyńskiego był pierwotnym sercem dzisiejszego założenia – zajmował zachodnią część obecnego zamku, będąc zalążkiem rezydencji, która z czasem wyrosła na magnacką siedzibę z prawdziwego zdarzenia. Miał plan zapewne skromniejszy niż ambicje rodu, ale był przemyślany i wystarczająco reprezentacyjny, by nie urazić pozycji właściciela. Układ jedno- lub dwutraktowy z centralną sienią zdradzał zamiłowanie do funkcjonalności, choć równie dobrze do symetrii – wartości szczególnie cenionej przez szlachtę, która lubiła widzieć porządek świata nie tylko w heraldyce, ale i w rzutach poziomych.
Na narożach wznosiły się alkierzowe baszty – dwie, a może nawet cztery – nie tyle dla celów militarnych, co dla zasady. W XVII wieku rzadko pełniły funkcje obronne, za to doskonale podkreślały prestiż. Były raczej deklaracją zamożności niż wyrazem realnego zagrożenia.

Przyziemie, sklepione i masywne, służyło celom gospodarczym i administracyjnym – tu liczono, ważono, rozliczano, a czasem i ukrywano trunki równie delikatne jak interesy polityczne. Nietypowo wysoki poziom parteru był decyzją tyleż praktyczną, co symboliczną: Wisła potrafiła zalać niejeden plan, więc rezydencja z godnym dystansem wyniosła się ponad kaprysy rzeki i świata. Piętro, już lżejsze w formie, mieściło komnaty mieszkalne i reprezentacyjne – tam podejmowano gości, prowadzono rozmowy i opinie wygłaszano z powagą lub przesadą, zależnie od tematu i poziomu trunku.

Na przełomie XVI i XVII wieku Baranów doświadczył swojej złotej godziny – nie za sprawą wojny ani polityki, lecz architektury. Do istniejącego dworu dobudowano skrzydła północne i wschodnie, a od południa domknięto całość ścianą parawanową z trapezowym ryzalitem bramnym. W efekcie powstał elegancki, prostokątny dziedziniec otoczony renesansowymi krużgankami, uniesiony do poziomu pierwszego piętra – dzięki czemu, kiedy w okolicy brodzono w błocie po kostki, magnat wciąż mógł z godnością przemierzać loggię. Na to piętro prowadziły zewnętrzne, paradne schody – zaprojektowane z myślą o tym, by splendor poprzedzał słowa.

Fasady ozdobiono manierystyczną kamieniarką – attyki, rozety, maszkarony i portale miały jedno zadanie: wykrzyczeć, że właściciel zna się na sztuce, a przynajmniej zna kogoś, kto zna się na sztuce. Do dziś przetrwały te ozdobne detale, jak również wczesnobarokowe sztukaterie w sali północno-wschodniej baszty – zbudowanej, warto dodać, jedynie po to, by zamek zachował symetrię.
Całość, z flankującymi naroża wieżami i osią wschód–zachód podkreśloną murami, zyskała pozory obronności. Pozory, dodajmy, całkiem modne w epoce palazzo in fortezza – rezydencji, która chce wyglądać jak twierdza, ale absolutnie nie zamierza się bronić.
W trakcie XVII-wiecznych prac budowlanych i adaptacyjnych południowa strona pałacu doczekała się nowego obwodu fortyfikacyjnego – wyposażonego w dwa rzędy strzelnic, zwieńczonych dekoracyjną attyką. Forteczny sznyt nie był już wymogiem militarnym, lecz dobrym tonem – zamek, który nie udawał, że potrafi się bronić, narażał się na architektoniczny ostracyzm.
Nowy obwód otoczył obszerny dziedziniec. We wschodniej części pojawiły się brama wjazdowa z przedbramiem, zbrojownia oraz most przerzucony nad rzeką Krzemienicą, która – zapewne bez większego entuzjazmu – została awansowana do roli fosy. Druga brama, od strony południowej, prowadziła już nie do reprezentacji, lecz do życia codziennego: kuchni, spiżarni, stajni, gorzelni i niewielkiego więzienia – zestawu idealnego na potrzeby szlachty: do karmienia, upijania, ujeżdżania i okazjonalnego przetrzymywania tych, co nie zrozumieli aluzji.

Elewację zachodnią zamku przekształcono w otwartą barokową galerię – ozdobną i efektowną, w sam raz do spacerów, pozowania lub podziwiania siebie nawzajem. Zmieniono również zwieńczenia baszt, by dostosować całość do obowiązujących pod koniec XVII wieku kanonów, które – jak wszystkie kanony – zmieniały się wystarczająco często, by dawać architektom zajęcie.
Wraz z nowym wystrojem zewnętrznym i przebudową wnętrz raz jeszcze zmodernizowano system umocnień. W połowie XVIII wieku składał się on już z łamanej linii wałów, redanów i narożnych bastionów o łącznej długości ponad kilometra. Dawało to imponujące wrażenie, że oto mamy do czynienia nie z rezydencją, lecz z twierdzą – może nie gotową na oblężenie, ale na pewno gotową, by olśnić.
ZWIEDZANIE
Nazywany niekiedy Małym Wawelem, zamek w Baranowie Sandomierskim należy do grona najbardziej rozpoznawalnych i najchętniej odwiedzanych rezydencji tego typu w Polsce. Położony w zacisznej okolicy, otoczony malowniczym parkiem, w którym – co nieczęste w tej szerokości geograficznej – rosną majestatyczne tulipanowce, zyskał status miejsca niemal magicznego. Ma swój klimat. I to nie tylko w przenośni.

Baranowski zamek potrafi zauroczyć – zwłaszcza wtedy, gdy wokół panuje spokój, a krużganki odbijają tylko echo kroków. Niestety, nie zawsze jest to klimat sprzyjający kontemplacji. W weekendy, a zwłaszcza w soboty, miejsce to przybiera bardziej użytkowy charakter. Zamek zamienia się w kulisy dla ślubnych ceremonii, a turysta – choć technicznie obecny – bywa traktowany niczym nieproszony gość na rodzinnej uroczystości. Warto więc zaplanować wizytę z wyczuciem: najlepiej w środku tygodnia, kiedy park oddycha spokojem, krużganki szeleszczą historią, a Mały Wawel pokazuje swoją prawdziwą, nieco melancholijną duszę – z dala od ślubnych serpentyn i radosnych oczepin.

Muzeum zamkowe nie należy do szczególnie rozbudowanych – część pomieszczeń oddano bowiem na cele komercyjne, co sprawia, że historia musi tu dzielić przestrzeń z bankietami, konferencjami i okolicznościowymi tortami. Zwiedzanie odbywa się wyłącznie z przewodnikiem – w naszym przypadku była to osoba o imponującej wiedzy i kulturze osobistej, co już samo w sobie uczyniło wizytę przyjemnością.
Na początek trafiamy do kaplicy na parterze – niewielkiej, ale urokliwej, urządzonej w stylu XX-wiecznej secesji. Witraże i detale ołtarzowe przywodzą na myśl raczej Kraków fin de siècle’u niż sarmacką pobożność, ale całość ma swój wdzięk i wyraźnie zamierzony efekt estetyczny.

Właściwe ekspozycje mieszczą się na pierwszej kondygnacji, na którą prowadzą wachlarzowe schody zdobione herbami szlacheckimi – nieco teatralne, ale przecież o to chodziło. Tam znajduje się kilka komnat, z których najbardziej zapadają w pamięć: Sala Portretowa, z galerią królów polskich (choć trudno oprzeć się wrażeniu, że niektórym dobierano twarze na zasadzie „mniej więcej”), oraz rozświetlona rzędem okien Galeria Tylmanowska – z bogatą sztukaterią i obrazami w stiukowych ramach, przedstawiającymi włoskie panoramy. Śródziemnomorski duch ma się tu zaskakująco dobrze, nawet jeśli zza okien widać wyłącznie Podkarpacie.

Na trasie zwiedzania znalazła się również baszta Falconiego oraz tzw. Salony – choć te ostatnie, poza nazwą, nie oferują zbyt wiele. Lepsze wrażenie robi „zbrojownia rycerska” z ekspozycją stylizowaną na scenki historyczne – można tam zobaczyć m.in. elementy uzbrojenia i mundurów. Więcej tu wprawdzie dekoracyjnego zapału niż naukowej dokładności, ale dla młodszych gości to niewątpliwa atrakcja, a dla starszych – przypomnienie, że rycerstwo miało kiedyś coś wspólnego z rzeczywistością.

Za wstęp trzeba zapłacić – zarówno do zamku, jak i do parku. Dla bardziej kontemplacyjnych gości przewidziano opcję spacerową: bilet na park i dziedziniec, bez wchodzenia w historię zbyt głęboko.
Zamek zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem – przez 45 minut snuje on opowieści, które lepiej brzmią wśród stiuków, niż w podręcznikach.
Fotografowanie wnętrz dozwolone i bezpłatne – jak przystało na czasy, w których nie robisz zdjęcia tylko wtedy, gdy coś naprawdę cię poruszy.
Czworonogi mile widziane – ale tylko w parku. Na krużgankach historia nie akceptuje łapek ani ogonów.
Najbardziej pamiętna pozostaje oczywiście rola zamku w serialu Czarne Chmury, gdzie Baranów zagrał siedzibę hetmana Sobieskiego. To właśnie tu piękna Anna Ostrowska – z gracją i uczuciem – zbiegała wachlarzowymi schodami, by paść w silne, zdecydowanie filmowe ramiona pułkownika Dowgirda.
Zamek wystąpił też w Barbarze Radziwiłłównie oraz w Klejnotach wolnego sumienia – nie zawsze w roli głównej, ale zawsze na tyle malowniczo, że nikt nie miał wątpliwości: Baranów ma talent do epizodów z klasą.
DOJAZD
Baranów Sandomierski położony jest kilkanaście kilometrów na południe od Tarnobrzegu, przy drodze krajowej nr 985 w kierunku Mielca. Choć zespół zamkowo-parkowy znajduje się na obrzeżach miasteczka, dotarcie na miejsce nie nastręcza trudności – drogowskazy rozmieszczono z taką uprzejmością i skutecznością, że nawet najbardziej roztargniony podróżny nie powinien się zgubić. A jeśli już się zgubi – to przynajmniej w ładnej okolicy.
Samochód zostawiamy na niewielkim, płatnym parkingu vis-à-vis bramy wejściowej do parku – blisko, wygodnie i bez zbędnego krążenia.
ZAMKI W POBLIŻU
- Tarnobrzeg-Dzików - fortalicjum rycerskie z XV w., ob. pałac, 17 km
- Sandomierz – zamek królewski z XIV w., 32 km
- Rzemień - wieża mieszkalno-obronna z XV w., 37 km
- Przecław - fortalicjum rycerskie z XVI w., ob. pałac, 42 km
LITERATURA
- B. Guerquin: Zamki w Polsce, Arkady 1984
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Arkady 2001
- K. Stępińska: Pałace i zamki w Polsce dawniej i dziś, KAW 1977
- A. R. Sypek: Zamki i warownie ziemi sandomierskiej, Trio 2003
- B. Wernichowska, M. Kozłowski: Duchy polskie, PTTK Kraj 1978