CHĘCINY

ruina zamku królewskiego

ZAMEK W CHĘCINACH WYGLĄDA NA OBOJĘTNEGO — ZNA HISTORIE O KORONACH I SZABLACH, WIĘC NIE ROBI NA NIM WRAŻENIA WASZ INSTAGRAM

DZIEJE ZAMKU


Najstarszy znany do­ku­ment, w któ­rym Chę­ci­ny mi­gnę­ły świa­tu choć­by ką­tem per­ga­mi­nu, to przy­wi­lej Bo­le­sła­wa V Wsty­dli­we­go (zm. 1279) z ro­ku 1275. Spo­rzą­dzo­no go na pro­śbę san­do­mier­skie­go pod­ko­mo­rze­go Podkomorzy – urząd w przedrozbiorowej Polsce. Jego zachodnimi odpowiednikami są: szambelan, kamerling itp. Komorą nazywano w dawnej polszczyźnie dwór książęcy, mieszkanie panującego z jego skarbcem, wreszcie komnatę sypialną. Komorzym zwano zarządzającego tą komorą urzędnika dworskiego. Zastępca i pomocnik komorzego zwał się podkomorzym – subcamerarius. Mi­ku­ły, a do­ty­czył wio­ski Ła­gie­wni­ki – osa­dy zruj­no­wa­nej i wy­lu­dnio­nej po ta­tar­skim na­je­ździe, któ­ry zo­sta­wiał po so­bie ci­szę bar­dziej wy­mo­wną niż nie­jed­na kro­ni­ka. O zam­ku nie wspo­mnia­no tam ani zda­niem, co su­ge­ru­je, że wów­czas jesz­cze nie ist­niał. Gdy­by stał, na pew­no uchy­lił­by w do­ku­men­cie swo­je ma­je­sta­ty­czne „je­stem”, bo zam­ki śre­dnio­wie­czne ra­czej nie na­le­ża­ły do rze­czy, któ­re ła­two prze­oczyć.

NA SZCZYCIE CISZA HISTORII A NA DOLE HAŁAS POTRZEB — TE DWA ŚWIATY WIDZĄ SIĘ CODZIENNIE I TYLKO JEDEN PAMIĘTA, KTO KIEDYŚ TU DYKTOWAŁ WARUNKI

Pierwsza pewna wzmianka, w któ­rej za­mek po­ja­wia się już wy­ra­źnie z na­zwy, wi­dnie­je w wiel­kim przy­wi­le­ju wy­sta­wio­nym w 1306 ro­ku przez księ­cia ma­ło­pol­skie­go Wła­dy­sła­wa Ło­kie­tka (zm. 1333). W do­ku­men­cie tym wład­ca obie­cu­je ka­pi­tu­le kra­kow­skiej prze­ka­za­nie ca­strum Chan­cin wraz z oko­li­czny­mi wsia­mi. By­ła to de­kla­ra­cja zna­czą­ca , choć – jak po­ka­za­ły naj­bliż­sze mie­sią­ce – na­le­ża­ła ona do tych, któ­re po­tra­fią szyb­ko zmie­nić kie­ru­nek ni­czym cho­rą­giew na zam­ko­wej wie­ży.

NA FOTOGRAFII Z LAT 60. XX WIEKU RUINY WCIĄŻ STOJĄ, CHOĆ STAWY JUŻ SKRZYPIĄ

Sama budowa zamku naj­pew­niej ru­szy­ła na prze­ło­mie XIII i XIV wie­ku, w okre­sie tzw. epi­zo­du cze­skie­go. Wśród po­ten­cjal­nych je­go fun­da­to­rów po­ja­wia­ją się dwa na­zwi­ska: król Czech i Pol­ski Wa­cław II (zm. 1305), zna­ny z am­bi­cji i za­mi­ło­wa­nia do twar­dej wła­dzy, oraz kra­ko­wski bi­skup Jan Mu­ska­ta (zm. 1320), któ­re­go re­pu­ta­cja po­zo­sta­wa­ła rów­nie bu­rzli­wa, co ów­cze­sne cza­sy. Czy Mu­ska­ta jed­nak kie­dy­kol­wiek urzę­do­wał na chę­ciń­skim zam­ku? Hi­sto­ry­cy dzie­lą się na obo­zy, któ­re zgod­nie nie zga­dza­ją się ze so­bą w żad­nym pun­kcie – co też jest pew­ną for­mą tra­dy­cji.

MURY MÓWIĄ „WEJDŹ”, ARMATA MÓWI „SPRÓBUJ”, TURYSTA MÓWI „SELFIE”

Jedno natomiast wie­my na pew­no: 22 wrze­śnia 1307 ro­ku Ło­kie­tek wy­sta­wił akt in ca­stris an­te ca­strum Chan­cin, co­fa­jąc wcze­śniej­szą obie­tni­cę prze­ka­za­nia zam­ku ka­pi­tu­le. Od te­go mo­men­tu Chę­ci­ny zna­la­zły się już trwa­le w rę­kach ksią­żę­cych, a póź­niej kró­lew­skich. Pier­wszym zna­nym z imie­nia za­rząd­cą wa­ro­wni zo­stał nie­ja­ki Wro­cław, bur­gra­bius de Than­czin, wzmian­ko­wa­ny w 1308 ro­ku – urzęd­nik, któ­ry za­pew­ne miał za za­da­nie do­pil­no­wać, by od­tąd za­mek zmie­niał wła­ści­cie­li już tyl­ko wte­dy, gdy de­cy­do­wa­ła o tym ko­ro­na, a nie cze­skie am­bi­cje czy ko­ściel­ne in­try­gi.

A TUTAJ WIDZIMY ZAMEK OD POŁUDNIA, PŁYNĄCY NICZYM OKRĘT NAD DRZEWAMI, KTÓRE UDAJĄ OCEAN

Choć właśnie w tym cza­sie wa­ro­wnia umac­nia­ła swo­ją po­zy­cję w pań­stwie Ło­kie­tka, jej zna­cze­nie go­spo­dar­cze i stra­te­gi­czne za­czę­ło kształ­to­wać się nie­co wcze­śniej. To jesz­cze na prze­ło­mie XIII i XIV wie­ku — z in­spi­ra­cji kró­la Wa­cła­wa II oraz je­go bli­skie­go współ­pra­co­wni­ka, bi­sku­pa Ja­na Mu­ska­ty — w oko­li­cy za­czę­to eks­plo­ato­wać bo­ga­te zło­ża rud oło­wiu, a wo­kół nich wy­rósł pręż­ny okręg gór­ni­czy. W ta­kiej sy­tu­acji so­li­dny za­mek był nie ty­le ozdo­bą kraj­obra­zu, ile na­rzę­dziem kon­tro­li — chro­nił ko­pal­nie, wspie­rał ad­mi­ni­stra­cję i ja­sno ko­mu­ni­ko­wał, że nad tą czę­ścią Ma­ło­pol­ski uno­si się czuj­ne oko, któ­re mru­ga wy­łącz­nie z uprzej­mo­ści.

POCZĄTEK XIV WIEKU POKAZUJE POLSKĘ W ODCINKACH, KTÓRE ŁOKIETEK SKŁADA W CAŁOŚĆ I W MAŁOPOLSKICH CHĘCINACH TEN RUCH NABIERA PIERWSZEJ STABILNEJ FORMUŁY

Po przejęciu Ma­ło­pol­ski przez Wła­dy­sła­wa Ło­kie­tka za­mek zy­skał rów­nież zna­cze­nie po­li­ty­czne. O je­go atrak­cyj­no­ści de­cy­do­wa­ło nie tyl­ko są­sie­dztwo do­cho­do­wych ko­palń i po­tęż­ne umoc­nie­nia, ale tak­że do­go­dne po­ło­że­nie oraz upa­dek po­bli­skie­go Ma­ło­go­szcza, któ­re­go urzę­dy prze­nie­sio­no wła­śnie do Chę­cin. To tu­taj, przy oso­bi­stym udzia­le wład­cy, od­by­wa­ły się w la­tach 1310, 1318, 1331 i 1333 zja­zdy ry­cer­stwa ma­ło­pol­skie­go i wiel­ko­pol­skie­go — wy­da­rze­nia, któ­re hi­sto­ry­cy z pew­ną ostro­żno­ścią uzna­ją za po­cząt­ki pol­skie­go par­la­men­ta­ry­zmu, za­nim jesz­cze kto­kol­wiek wpadł na po­mysł, by dać te­mu zja­wi­sku na­zwę.

W XIV WIEKU PRZYJEŻDŻALI TU PANOWIE OD HONORU, A W XIX WIEKU JUŻ JEDYNIE PANOWIE OD ŁOPAT I POGAWĘDEK PRZY ZACHODZIE SŁOŃCA

Szczególne znaczenie miał zjazd z la­ta 1331 ro­ku, okre­śla­ny przez Ja­na Dłu­go­sza mia­nem ge­ne­ra­lis om­nium ter­ra­rum con­ven­tus. Pod­czas tych obrad Ło­kie­tek po­wie­rzył ad­mi­ni­stra­cję Wiel­ko­pol­ski swo­je­mu sy­no­wi Ka­zi­mie­rzo­wi (zm. 1370), czy­niąc ja­snym, że Ka­zi­mierz ma już nie tyl­ko słu­chać, ale i mó­wić — naj­le­piej z sen­sem i w imie­niu kró­le­stwa. Nie­dłu­go po za­koń­cze­niu zja­zdu część wojsk pol­skich ru­szy­ła na Ku­ja­wy, by 27 wrze­śnia sta­nąć na­prze­ciw ar­mii krzy­ża­ckiej pod Płow­ca­mi. Choć star­cie po­zo­sta­ło nie­roz­strzy­gnię­te, je­go prze­bieg do­wiódł jed­no­zna­cznie, że w Pol­sce nikt nie drży już na wi­dok krzy­ża­ckie­go pła­szcza.

POD PŁOWCAMI ZWYCIĘSTWO BYŁO WĄTPLIWE, ZA TO PEWNE BYŁO JEDNO: CZARNY KRZYŻ NA BIAŁYM TLE PRZESTAŁ MÓWIĆ TONEM, KTÓRY NAKAZYWAŁ MILCZEĆ

Już za panowania Wła­dy­sła­wa Ło­kie­tka chę­ciń­ska wa­ro­wnia ucho­dzi­ła za jed­ną z naj­le­piej ufor­ty­fi­ko­wa­nych w ca­łym kró­le­stwie, a jej po­ło­że­nie, si­ła mu­rów i na­tu­ral­na nie­do­stęp­ność bu­dzi­ły za­ufa­nie więk­sze niż nie­je­den po­li­ty­czny układ. Nic więc dziw­ne­go, że skar­biec ko­ron­ny ulo­ko­wa­no wła­śnie tu­taj, w cza­sach, gdy krzy­ża­ckie po­ja­wie­nie się mo­gło ozna­czać dla wła­ści­cie­la nie­mi­łą i ko­sztow­ną nie­spo­dzian­kę. Z po­do­bną ostroż­no­ścią po­stą­pił bi­skup Ja­ni­sław , któ­ry w 1318 ro­ku umie­ścił w Chę­ci­nach skar­by ka­te­dry gnie­źnień­skiej, prze­ko­na­ny za­pew­ne, że ma­syw­ne mu­ry za­dba­ją o nie le­piej niż naj­sta­ran­niej­sza mo­dli­twa do świę­te­go Ju­dy, pa­tro­na trud­no­ści o za­dzi­wia­ją­cej wy­trwa­ło­ści.

SKARBY CHRONIŁY MURY, LECZ PIERWSZĄ LINIĘ STRAŻY STANOWIŁA SKAŁA, NIEZDOLNA DO USTĘPSTW

Po śmierci Łokietka twier­dzą za­jął się Ka­zi­mierz Wiel­ki, roz­bu­do­wu­jąc ją z ty­po­wą dla sie­bie ener­gią. Wzmoc­nie­nia przy­nio­sły sku­tek: przez na­stęp­ne dwa i pół wie­ku żad­na ar­mia nie zdo­ła­ła zdo­być wzgó­rza ani si­łą, ani pod­stę­pem. Chę­ci­ny sta­ły nie­wzru­szo­ne, jak­by nie za­mie­rza­ły uła­twiać ży­cia ni­ko­mu, kto pró­bo­wał wejść tu nie­pro­szo­ny.

HIPOTETYCZNA REKONSTRUKCJA ZAMKU Z CZASÓW KAZIMIERZA WIELKIEGO, DELIKATNIE PODSZYTA WYOBRAŹNIĄ, KTÓREJ NIE PRZESZKADZAJĄ FAKTY

Sam król nie darzył jed­nak Chę­cin szcze­gól­ną sym­pa­tią, sko­ro wła­śnie tu­taj ulo­ko­wał swo­ją żo­nę, Ade­laj­dę He­ską (zm. 1371), od­su­nię­tą na mar­gi­nes ży­cia pu­bli­czne­go z po­wo­du rze­ko­mej bez­pło­dno­ści. Kró­lo­wa spę­dzi­ła na zam­ku dwa la­ta, po czym prze­nie­sio­no ją do Żar­no­wca, po­nie­waż — jak za­no­to­wał Dłu­gosz — na­przy­krza­ła mu się gorz­ki­mi wy­rzu­ta­mi. W Żar­no­wcu trak­to­wa­no ją god­nie i hoj­nie, lecz ona sa­ma mia­ła już ser­de­cznie dość swo­je­go po­ło­że­nia. Od pięt­na­stu lat zno­si­ła upo­ko­rze­nie, wi­dząc, że jej ucz­ci­we ło­że ustę­pu­je w hie­ra­rchii wzglę­dem tych mniej ofi­cjal­nych, i zro­zpa­czo­ne pro­śby kie­ro­wa­ła do oj­ca, land­gra­fa Hen­ry­ka, by za­brał ją z kra­ju, w któ­rym mu­sia­ła pa­trzeć na prze­pych, ja­kim ota­cza­no jej mło­dsze ry­wal­ki.

WIDOK Z WIEŻY WIĘZIENNEJ NA ZAMEK DOLNY PRZED…

...I PO REWITALIZACJI. BYĆ MOŻE TO Z TEJ PERSPEKTYWY ADELJADA HESKA MIERZYŁA SWOJĄ RZECZYWISTOŚĆ LICZBĄ NIEWYPOWIEDZIANYCH WYRZUTÓW.

Po śmierci ostatniego Pia­sta w Chę­ci­nach prze­by­wa­ła El­żbie­ta Ło­kiet­ków­na (zm. 1380), sio­stra zmar­łe­go kró­la i ma­tka Lud­wi­ka Wę­gier­skie­go (zm. 1382). To wła­śnie ona, dzia­ła­jąc w imie­niu sy­na, spra­wo­wa­ła przez pe­wien czas re­al­ną wła­dzę w pań­stwie, a chę­ciń­ska wa­ro­wnia sta­ła się miej­scem, z któ­re­go mo­gła kie­ro­wać kró­le­stwem bez ko­nie­czno­ści oglą­da­nia się na dwor­skie na­stro­je.

ELŻBIETA ŁOKIETKÓWNA Z DZIEĆMI NA MINIATURZE WYGLĄDA JAK OPIEKUŃCZA MATKA, CHOĆ W CHĘCINACH TO ONA WYZNACZAŁA GRANICE DWORU I LOSU KRÓLESTWA

Za rządów Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­ły (zm. 1434) w zam­ku zna­la­zła schro­nie­nie je­go czwar­ta żo­na, Son­ka Hol­szań­ska (zm. 1461), któ­ra wraz z sy­nem Wła­dy­sła­wem, przy­szłym War­neń­czy­kiem, chro­ni­ła się tu przed za­ra­zą roz­prze­strze­nia­ją­cą się po kra­ju. Naj­pew­niej wła­śnie od jej cza­sów chę­ciń­skie sta­ro­stwo za­czę­to trak­to­wać ja­ko tra­dy­cyj­ne upo­sa­że­nie kró­lew­skich mał­żo­nek i wdów — miej­sce bez­piecz­ne, re­pre­zen­ta­cyj­ne i wy­star­cza­ją­co od­oso­bnio­ne, by za­pew­nić spo­kój tym, któ­rym dwor­skie spra­wy po­tra­fi­ły dać się we zna­ki.

W TYM KRAJOBRAZIE, GDZIE WIATR MA WIĘCEJ SĄSIADÓW NIŻ LUDZIE, SONKA HOLSZAŃSKA SCHRONIŁA SIĘ Z WARNEŃCZYKIEM PRZED ZARAZĄ I DWOREM

Kolejny roz­dział dzie­jów Chę­cin to okres, gdy tu­tej­sza wa­ro­wnia peł­ni­ła funk­cję cięż­kie­go wię­zie­nia dla szlach­ty, naj­pew­niej zor­ga­ni­zo­wa­ne­go z ini­cja­ty­wy Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­ły. Nie by­ła to by­naj­mniej pla­ców­ka dla drob­nych wi­no­waj­ców, lecz miej­sce, gdzie tra­fia­li ci, któ­rych po­li­ty­czne po­mył­ki mia­ły roz­mia­ry god­ne śre­dnio­wie­czne­go epo­su.

NA WZGÓRZU, GDZIE DROGA DO GÓRY MĘCZY SAMA W SOBIE, ZAMYKANO NIE TYCH, CO ZGRZESZYLI, LECZ TYCH, KTÓRZY BŁĄDZILI Z ROZMACHEM

Pierwszym zna­nym „pen­sjo­na­riu­szem” zo­stał An­drzej Ol­gier­do­wicz zwa­ny Gar­ba­tym (zm. 1399), ksią­żę po­ło­cki i pskow­ski, a za­ra­zem przy­ro­dni brat Ja­gieł­ły. Oka­zał się on jed­nak bra­tem tyl­ko w sen­sie ge­ne­alo­gi­cznym, po­nie­waż udzie­lił wspar­cia woj­skom mo­skiew­skim, co szyb­ko spro­wa­dzi­ło go do Chę­cin, gdzie prze­my­śle­nia nad war­to­ścią wła­snych so­ju­szy na­rzu­ca­ły się sa­me, a wnio­ski by­wa­ły ra­czej przy­gnę­bia­ją­ce.

CHĘCINY NA XIX-WIECZNEJ RYCINIE A. PLATERA STOJĄ CICHO W DOLINIE, PODCZAS GDY TWIERDZA W WYŻSZYCH PARTIACH TERENU WYGLĄDA NA ZNUŻONĄ WSZYSTKIM, CO NAZYWA SIĘ POSTĘPEM

Sporo do my­śle­nia miał rów­nież nie­speł­na dwu­dzie­sto­le­tni Jan Hiń­cza z Ro­go­wa (zm. 1473), oskar­żo­ny o ro­mans z Son­ką Hol­szań­ską, mło­dą i wpły­wo­wą mał­żon­ką kró­lew­ską. Osa­dzo­no go w naj­ciem­niej­szym lo­chu, gdzie szyb­ko po­jął, że wkła­dać swój in­te­res w te­ry­to­rium obję­te pra­wem wła­sno­ści mo­nar­chy to de­cy­zja, któ­ra z al­ko­wy pro­wa­dzi pro­sto do miej­sca, gdzie je­dy­ną pa­sją jest li­cze­nie kro­pel spa­da­ją­cych z su­fi­tu, a wszech­obec­ny smród sku­tecz­nie tłu­mi wszel­kie wspom­nie­nia o na­mię­tno­ści.

JAN HIŃCZA SIEDZI W CIENIU LOCHU I WYGLĄDA, JAKBY ODKRYŁ FILOZOFIĘ ŻYCIA, CHOĆ WŁAŚNIE POZNAŁ NACZELNĄ ZASADĘ DWORU — NIE DOTYKAJ TEGO, CO JEST KRÓLEWSKIE — A SAM PORTRET JEST JEDNYM Z TYCH, KTÓRE HISTORIA MUSIAŁA MI PODPOWIEDZIEĆ, BO NIE ZACHOWAŁA ŻADNEGO WŁASNEGO

W zamku prze­trzy­my­wa­no tak­że jeń­ców poj­ma­nych pod Ko­ro­no­wem, w tym Mi­cha­ela Küch­mei­ste­ra von Stern­berg (zm. 1423), przy­szłe­go wiel­kie­go mi­strza za­ko­nu krzy­ża­ckie­go. Iro­nia lo­su chcia­ła, że za­nim sta­nął on na cze­le po­tę­gi mi­li­tar­nej, po­znał re­alia pol­skiej go­ści­ny w wy­da­niu mo­cno ogra­ni­czo­nym prze­strzen­nie. Do gro­na tych, któ­rym Chę­ci­ny da­wały czas na dłuż­szą re­fle­ksję, na­le­żał tak­że kniaź mści­sław­ski Ge­org Lan­gwi­no­wicz (zm. 1456), poj­ma­ny po klę­sce Świ­dry­gieł­ły pod Oszmia­ną, oraz — jak się przyj­mu­je — Kon­rad VII ole­śni­cki (zm. 1452) i Ka­zi­mierz V szcze­ciń­ski (zm. 1435), uję­ci przez woj­ska pol­skie po bi­twie pod Grun­wal­dem.

NA POLACH GRUNWALDU HISTORIA PAMIĘTA, ŻE NIEKTÓRZY PRZYBYWALI TU W BLASKU CHWAŁY, A ODJEŻDŻALI W KIERUNKU CHĘCIŃSKICH MURÓW Z GŁOWĄ PEŁNĄ REFLEKSJI ZUPEŁNIE INNEGO RODZAJU

Jednym z więź­niów chę­ciń­skiej wa­ro­wni był rów­nież War­ci­sław z Go­tar­to­wic, ry­cerz, któ­ry w 1409 ro­ku do­wo­dził nie­wiel­ką za­ło­gą zam­ku w Bo­bro­wni­kach na zie­mi do­brzyń­skiej. Kie­dy na po­czą­tku wiel­kiej woj­ny Krzy­ża­cy ru­szy­li na za­mek, obroń­cy sta­wi­li im opór bar­dziej z de­ter­mi­na­cji niż z re­al­nych mo­żli­wo­ści, bo bra­ko­wa­ło im i żyw­no­ści, i bro­ni, a naj­bar­dziej — na­dziei. Do­pie­ro gdy bom­bar­dy wyr­wa­ły w mu­rze so­lid­ną dziu­rę, War­ci­sław zdo­łał wy­ne­go­cjo­wać krót­ki ro­zejm przez ar­cy­bi­sku­pa Mi­ko­ła­ja Ku­row­skie­go, ma­jąc na­dzie­ję, że po­moc zja­wi się w po­rę. Na­dzie­ja ta oka­za­ła się jed­nak płon­na, więc do­wód­ca pod­dał za­mek po­dej­mu­jąc de­cy­zję lo­gi­czną, choć w oczach Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­ły zu­peł­nie nie do przy­ję­cia. Tak po­ję­ta od­po­wie­dzial­ność do­pro­wa­dzi­ła War­ci­sła­wa i Bar­to­sza z Pło­my­ko­wa-Płon­ko­wa do chę­ciń­skiej wie­ży, gdzie obaj mo­gli prze­my­śleć, że de­cy­zje wo­jen­ne by­wa­ją pro­ste, do­pó­ki oce­nia się je z tro­nu, a nie z mu­rów bom­bar­do­wa­ne­go zam­ku. Wkrót­ce jed­nak obaj wy­szli na wol­ność, a hań­bę zmy­li na po­lach Grun­wal­du, gdzie miecz by­wał naj­le­pszym ad­wo­ka­tem.

NAD ZMĘCZONYMI RUINAMI ZAMKU W BOBROWNIKACH UNOSI SIĘ DUCH WARCISŁAWA, KTÓRY UTRACIŁ MURY, LECZ NIE ZGODZIŁ SIĘ UTRACIĆ WŁASNEJ GODNOŚCI I ZROBIŁ Z TEGO LEKCJĘ GRUNWALDU

Mniej więcej w po­ło­wie XIV wie­ku, wraz ze wzro­stem zna­cze­nia wa­ro­wni, utwo­rzo­no sta­ro­stwo chę­ciń­skie. Za­rzą­dzał nim sta­ro­sta gro­do­wy Starosta grodowy nadzorował w powiecie administrację skarbową, policyjną oraz sądy, stał na czele sądu grodzkiego, miał prawo miecza (to znaczy egzekucji wszystkich wyroków sądowych na terenie powiatu). , bę­dą­cy za­ra­zem żup­ni­kiem Żupnik – w polskim górnictwie solnym i kruszcowym w XIII–XVIII w. urzędnik zarządzający rejonem górniczym w imieniu posiadacza zwierzchnich praw do górnictwa, również dzierżawca kopalni. , co w prak­ty­ce ozna­cza­ło, że je­go obo­wią­zki roz­cią­ga­ły się od mu­rów zam­ku po głę­bi­ny oko­licz­nych ko­palń. Wspie­ra­ła go oko­ło 150-oso­bo­wa za­ło­ga, a w mu­rach twier­dzy mie­ścił się za­rów­no urząd, jak i sąd grodz­ki. Pier­wszym zna­nym z imie­nia sta­ro­stą był Grze­gorz z Mło­dzie­jo­wic, za­no­to­wa­ny w do­ku­men­cie Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go z 1363 ro­ku ja­ko ca­pi­ta­neus de Chan­cyn — for­mu­ła, któ­ra do­da­wa­ła splen­do­ru, na­wet je­śli rze­czy­wi­stość sta­ro­stwa rzad­ko przy­po­mi­na­ła dwor­ską ce­re­mo­nial­ność.

ARMATA PRZED ZACHODNIĄ BRAMĄ ZAMKU CZEKA NA WROGA, A DOSTAJE WYŁĄCZNIE UŚMIECHY TURYSTÓW

Znaczenie urzę­du ro­sło wraz z na­da­nia­mi kró­lew­ski­mi. W 1410 ro­ku Wła­dy­sław Ja­gieł­ło za­pi­sał Pio­tro­wi Sza­frań­co­wi, pod­ko­mo­rze­mu kra­kow­skie­mu (zm. 1437), 200 grzy­wien Grzywna - dawna jednostka miary stosowana w średniowiecznej i nowożytnej Polsce. Odpowiadała wartości około 200 gram srebra. Jedna grzywna krakowska równała się 48 groszom praskim. na zam­ku i te­nu­cie chę­ciń­skiej Tenuta - dzierżawa dóbr królewskich lub książęcych , a w 1421 ro­ku po­wię­kszył ten za­pis o ko­lej­ne 200 grzy­wien — do­ce­nia­jąc wier­ność, bę­dą­cą w owych la­tach to­wa­rem de­fi­cy­to­wym, a przy tym po­żą­da­nym ni­czym naj­le­psze urob­ki z ko­palń. Sza­fra­niec dzier­żył za­staw praw­do­po­do­bnie aż do śmier­ci, a po niej do­cho­dy za­si­li­ły kró­lew­ską szka­tu­łę. Mi­mo to Sza­frań­co­wie po­zo­sta­wa­li przy Chę­ci­nach upar­cie, co su­ge­ru­je, że miej­sce to ofe­ro­wa­ło im wię­cej niż tyl­ko wi­do­ki — naj­wy­raź­niej za­pew­nia­ło pro­fi­ty na ty­le ku­szą­ce, że nie war­to by­ło ru­szać da­lej.

WIDOK NA ZAMEK DOLNY, KTÓRY ZA CZASÓW SZAFRAŃCÓW TĘTNIŁ ŻYCIEM — STAROSTWO KUŁO INTERESY, ŻUPY SREBRA I OŁOWIU CIĄGNĘŁY PIENIĄDZ DO SKARBCA, A GOŚCIE ZJEŻDŻALI TU JAK NA TARG Z PRZYWILEJAMI — A NA POCZĄTKU XX WIEKU POZOSTAŁ JUŻ TYLKO WIATR, CISZA I KAMIENIE, KTÓRE NIE MAJĄ DO KOGO MÓWIĆ

W połowie XVI wieku urząd sta­ro­sty dzier­ży­li Sta­ni­sław Sza­fra­niec (zm. 1525) i je­go syn Hie­ro­nim (zm. przed 1556). Za­rzą­dza­li oni już sie­dzi­bą sta­ro­ściń­ską po mo­der­ni­za­cji: z zam­kiem dol­nym oraz wy­ku­tą w ska­le stud­nią, któ­ra wpro­wa­dza­ła odro­bi­nę wy­go­dy do miej­sca za­pro­je­kto­wa­ne­go ra­czej z my­ślą o obro­nie niż kom­for­cie. Choć ca­ła wa­ro­wnia przy­po­mi­na­ła wciąż bar­dziej szko­łę su­ro­wych cnót niż pa­łac, in­we­sty­cje Sza­frań­ców udo­wa­dnia­ły, że w su­ro­wych mu­rach moż­na wpro­wa­dzić roz­wią­za­nia, któ­re czy­nią co­dzien­ność mniej uciąż­li­wą, a rzą­dze­nie — nie­co przy­jem­niej­sze.

TAK MOGŁA WYGLĄDAĆ WAROWNIA W CZASACH SZAFRAŃCÓW — SUROWA JAK REGULAMIN, NIEWZRUSZONA JAK SKAŁA, NA KTÓREJ STOI

W 1512 roku, za starosty Sta­ni­sła­wa Sza­frań­ca, te­nu­ta chę­ciń­ska zo­sta­ła na­da­na ja­ko opra­wa wia­na kró­lo­wej Bar­ba­ry Za­po­lyi (zm. 1515), a w 1518 ro­ku — Bo­ny Sfor­zy d’Ara­go­na (zm. 1557). To wła­śnie tu­taj, w chę­ciń­skim skar­bcu, wdo­wa po Zyg­mun­cie Sta­rym prze­cho­wy­wa­ła swo­je pie­nią­dze i ko­szto­wno­ści, strze­żo­ne przez za­ufa­ne­go dwo­rza­ni­na, Ca­mil­la Bran­ca­ccio. Stąd wy­wie­zio­no je do Ita­lii, gdy kró­lo­wa — skłó­co­na i z sy­nem, i z czę­ścią pol­skiej szlach­ty — zde­cy­do­wa­ła się wró­cić do oj­czy­zny. Le­gen­da gło­si, że jej ma­ją­tek po­dró­żo­wał na dwu­dzie­stu czte­rech wo­zach ciąg­nię­tych przez sto czter­dzie­ści ko­ni, co su­ge­ru­je, że kró­lew­skie za­so­by mia­ły ten­den­cję do mno­że­nia się w opo­wie­ściach wraz z odle­gło­ścią od miej­sca zda­rzeń.

TABOR ZE SKARBAMI BONY SUNIE POD CHĘCIŃSKĄ WAROWNIĄ W IDEALNYM RZĘDZIE, KTÓRY ZDRADZA, ŻE TO MIEDZIORYT Z KOMPUTERA, NIE Z RĄK RYTOWNIKA

Wyjazd Bony „za sie­dem gór i rzek” do księ­stwa Ba­ri w lu­tym 1556 ro­ku moż­na przy­jąć za sym­bo­li­czny po­czą­tek upad­ku chę­ciń­skiej wa­ro­wni. Jej wie­że, nie­gdyś bu­dzą­ce re­spekt, co­raz wy­raź­niej ustę­po­wa­ły zna­cze­niem no­wo­cze­snym for­ty­fi­ka­cjom, a ar­cha­iczna kon­stru­kcja obron­na sta­wa­ła się świa­de­ctwem mi­nio­nej epo­ki. Za­mek, choć wciąż so­lid­ny, tra­cił swą daw­ną ro­lę, po­dob­nie jak wie­le śre­dnio­wie­cznych twierdz, któ­re nie na­dą­ża­ły za zmia­na­mi w sztu­ce wo­jen­nej.

W LATACH 60. TEN ZAMEK W RUINIE WYGLĄDAŁ SPOKOJNIEJ NIŻ CAŁA POLSKA W REMONCIE, I DLATEGO LUDZIE WYBIERALI GO NA POCZTÓWKĘ, NIE NA PRZESTROGĘ

W tym czasie sta­ro­stą chę­ciń­skim był Wa­len­ty Dem­biń­ski her­bu Ra­wicz (zm. 1584) — póź­niej­szy pod­skar­bi wiel­ki ko­ron­ny Podskarbi wielki koronny – urząd centralny w I Rzeczypospolitej, sprawujący pieczę nad skarbem i mennicą państwową. Jego prerogatywy zbliżone były do uprawnień dzisiejszego ministra skarbu, finansów i szefa banku centralnego. i kan­clerz wiel­ki ko­ron­ny Kanclerz wielki koronny – urzędnik kierujący kancelarią królewską Korony Królestwa Polskiego i odpowiadający za politykę zagraniczną Królestwa Polskiego. Urząd ten pojawił się na początku XII wieku i był sprawowany przez osobę duchowną. Później urzędnik ten zwany był kanclerzem Królestwa Polskiego, jeszcze później kanclerzem koronnym. , a pry­wa­tnie — oj­ciec co naj­mniej pięt­na­ścior­ga dzie­ci. Trud­no oce­nić, czy za­wdzię­czał to wy­jąt­ko­wej wi­tal­no­ści, czy po pro­stu że­la­zne­mu zdro­wiu, któ­re w XVI wie­ku na­le­ża­ło do rzad­ko­ści i bar­dziej przy­po­mi­na­ło dar nie­bios niż sku­tek co­dzien­nych na­wy­ków. Fak­tem po­zo­sta­je, że Dem­biń­ski ra­dził so­bie za­rów­no z licz­ną ro­dzi­ną, jak i z obo­wią­zka­mi pań­stwo­wy­mi, co sta­wia go w gro­nie tych urzęd­ni­ków, któ­rych ży­cio­ry­sy czy­ta się z odro­bi­ną szcze­re­go po­dzi­wu.

NA OBRAZIE SZERMENTOWSKIEGO Z XIX WIEKU RUINY NA GÓRZE WZNOSZĄ SIĘ JAK ODLEGŁE WSPOMNIENIE O POTĘDZE, KIERUJĄC SWÓJ WZROK NA PROCESJĘ W DOLINIE, KTÓRA WYGLĄDA JAK KONDUKT DLA ZAMKU UMIERAJĄCEGO POWOLI, LECZ NIEODWRACALNIE

W 1564 roku Dembiński prze­ka­zał urząd jed­ne­mu ze swo­ich wie­lu sy­nów, Sta­ni­sła­wo­wi (zm. 1586). Nie­wąt­pli­wie ocze­ki­wał, że syn po­dej­mie obo­wią­zki z wła­ści­wą sta­ro­ście gor­li­wo­ścią, lecz los szyb­ko wy­sta­wił te na­dzie­je na pró­bę: na zam­ku wy­buchł po­waż­ny po­żar, któ­ry znisz­czył część za­bu­do­wy. Na od­bu­do­wę prze­zna­czo­no 675 flo­re­nów — kwo­tę po­zwa­la­ją­cą od­no­wić je­dy­nie to, bez cze­go za­mek nie mógł funk­cjo­no­wać. Am­bi­cje este­ty­czne ustą­pi­ły miej­sca tro­sce o to, by twier­dza po pro­stu trwa­ła.

DWIE POSTACIE POD ZAMKIEM, KTÓRY U ALFREDA SCHOUPPE WCIĄŻ GRAŁ W HISTORIĘ NIE W TURYSTYKĘ

Znacznie większą bo­lącz­ką niż nad­pa­lo­ne ścia­ny był jed­nak brak wo­dy, o czym do­bi­tnie świad­czy lu­stra­cja z 1569 ro­ku: Po­trze­bu­je za­mek chę­ciń­ski po­pra­wy, al­bo­wiem w nie­któ­rych miej­scach ry­sy są szko­dli­we. A po­pra­wa z trud­no­ścią ma być, pó­ki wo­dy nie bę­dzie na zam­ku. W lu­stra­cji opi­sa­no stud­nię łomną, drą­żo­ną w twar­dym mar­mu­rze, ko­sztem nie­ma­łym, któ­rym jest ci­tra vel ul­tra la­trów (łatr = ok. 2 m) . Pra­ce pro­wa­dzo­no wy­łą­cznie zi­mą, po­nie­waż — jak za­no­to­wa­no — oko­ło stud­ni w le­cie ro­bić się nie go­dzi dla pu­chu, czy­li go­rą­cych wy­zie­wów unie­mo­żli­wia­ją­cych ro­bo­tę. W świe­tle tych re­la­cji trud­no o bar­dziej wy­mo­wne świa­de­ctwo de­ter­mi­na­cji: za­mek wal­czył o wo­dę nie­mal z ta­kim upo­rem, z ja­kim bro­nił się nie­gdyś przed na­jeź­dźca­mi.

KAMIENNE WIEŻE ZAMKU CHĘCIŃSKIEGO WIEDZĄ, ŻE BETON PRZYCHODZI Z MODĄ, A ODCHODZI ZE WSTYDEM, GDY ENTUZJAZM INŻYNIERÓW KOŃCZY SIĘ NA WYKWITACH I ZASOLENIACH

Mimo tych wysiłków in­we­sty­cja Dem­biń­skie­go nie zdo­ła­ła od­mie­nić lo­su wa­ro­wni. Ja­ko sie­dzi­ba urzę­dów sta­wa­ła się co­raz mniej bez­pie­czna, a po­żar z cza­sów Sta­ni­sła­wa wciąż tkwił w zbio­ro­wej pa­mię­ci. Nic więc dziw­ne­go, że w 1588 ro­ku sejm na­ka­zał wy­wieźć z zam­ku księ­gi ziem­skie po­wia­tu chę­ciń­skie­go i prze­nieść je do pa­ra­fial­ne­go ko­ścio­ła u stóp wzgó­rza. Był to gest roz­sąd­ku, ale też sym­bo­li­czny znak, że daw­na wa­ro­wnia stop­nio­wo ustę­pu­je miej­sca in­sty­tu­cjom prak­ty­cznym, su­chym i znacz­nie mniej ła­two­pal­nym.

WIDOK NA ZAMEK SPOD KOŚCIOŁA ŚW. BARTŁOMIEJA, KTÓRY WZIĄŁ NA SIEBIE FUNKCJE, Z KTÓRYMI GÓRA NIE UMIAŁA SOBIE PORADZIĆ

W 1607 roku warownia chę­ciń­ska po raz pier­wszy w swo­jej hi­sto­rii pa­dła ofia­rą na­jeź­dźców, któ­ry­mi oka­za­li się żoł­nie­rze wo­je­wo­dy kra­ko­wskie­go Mi­ko­ła­ja Ze­brzy­do­wskie­go her­bu Rad­wan (zm. 1620). Od­dzia­ły te, dzia­ła­jąc pod sztan­da­rem ro­ko­szu prze­ciw­ko Zyg­mun­to­wi III Wa­zie , naj­pierw skru­pu­la­tnie ogra­bi­ły za­mek, a na­stęp­nie go spa­li­ły, wy­ra­ża­jąc w ten spo­sób nie tyl­ko po­li­ty­czny sprze­ciw wo­bec mo­nar­chy, lecz tak­że oso­bi­stą nie­chęć Ze­brzy­do­wskie­go do sta­ro­sty chę­ciń­skie­go Sta­ni­sła­wa Bra­ni­ckie­go her­bu Gryf (zm. 1620), ucho­dzą­ce­go za jed­ne­go z naj­bar­dziej lo­jal­nych stron­ni­ków kró­la.

W OBRAZIE JANA MATEJKI „KAZANIE PIOTRA SKARGI” MIKOŁAJ ZEBRZYDOWSKI MA TWARZ CZŁOWIEKA, KTÓRY POD SKRZYDŁAMI MILCZENIA NOSI PLAN DLA TWIERDZ, NIE DLA KAZNODZIEJÓW

Branicki, dotknięty za­rów­no stra­tą ma­jąt­ku, jak i wy­raź­nym ude­rze­niem w je­go po­zy­cję, roz­po­czął od­bu­do­wę zam­ku na­tych­miast po ustą­pie­niu dzia­łań wo­jen­nych i pro­wa­dził ją w la­tach 1607–1613 wy­łącz­nie za wła­sne środ­ki. Ko­szty in­we­sty­cji wy­li­czył z urzę­do­wą skru­pu­la­tno­ścią na 5446 zło­tych i 16 gro­szy — su­mę na ty­le znacz­ną, że w 1616 ro­ku sejm zo­bo­wią­zał się do jej zwro­tu, choć stan kró­lew­skie­go skar­bca, od daw­na bar­dziej pu­te­go niż peł­ne­go, ka­że przy­pu­szczać, iż sta­ro­sta otrzy­mał co naj­wy­żej nie­wiel­ką część obie­ca­nej kwo­ty.

ZAMEK OKOŁO ROKU 1600 — WIZJA PRZESZŁOŚCI, KTÓRA PAMIĘTA O FUNKCJI, ALE NIE STRONI OD UPIĘKSZEŃ

Nic więc dziwnego, że sta­ro­stwo chę­ciń­skie po­zo­sta­ło na­stęp­nie w rę­kach je­go po­tom­ków — naj­pierw Ja­na Kle­men­sa (zm. 1657), a póź­niej ko­lej­ne­go Ja­na Kle­men­sa (zm. 1673) — któ­rzy dzier­ży­li je, jak po­wszech­nie wów­czas są­dzo­no, w for­mie prak­ty­cznej re­kom­pen­sa­ty za fun­du­sze wy­ło­żo­ne przez ich przod­ka. By­ło to roz­wią­za­nie znacz­nie wy­go­dniej­sze niż ocze­ki­wa­nie na zwrot ko­sztów z kró­lew­skie­go skar­bca, zna­ne­go z te­go, że po­tra­fił łą­czyć im­po­nu­ją­cą pu­stkę z rów­nie im­po­nu­ją­cym bra­kiem pun­ktu­al­no­ści w wy­pła­tach.

NOCNY WIDOK WAROWNI WEDŁUG JANA GRUSZKI — NICZYM OBRAZ Z BAJKOWEJ KSIĘGI DLA MARZYCIELI, KTÓRZY PATRZĄ NA MURY JAK NA DEKORACJĘ, A NIE DOKUMENT

Stan i wyposażenie zam­ku kil­ka­na­ście lat po od­bu­do­wie prze­pro­wa­dzo­nej przez Sta­ni­sła­wa Bra­ni­ckie­go do­ku­men­tu­je lu­stra­cja z 1629 ro­ku, któ­ra da­je rzad­ki wgląd w stan chę­ciń­skiej wa­ro­wni. Wi­zy­ta­to­rzy pro­wa­dzi­li opis od bra­my aż po naj­dal­sze za­bu­do­wa­nia, za­pi­su­jąc ko­lej­no: Wcho­dząc do te­go zam­ku jest most no­wy, na fi­la­rach trzech mu­ro­wa­nych. Na­przód jest bra­ma skle­pi­sta. Po­bok tej bra­my jest iz­deb­ka dla wrot­ne­go. Po­stę­pu­jąc w za­mek, na pra­wej stro­nie jest skle­pik no­wo za­skle­pio­ny. Na­prze­ciw­ko bra­my jest iz­ba dol­na, gdzie na ten czas kan­ce­la­rię od­pra­wu­ją. Drzwi na za­wia­sach, okien dwa ku mia­stu, a trze­cie w za­mek. Piec ma­lo­wa­ny, ła­wy wo­kół. Stół je­den. Z tej iz­by dru­gie drzwi, tak­że na za­wia­sach. Da­lej lu­stra­tor prze­cho­dził do za­bu­do­wań u pod­nó­ża: Wy­szedł­szy z zam­ku, pod mo­stem trzy staj­nie. Pier­wsza na czte­ry ko­nie, ze żło­bem i dra­bi­ną, do niej drzwi z wrze­cią­dzem. Dru­ga po­dle niej, w któ­rej dwa żło­by i dwie dra­bi­ny […]. Trze­cia, w niej żło­by, dra­bi­na, wro­ta o jed­nej ku­nie, z niej ko­mo­ra al­bo sta­jen­ka […]. Czwar­ta staj­nia wiel­ka […].

DAWNIEJ „OKIEN DWA KU MIASTU”, DWIE FUNKCJE I JEDNA IZBA — OBECNIE DWA OTWORY, ZERO FUNKCJI I NAJLEPSZA PRZESTRZEŃ OPEN SPACE W REGIONIE

Z wyposażenia zamkowego od­no­to­wa­no prze­de wszyst­kim ele­men­ty świad­czą­ce nie o wy­go­dzie, lecz o prak­ty­cznej co­dzien­no­ści ży­cia na wzgó­rzu: wóz do wo­że­nia wo­dy i ko­ła ko­wa­ne do­bre, becz­ka jed­na, łań­cuch wo­zo­wy. W kuch­ni znaj­do­wa­ła się ba­nia mie­dzia­na, zła, a wśród na­rzę­dzi i bro­ni wy­mie­nio­no dra­bi­nę dłu­gą jed­ną, ma­łych trzy. Ha­ko­wnic sta­ro­świe­ckich trzy, zdat­nych dwie. Choć opis jest su­chy i dro­bia­zgo­wy, z ła­two­ścią moż­na z nie­go wy­czy­tać, że chę­ciń­ska twier­dza ży­ła w ry­tmie co­dzien­nej pra­cy i na­praw, a urząd sta­ro­ściń­ski funk­cjo­no­wał w wa­run­kach rów­nie prak­ty­cznych, co skrom­nych.

„STAROŚWIECKIE HAKOWNICE” NIE PRZETRWAŁY, „BANIA MIEDZIANA, ZŁA” ZNIKNĘŁA BEZ ŚLADU — ZA TO WÓZ POWRÓCIŁ, PRZYPOMINAJĄC, ŻE TWIERDZA ŻYŁA Z PROSTYCH ZADAŃ, A NIE Z WIELKICH OPOWIEŚCI

Ostatecznym ciosem dla zam­ku by­ły zni­szcze­nia spo­wo­do­wa­ne na­ja­zdem Ra­ko­cze­go w 1657 ro­ku, a na­stęp­nie szwedz­ką in­wa­zją z 1707 ro­ku, pod­czas III woj­ny pół­no­cnej III wojna północna – konflikt zbrojny, który toczył się w latach 1700–1721 pomiędzy Królestwem Danii i Norwegii, Rosją, Saksonią, Prusami i Hanowerem z jednej strony a Szwecją z drugiej. Rzeczpospolita Obojga Narodów formalnie pozostawała neutralna aż do 1704 roku, ale faktycznie znaczna część walk toczyła się na jej terytorium i jej kosztem już od 1700 roku. . Ska­la tych spu­sto­szeń oka­za­ła się na ty­le do­tkli­wa, że już pod ko­niec XVII wie­ku sta­ro­sta Ste­fan Bi­dziń­ski (zm. 1703) prze­niósł swo­ją sie­dzi­bę do po­bli­skie­go Pod­zam­cza Chę­ciń­skie­go, a po ko­lej­nej fa­li zni­szczeń szwedz­kich na wzgó­rzu po­zo­stał je­dy­nie urząd i kan­ce­la­ria, dzia­ła­ją­ce tu jesz­cze mniej wię­cej do po­ło­wy XVIII wie­ku.

DWÓR W PODZAMCZU CHĘCIŃSKIM — MIEJSCE, GDZIE PRZENIESIONO SIEDZIBĘ STAROSTÓW, GDY ZAMEK PO XVII-WIECZNYCH SPUSTOSZENIACH PRZESTAŁ BYĆ DOMEM, A STAŁ SIĘ JUŻ TYLKO PROBLEMEM

Upadek warowni zbiegł się jed­nak z ro­dzą­cym się wów­czas za­in­te­re­so­wa­niem ru­iną ja­ko świa­de­ctwem daw­nych cza­sów. Jed­nym z pier­wszych, któ­rzy spoj­rze­li na Chę­ci­ny nie tyl­ko jak na zni­szczo­ny za­mek, lecz rów­nież ja­ko na obiekt god­ny opi­su, był Jan Fi­lip Ca­ro­si (zm. 1795), uro­dzo­ny w Rzy­mie pol­ski ge­olog i gór­nik, ba­da­ją­cy sta­ro­stwo chę­ciń­skie na po­le­ce­nie kró­la Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta Po­nia­to­wskie­go pod ką­tem mo­żli­wo­ści po­no­wnej eks­plo­ata­cji tam­tej­sze­go mar­mu­ru.

FILIP CAROSI, 1784 — RUINA NARYSOWANA Z PRECYZJĄ GEOLOGA, KTÓRY SZUKA MARMURU, A ZNAJDUJE WARTOŚĆ PEJZAŻU, GDZIE ŚREDNIOWIECZNE MURY TRACĄ OSTROŚĆ I STAJĄ SIĘ LINIĄ TERENU

Owocem jego wojaży by­ła pra­ca Po­dró­że przez nie­któ­re pro­win­cje pol­skie, w któ­rej za­mie­ścił tak­że opis chę­ciń­skiej twier­dzy: Na sa­mym szczy­cie gó­ry, le­żą­cej pra­wie na­prze­ciw­ko ryn­ku i na­le­żą­cej do wspom­nia­ne­go wy­żej pa­sma, po­ło­żo­ne jest bar­dzo daw­no wy­bu­do­wa­ne, sta­re kró­lew­skie zam­czy­sko. Jesz­cze przed kil­ku la­ty za­mek ten był po­dob­no za­mie­szki­wa­ny, wszyst­ko na to wska­zu­je przy bliż­szym je­go oglą­dzie. Po­nie­waż funk­cjo­no­wa­ła tam kan­ce­la­ria, biu­ro praw­ne i no­ta­rial­ne, po­za tym ar­chi­wum kró­lew­skie, to we­dług licz­nych do­nie­sień za­mie­szki­wa­li po­mie­szcze­nia zam­ku urzęd­ni­cy, ar­chi­wi­ści i in­ni za­tru­dnie­ni tu funk­cjo­na­riu­sze oraz słu­dzy. Ku mo­je­mu wiel­kie­mu zdzi­wie­niu za­mek jest te­raz w bar­dzo opła­ka­nym sta­nie, to już pra­wie stos ka­mie­ni o dłu­go­ści oko­ło stu i sze­ro­ko­ści czter­dzie­stu ło­kci. […] Dzi­siaj sto­ją tu je­dy­nie sta­re wy­so­kie mu­ry oka­la­ją­ce, przy­łą­czo­ne do bu­dyn­ku głów­ne­go z pier­wsze­go dwo­ru. Mo­że do­syć już mar­no­wa­nia cza­su na tę ru­inę po zam­ku, któ­re­go nie po­tra­fio­no zu­peł­nie usza­no­wać. Je­go sło­wa, peł­ne roz­cza­ro­wa­nia, brzmią jak pier­wszy za­pis no­wo­ży­tnej re­fle­ksji nad lo­sem wa­ro­wni — re­fle­ksji, któ­ra w ko­lej­nych de­ka­dach mia­ła tyl­ko na­ra­stać, po­do­bnie jak żal, że nie zdo­ła­no oca­lić jej w cza­sach, gdy wciąż jesz­cze by­ło co ra­to­wać.

TWIERDZA, KTÓRA NIE DOCZEKAŁA SIĘ OPIEKI, PODDAŁA SIĘ CICHEJ PRACY ŻYWIOŁÓW — KOLEJNA RYCINA CAROSIEGO Z 1784 ROKU

Dzieła ostatecznego spu­sto­sze­nia do­ko­na­li w cza­sach za­bo­rów Au­stria­cy, któ­rzy na­ka­za­li roz­biór­kę mu­rów zam­ko­wych, wy­ko­rzy­stu­jąc po­zy­ska­ny ma­te­riał mię­dzy in­ny­mi do bu­do­wy dro­gi pro­wa­dzą­cej w kie­run­ku Kra­ko­wa. Do pro­ce­su te­go, choć z zu­peł­nie in­nych po­wo­dów, przy­łą­czy­li się oko­licz­ni chło­pi oraz miesz­kań­cy mia­ste­czka, dla któ­rych zam­ko­wy ka­mień oka­zał się znacz­nie bar­dziej przy­da­tny przy wzno­sze­niu wła­snych do­mostw i piw­nic niż w pod­trzy­my­wa­niu śre­dnio­wie­cznej ru­ino­lo­gii — zwłasz­cza że z prak­ty­czne­go pun­ktu wi­dze­nia daw­ny za­mek „bro­nił” już tyl­ko wspom­nień.

PODCZAS GDY CHĘCIŃSKIE WIEŻE UPADAJĄ POD WŁASNYM CIĘŻAREM, U PILLATIEGO WIEJSKA EKIPA ODPALA IMPROWIZOWANY DANCEFLOOR ROZLEWAJĄC ŻYCIE W MIEJSCA, KTÓRE ZAMIENIŁY KORONY NA KROWIE DZWONKI

Jego stan w 1811 roku opi­sał Ju­lian Ur­syn Niem­ce­wicz w Po­dró­żach hi­sto­ry­cznych: Sze­ro­kie po­ły mu­rów z trze­ma ba­szta­mi, roz­le­głe we wnę­trzu zie­mi piw­ni­ce, ob­dar­te z da­chu, ozdób i mar­mu­rów swo­ich ok­na i drzwi – to jest wszy­stko, co po­zo­sta­ło z gma­chu... Re­sztę mu­rów i ko­lumn zam­ko­wych przed­osta­tni sta­ro­sta, jak gdy­by swo­je, po­da­ro­wał pod­sta­ro­ście­mu. Tak na­kre­ślo­ny obraz ru­in, bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cych ka­mie­nio­łom niż daw­ną wa­ro­wnię, po­ka­zu­je, jak szyb­ko za­mek tra­cił ko­lej­ne frag­men­ty swo­jej sub­stan­cji i jak ła­two sta­wał się obie­ktem nie tyl­ko prak­tycz­ne­go uży­tko­wa­nia, lecz tak­że pier­wszych prób je­go hi­sto­ry­czne­go opi­su.

RUINY, WSPOMNIANE PRZEZ NIEMCEWICZA JAKO „OBNAŻONE MURY” I „OBDARTE OKNA”, W POŁOWIE XIX WIEKU SĄ JUŻ TYLKO MARTWĄ PRZESTRZENIĄ PO DOBRZE PRZEPROWADZONEJ INTERWENCJI ROZBIÓRKOWEJ

W 1844 roku do Chęcin za­wi­ta­ła de­le­ga­cja do spraw In­wen­ta­ry­za­cji Za­by­tków Kró­le­stwa Pol­skie­go, kie­ro­wa­na przez ba­da­cza ar­chi­te­ktu­ry i ko­le­kcjo­ne­ra Ka­zi­mie­rza Stron­czyń­skie­go (zm. 1896). Eks­pe­dy­cja, któ­rej przy­pa­dło w udzia­le ewi­den­cjo­no­wa­nie mu­rów trzy­ma­ją­cych się jesz­cze pro­sto oraz tych, któ­re czy­ni­ły to już bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż z kon­stru­kcji, po­zo­sta­wi­ła po so­bie opis twier­dzy wraz z hi­sto­ry­czny­mi uwa­ga­mi oraz akwa­re­la­mi Te­odo­ra Chrzą­ńskie­go, uka­zu­ją­cy­mi ru­iny w cza­sach, gdy zni­ka­ły one szyb­ciej, niż da­wa­ło się je po­rząd­nie udo­ku­men­to­wać.

TEODOR CHRZĄŃSKI MALUJE ZAMEK, KTÓRY DLA KOMISJI BYŁ OBIEKTEM, A DLA WZGÓRZA – PRZYZWOITYM MIEJSCEM NA OSUNĘCIE

W następnych latach do tych ma­te­ria­łów do­łą­cza­ły licz­ne — i zwy­kle krót­kie — ar­ty­ku­ły pra­so­we, któ­re po­wo­li bu­do­wa­ły wi­ze­ru­nek chę­ciń­skie­go zam­ku ja­ko jed­ne­go z czy­tel­niej­szych zna­ków na­ro­do­wej prze­szło­ści, bar­dziej przej­mu­ją­ce­go niż wie­le sta­ran­nie od­re­stau­ro­wa­nych za­by­tków.

SZKICE MARIANA WAWRZENIECKIEGO POKAZUJĄ RUINY TAKIE, JAKIE BYŁY — WCIĄŻ MALOWNICZE, ALE JUŻ NIKOMU NIEPOTRZEBNE

To właśnie w tym duchu pi­sał Ste­fan Że­rom­ski (zm. 1925), któ­ry wra­cał do chę­ciń­skiej wa­ro­wni wie­lo­kro­tnie i z prze­ję­ciem, ja­kie rzad­ko udzie­la się au­to­rom opi­su­ją­cym ku­pę ka­mie­ni. W jed­nym z te­kstów no­to­wał: Ile ra­zy ja już drża­łem na wi­dok tych ru­in. Zda­je mi się, że ca­ła na­sza świę­ta, za­ma­rła Pol­ska uo­so­bi­ła się, od­fo­to­gra­fo­wa­ła w tej ol­brzy­miej, prze­ra­ża­ją­co pięk­nej ru­inie... — zda­nie, któ­re bar­dziej niż nie­je­dna roz­pra­wa tłu­ma­czy, dla­cze­go Chę­ci­ny za­czę­ły żyć w wy­obraź­ni zbio­ro­wej rów­nie in­ten­sy­wnie, jak nie­gdyś ży­li w nich urzę­dni­cy, żoł­nie­rze i sta­ro­sto­wie.

CHĘCINY U PROGU XX WIEKU: ZAMEK W STRUPACH HISTORII I MIASTO W STRUPACH CODZIENNOŚCI

Pierwsze prace po­rząd­ko­we pro­wa­dzo­no tu już w la­tach 70. XIX wie­ku z ini­cja­ty­wy władz au­stria­ckich, choć ich za­kres był tak skrom­ny, że bar­dziej przy­po­mi­nał pró­bę za­trzy­ma­nia nie­uchron­ne­go niż fa­kty­czną opie­kę nad za­by­tkiem. W tym sa­mym cza­sie po­wa­żnie roz­wa­ża­no od­bu­do­wę czę­ści zam­ku i urzą­dze­nie w nim wię­zie­nia — po­my­słu, któ­ry świad­czył o du­żej wie­rze w mo­żli­wo­ści śre­dnio­wiecz­nych mu­rów, choć ra­czej nie w ich war­tość hi­sto­ry­czną.

ZAMEK W TLE, SATYSFAKCJA W KADRZE — WYCIECZKA W PEŁNI UDANA

Nowy impuls przy­nio­sły uro­czy­sto­ści z oka­zji 500. rocz­ni­cy bi­twy pod Grun­wal­dem w 1910 ro­ku. Za­ini­cjo­wa­no wów­czas ruch spo­łe­czny na rzecz re­wi­ta­li­za­cji chę­ciń­skich ru­in, uwa­ża­nych w tym cza­sie za pa­mią­tkę bu­do­wli wznie­sio­nej z ini­cja­ty­wy jed­ne­go z Pia­stów (prze­ko­na­nie to, jak dziś wie­my, nie ma so­lid­nych pod­staw hi­sto­ry­cznych). Zbiór­ce fun­du­szy pa­tro­no­wał mię­dzy in­ny­mi Hen­ryk Sien­kie­wicz (zm. 1916), któ­ry opu­bli­ko­wał list otwar­ty w spra­wie ochro­ny zam­ku i sam do­rzu­cił 10 srebr­nych ru­bli — gest sym­bo­li­czny, lecz gło­śny. Nie­ste­ty, ca­ły en­tu­zjazm na­tra­fił na do­brze zna­ną prze­szko­dę: brak środ­ków. Z pla­nów nie­wie­le wy­szło, a za­mek, za­miast od­zy­skać si­ły, w trak­cie I woj­ny świa­to­wej stra­cił część środ­ko­wej wie­ży, ostrze­la­nej przez au­stria­cką ar­ty­le­rię, gdy obiekt peł­nił ro­lę ro­syj­skie­go pun­ktu ob­ser­wa­cyj­ne­go.

NA FOTOGRAFII Z LAT 30. ŚRODKOWA WIEŻA W CHĘCINACH STOI JAK UCZENNICA PO EGZAMINIE POPRAWKOWYM, KTÓREJ AUSTRIACKA ARTYLERIA JUŻ WYTŁUMACZYŁA, ŻE AMBICJE NALEŻY MIEĆ NIŻSZE

A TUTAJ W LATACH 60. WIDZIMY TĘ SAMĄ ŚRODKOWĄ WIEŻĘ, KTÓRA PO NIECHLUBNYCH OCENACH OD AUSTRIAKÓW WRÓCIŁA NA WZGÓRZE, JAKBY ODEBRAŁA ŚWIADECTWO Z WYRÓŻNIENIEM

W okresie między­wo­jen­nym, z ini­cja­ty­wy bur­mi­strza Chę­cin Ed­mun­da Pa­de­cho­wi­cza (zm. 1978), pro­wa­dzo­no na zam­ku drob­ne pra­ce re­mon­to­we, któ­re mo­gły co naj­wy­żej spo­wol­nić po­stę­pu­ją­cą de­gra­da­cję — ni­czym opa­tru­nek na­kle­jo­ny na mur pa­mię­ta­ją­cy jesz­cze cza­sy kró­lo­wej Bo­ny. Do­pie­ro dzia­ła­nia z lat 40. i 50. XX wie­ku przy­nio­sły wy­raź­niej­szy efekt: mu­ry za­be­zpie­czo­no w for­mie trwa­łej ru­iny, a wie­że od­re­stau­ro­wa­no i udo­stęp­nio­no tu­ry­stom, da­jąc im oka­zję spoj­rzeć na oko­li­cę z tej sa­mej wy­so­ko­ści, z któ­rej daw­niej wy­pa­try­wa­no nie­przy­ja­ciół, a obec­nie — co naj­wy­żej ko­lej­nej gru­py wy­cie­czko­wej.

UJĘCIE Z LAT 60. XX WIEKU UKAZUJE ZAMEK W MOMENCIE, KIEDY CISZA BYŁA JESZCZE DOMYŚLNYM TRYBEM, A NIE ATRAKCJĄ DODATKOWĄ

Ostatnia duża inwestycja przy­pa­dła na la­ta 2013–15 i po­chło­nę­ła po­nad 8 mi­lio­nów zło­tych. W jej ra­mach nie tyl­ko wzmo­cnio­no mu­ry, lecz tak­że upo­rząd­ko­wa­no dzie­dziń­ce, od­two­rzo­no część daw­nych po­dzia­łów prze­strzen­nych i przy­sto­so­wa­no ca­ły za­mek do ob­słu­gi ru­chu tu­ry­sty­czne­go. Dzię­ki te­mu ru­iny za­czę­ły wresz­cie wy­glą­dać jak miej­sce, któ­re za­pra­sza do zwie­dza­nia, a nie jak te­ren, na któ­rym hi­sto­ria i na­tu­ra od wie­ków pro­wa­dzą bój o ostat­ni ka­mień. Re­wi­ta­li­za­cja spra­wi­ła też, że za­mek stał się po pro­stu atrak­cyj­niej­szy i zde­cy­do­wa­nie le­piej przy­go­to­wa­ny na spot­ka­nie z tłu­ma­mi go­ści, któ­rzy chcą oglą­dać prze­szłość w sta­nie nie­co bar­dziej upo­rząd­ko­wa­nym niż ten, któ­ry stwo­rzy­ły woj­ny, wiatr i rę­ce, któ­re za­wsze wie­dzia­ły, gdzie zna­leźć po­rząd­ny bu­du­lec.

ZA NIEGDYŚ STRATEGICZNYM DZIEDZIŃCEM STOI DZIŚ ŁAWKA, KTÓRA ZASTĘPUJE DAWNYCH STRAŻNIKÓW I PILNUJE, ABY NIKT NIE STRACIŁ SIŁ PO PIERWSZYM SELFIE

Pod koniec lat 60. XX wie­ku oko­li­ce Chę­cin raz jesz­cze sta­ły się po­lem bi­twy — tym ra­zem fil­mo­wej, choć roz­mach pro­du­kcji Pan Wo­ło­dy­jo­wski we­dług Je­rze­go Hoff­ma­na dość sku­te­cznie za­cie­rał gra­ni­cę mię­dzy fi­kcją a rze­czy­wi­sto­ścią. Na wscho­dnim zbo­czu Gó­ry Zam­ko­wej wy­ro­sła im­po­nu­ją­ca ma­kie­ta twier­dzy w Ka­mień­cu Po­dol­skim, któ­rej bu­do­wę po­wie­rzo­no eki­pie sce­no­gra­fi­cznej z ta­ką de­ter­mi­na­cją, jak­by w grę wcho­dzi­ło po­no­wne wskrze­sze­nie Rze­czy­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów. Kon­stru­kcja po­wsta­ła z drew­nia­nych ba­li obi­tych wor­ka­mi ma­ją­cy­mi imi­to­wać ka­mień — roz­wią­za­nie za­ska­ku­ją­co sku­te­czne, zwła­szcza gdy ka­me­ra trzy­ma­ła od­po­wie­dni dy­stans, a wi­dzo­wie nie mie­li oka­zji zaj­rzeć za ku­li­sy i spra­wdzić, jak „mu­ry” re­agu­ją na moc­niej­szy pod­much wia­tru.

"KAMIENIEC PODOLSKI" WYROSŁY NA GÓRZE ZAMKOWEJ UDOWADNIA, ŻE W KINIE POTĘGA MURÓW ZALEŻY OD OGNISKOWEJ, A NIE OD FUNDAMENTÓW

Do ataku na tę nie­zwy­kłą wa­ro­wnię po­wo­ła­no kil­ku­ty­sięcz­ną „ar­mię tu­re­cką”, któ­rej sze­re­gi wy­peł­ni­li w du­żej mie­rze ucz­nio­wie oko­li­cznych szkół śred­nich. W efe­kcie pod zam­kiem roz­gry­wa­ły się sce­ny ba­ta­li­sty­czne o ska­li, ja­kiej nie wi­dzia­ła tu od stu­le­ci żad­na praw­dzi­wa ar­mia — i któ­rą oko­licz­ni miesz­kań­cy wspo­mi­na­li jesz­cze dłu­go, za­sta­na­wia­jąc się, czy ich re­gion jest bar­dziej zna­ny z hi­sto­ry­cznych oblę­żeń, czy z te­go, że po­tra­fił ob­sa­dzić ro­le sta­ty­stów nie­mal ca­łą mło­dzie­żą po­wia­tu. Ma­kie­ta osta­te­cznie zni­knę­ła, ale jej obec­ność na kil­ka ty­go­dni oży­wi­ła wzgó­rze w spo­sób, któ­re­go nie do­ko­na­ła żad­na re­no­wa­cja: oto ru­iny, przy­wy­kłe do ci­szy po XVII-wiecz­nych na­jeź­dźcach, na­gle do­cze­ka­ły się naj­bar­dziej zdy­scy­pli­no­wa­nej ar­mii sta­ty­stów w swo­jej hi­sto­rii.

KAMIENIEC PODOLSKI NA STOKU GÓRY ZAMKOWEJ OTRZYMAŁ ARMIĘ ZRODZONĄ NIE Z KONTYNGENTU JANCZARÓW PRZYPISANYCH DO PORTY, LECZ Z TRZECH TELEFONÓW WYKONANYCH DO DYREKTORÓW OKOLICZNYCH SZKÓŁ

TEN WIDOK BYŁ ABSURDEM IDEALNYM, BO CHOĆ JEDEN ZAMEK WZNIESIONO Z KAMIENIA, A DRUGI Z PIASKU I DESEK, OBA UDZIELAŁY LEKCJI HISTORII LEPIEJ NIŻ SZKOŁA, Z TĄ RÓŻNICĄ, ŻE JEDEN TYLKO DO KOŃCA SEMESTRU

OPIS ZAMKU


Warownię wzniesiono na skal­nej gra­ni wzgó­rza o wy­so­ko­ści 355 me­trów nad po­zio­mem mo­rza — miej­scu o tak nie­ko­rzy­stnych na­chy­le­niach te­re­nu, że ła­twiej by­ło je prze­kli­nać niż zdo­być. Naj­star­sza fa­za zam­ku, da­to­wa­na na prze­łom XIII i XIV wie­ku, skła­da­ła się z cy­lin­dry­cznej wie­ży o śre­dni­cy oko­ło ośmiu me­trów, oto­czo­nej ka­mien­ny­mi mu­ra­mi oraz za­pew­ne nie­wiel­kim bu­dyn­kiem bram­nym. Za­bu­do­wę uzu­peł­nia­ły drew­nia­ne kon­stru­kcje skrom­nie opar­te o mur, two­rzą­ce za­ple­cze, któ­re bar­dziej przy­po­mi­na­ło po­lo­wą prak­ty­czność niż re­zy­den­cjo­nal­ne am­bi­cje.

ZAMEK W SWOIM NAJSTARSZYM WYDANIU NIE OGLĄDAŁ SIĘ NA KRÓLEWSKIE ZACHCIANKI, BO WYSTARCZYŁO, ŻE STAŁ I NIE WPUSZCZAŁ TYCH, KTÓRYCH NIE NALEŻAŁO WPUSZCZAĆ

Za panowania Kazimierza Wiel­kie­go straż­ni­ca za­czę­ła przyj­mo­wać kształt zam­ku z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, roz­cią­ga­jąc się w dłu­giej, wą­skiej bry­le o wy­mia­rach oko­ło 10×50 me­trów. Wo­kół tej bry­ły wznie­sio­no dzie­wię­cio­me­tro­wy mur kur­ty­no­wy, któ­ry ota­czał wa­ro­wnię rów­nym ob­wo­dem i po­rząd­ko­wał ca­łą za­bu­do­wę w spo­sób pro­sty, ale sku­te­czny.

NA TYM UJĘCIU Z DZIEDZIŃCA GÓRNE CHĘCINY STOJĄ PO LEWEJ W WERSJI HISTORYCZNEJ, A PO PRAWEJ W WERSJI PRZEKROJOWEJ, JAKBY ZAMEK ZAPOZOWAŁ DO ILUSTRACJI Z PODRĘCZNIKA ANATOMII ARCHITEKTURY

Na krańcach osi zamku wzno­szą się dwie smu­kłe, cy­lin­dry­czne wie­że, któ­re ele­gan­cko do­my­ka­ją je­go syl­we­tkę i strze­gą wa­ro­wni od stro­ny ła­go­dniej­szych po­dejść. Ich po­wsta­nie ozna­cza­ło prze­ję­cie fun­kcji star­sze­go ber­gfrie­du, za­pew­ne ro­ze­bra­ne­go w tym sa­mym cza­sie ja­ko re­likt wcze­śniej­szej fa­zy obron­nej. Do obu wież pro­wa­dzi­ły je­dy­nie wej­ścia z gór­nych par­tii mu­rów, przez co po­zo­sta­wa­ły nie­co na ubo­czu co­dzien­ne­go ru­chu i za­cho­wy­wa­ły cha­ra­kter miejsc, do któ­rych do­cie­ra­ło się bar­dziej z obo­wią­zku niż z przy­pad­ku.

WIDOK JEST UROKLIWY, ALE PAMIĘTAJMY, ŻE SYMETRIA JEST TU NIE DEKORACJĄ, LECZ REWOLUCJĄ — DWIE WIEŻE PRZEJĘŁY FUNKCJĘ SWEGO POPRZEDNIKA I NIE ZOSTAWIŁY PO NIM ŚLADU

Przy wschodniej wieży wznie­sio­no jed­no­pię­tro­wy, pro­sto­kąt­ny bu­dy­nek, któ­ry wy­su­wał się ku wscho­do­wi jak ostroż­ny ob­ser­wa­tor wy­glą­da­ją­cy zza mu­rów. Daw­niej na­zy­wa­no go skarb­czy­kiem, choć dziś trud­no stwier­dzić, czy rze­czy­wi­ście prze­cho­wy­wa­no tam ro­do­we ko­szto­wno­ści, czy po pro­stu uzna­no, że tak brzmi naj­bar­dziej god­nie. Łą­czył się on ze skle­pio­nym po­mie­szcze­niem peł­nią­cym naj­pew­niej ro­lę ka­pli­cy, a oba wnę­trza ukła­da­ły się w ca­łość, gdzie co­dzien­ność sta­wa­ła na ba­czność na sa­mą myśl o są­siedz­twie po­świę­co­ne­go miej­sca i je­go nie­na­gan­nej re­pu­ta­cji.

ZE SKARBCZYKA ZOSTAŁY TYLKO OKRUCHY, WIĘC ZAINSCENIZOWANO GO POD WIEŻĄ WIĘZIENNĄ, GDZIE KU ULDZE HISTORII NIE CZEKA SIĘ JUŻ NA WYROKI, A NA SZCZĘŚLIWY RZUT MONETĄ

W tej samej części wa­ro­wni umie­szczo­no bra­mę wja­zdo­wą pro­wa­dzą­cą na dzie­dzi­niec, a doj­ście do niej za­pe­wniał drew­nia­ny most zwo­dzo­ny prze­rzu­co­ny po­nad su­chą fo­są i opar­ty na so­lid­nych, mu­ro­wa­nych fi­la­rach. Ca­łość nie wy­glą­da­ła mo­że jak cud in­ży­nie­rii, lecz dzia­ła­ła sku­te­cznie i wzbu­dza­ła re­spekt, po­nie­waż most uno­sił się w gó­rę z ta­ką czuj­no­ścią, że wszel­kie za­pew­nie­nia o szla­che­tnych in­ten­cjach koń­czy­ły się jesz­cze za­nim zdą­ży­ły za­brzmieć prze­ko­nu­ją­co.

DAWNA BRAMA NIE BRONI JUŻ TWIERDZY, ALE WYSTARCZY SPOJRZEĆ NA JEJ POZOSTAŁOŚCI, BY USŁYSZEĆ METALICZNE „WYNOCHA”, KTÓRE NIEJEDNEMU PRZYBYSZOWI WYBIŁO Z GŁOWY DYPLOMACJĘ

W drugiej po­ło­wie XIV wie­ku wa­ro­wnia do­cze­ka­ła się ko­lej­nej od­sło­ny swo­jej ar­chi­te­kto­ni­cznej hi­sto­rii i przy pół­no­cnym mu­rze kur­ty­no­wym wy­rósł ob­szer­ny, go­ty­cki bu­dy­nek, któ­ry z cza­sem zy­skał mia­no wiel­kie­go do­mu. Mie­ści­ły się w nim po­ko­je miesz­kal­ne sta­ro­sty oraz ar­chi­wum, czy­li wszyst­ko to, co w zam­ku mu­sia­ło być za­rów­no wy­go­dne, jak i bez­pie­czne. Wy­peł­nio­no rów­nież prze­strzeń po­mię­dzy skarb­czy­kiem a przed­bra­miem, co ukształ­to­wa­ło ele­wa­cję w po­łą­czo­ne ze so­bą seg­men­ty z rów­no­le­gle bieg­ną­cy­mi da­cha­mi i od tej po­ry prze­mie­szcza­nie się mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi czę­ścia­mi wa­ro­wni od­by­wa­ło się już bez ko­nie­czno­ści wy­sta­wia­nia się na ka­pry­sy po­go­dy.

JEŚLI ZAMEK MIAŁ W ŚREDNIOWIECZU SWOJĄ STREFĘ PREMIUM, TO DOM WIELKI BYŁ JEJ WIZYTÓWKĄ — POKOJE DLA WŁADZY, SKRZYNIE DLA AKT I WRESZCIE ZADASZONA KOMUNIKACJA, DZIŚ ZREKONSTRUOWANA ODROBINĘ ŁADNIEJ NIŻ BYŁO

Z tego samego okre­su naj­praw­do­po­do­bniej po­cho­dzi ce­gla­na nad­bu­do­wa obu wież oraz kuch­nia wznie­sio­na w pół­no­cno-wscho­dniej czę­ści dzie­dziń­ca. Tuż obok niej sta­nął dru­gi gmach miesz­kal­ny, zbu­do­wa­ny na fun­da­men­tach pier­wo­tnej wie­ży i wy­po­sa­żo­ny w piec typu hy­po­cau­stum, dzię­ki któ­re­mu miesz­kań­cy mo­gli cie­szyć się cie­płem w spo­sób nie­mal lu­ksu­so­wy jak na owe cza­sy.

POZOSTAŁOŚCI DOMU NA ZAMKU WYSOKIM SUFLERUJĄ PODRÓŻNYM, ŻE HISTORIA LUBI, GDY CZŁOWIEK ZATRZYMA SIĘ NA CHWILĘ — NAWET JEŚLI TYLKO PO TO, BY WYJĄĆ BUŁKĘ

Również w drugiej po­ło­wie XIV stu­le­cia w za­cho­dniej czę­ści wzgó­rza zam­ko­we­go po­ja­wił się tzw. za­mek dol­ny, roz­ciąg­nię­ty na ob­sza­rze oko­ło 30 na 60 me­trów i oto­czo­ny mu­rem obron­nym z kre­ne­la­żem, któ­ry na­da­wał ca­ło­ści ty­le po­wa­gi, ile po­zwa­la­ły uzy­skać mo­żli­wo­ści epo­ki.

DZIEDZINIEC DOLNY ZACHOWUJE SIĘ JAK ROZSĄDNY GOSPODARZ, DAJĄC MIEJSCE I DAWNYM BASZTOM, I WSPÓŁCZESNYM RYCERZOM W KLAPKACH

W jego północno-za­cho­dnim na­ro­żni­ku sta­nę­ła czwo­ro­kąt­na wie­ża, za­pew­ne zwień­czo­na drew­nia­ną nad­bu­do­wą z hur­dy­cja­mi, a w na­roż­ni­ku po­łu­dnio­wo-za­cho­dnim wznie­sio­no mu­ro­wa­ny, pię­tro­wy bu­dy­nek, któ­ry do­peł­niał układ no­we­go obwo­du. Po­zo­sta­łą prze­strzeń za­ję­ły drew­nia­ne za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­cze roz­mie­szczo­ne wzdłuż mu­rów ni­czym ka­ta­log funk­cji po­trzeb­nych każ­dej wa­ro­wni, co prze­mie­ni­ło dol­ną część za­ło­że­nia w te­ren o wie­le bar­dziej pra­co­wi­ty niż re­pre­zen­ta­cyj­ny, choć nikt spe­cjal­nie na to nie na­rze­kał.

NA FOTOGRAFII Z LAT SIEDEMDZIESIĄTYCH WIDAĆ WIEŻĘ UDAJĄCĄ, ŻE TRZYMA SIĘ ŚWIETNIE, CHOĆ JEJ SĄSIEDNI BUDYNEK DAWNO JUŻ USTĄPIŁ POLA GRAWITACJI I OBOJĘTNOŚCI CZASU

W centralnej części te­go dzie­dziń­ca znaj­do­wa­ła się stu­dnia lub cy­ster­na na wo­dę, kon­stru­kcja na ty­le so­li­dna, że już pod ko­niec XVIII wie­ku Jan Ca­ro­si opi­sy­wał ją sło­wa­mi: dru­gi dzie­dzi­niec o wie­le więk­szy po­sia­da w środ­ku głę­bo­ką, ku­tą w ska­le stud­nię, któ­rej głę­bo­kość po­da­no na oko­ło 100 łok­ci. We­dług lo­kal­nych le­gend łą­czy­ła się ona z ko­lei pod­ziem­nym ko­ry­ta­rzem z ko­ścio­łem św. Bar­tło­mie­ja u stóp gó­ry, co w na­tu­ral­ny spo­sób pod­nio­sło ran­gę zwy­kłej stud­ni do po­zio­mu ma­łe­go ar­chi­te­kto­ni­czne­go bo­ha­te­ra.

TEN ZABEZPIECZONY OTWÓR WYGLĄDA, JAKBY NADAL NOSIŁ W SOBIE POCZUCIE MISJI, ŻE SKORO RAZ PRZYZNAŁO MU SIĘ PODZIEMNY KORYTARZ, TO NIE WYPADA BYŁO WRÓCIĆ DO ZWYKŁEJ HYDROLOGII

Również w okresie no­wo­ży­tnym za­mek nie po­zo­sta­wał w bez­czyn­no­ści i przyj­mu­je się, że w dru­giej po­ło­wie XVI wie­ku pro­wa­dzo­no na nim pra­ce re­mon­to­we, choć ich ska­li nie da się dziś do­kła­dnie okre­ślić. Wia­do­mo na­to­miast, że po po­ża­rze z 1607 ro­ku sta­ro­sta Sta­ni­sław Bra­ni­cki prze­pro­wa­dził od­bu­do­wę w sty­lu póź­no­re­ne­san­so­wym, dzię­ki cze­mu za­mek pre­zen­to­wał się tak, jak­by przy­jął zni­szcze­nia z god­no­ścią i po­sta­no­wił wyjść z nich w le­pszej for­mie. W tym cza­sie po­wstał bu­dy­nek no­wej kuch­ni przy za­cho­dniej wie­ży zam­ku gór­ne­go oraz bra­ma łą­czą­ca za­mek gór­ny z dol­nym, co uspra­wni­ło po­ru­sza­nie się mię­dzy obie­ma czę­ścia­mi za­ło­że­nia.

REKONSTRUKCJA POKAZUJE ZAMEK W CZASACH, GDY ŻYŁ ON JESZCZE W ZGODZIE ZE SWOIM GOTYCKIM PROFILEM, ZANIM BRANICKI WPROWADZIŁ GO W RENESANS NICZYM GOSPODARZ, KTÓRY POSTANOWIŁ ULEPIĆ MU DRUGĄ MŁODOŚĆ Z COKOŁÓW I TYNKÓW

Przebudowano także dom wiel­ki, w któ­rym ulo­ko­wa­no ka­pli­cę, a dzie­dzi­niec zam­ku gór­ne­go oto­czo­no mu­ro­wa­ny­mi ar­ka­da­mi pod­pie­ra­ją­cy­mi gan­ki dla stra­ży, dzię­ki cze­mu ca­łość zy­ska­ła bar­dziej upo­rząd­ko­wa­ny cha­ra­kter. Przy wje­ździe od wscho­du sta­nął no­wy ka­mien­ny most, na­to­miast po stro­nie za­cho­dniej po­ja­wi­ła się bra­ma z fur­tą pro­wa­dzą­cą do mia­sta, co uła­twi­ło co­dzien­ne funk­cjo­no­wa­nie mie­szkań­ców. Cha­ra­kte­ry­sty­czne dla te­go cza­su by­ły ce­bu­la­ste heł­my wień­czą­ce wie­że, spra­wia­ją­ce wra­że­nie, że za­mek za­pra­gnął na chwi­lę uda­wać ele­gan­cki pa­ła­cyk, choć mu­ry wy­raź­nie nie były na to go­to­we.

ZAMEK STOI GOŁY I SZCZERY, HEŁMY SKAZAŁ NA NIEPAMIĘĆ I WRÓCIŁ DO SUROWEGO ŚREDNIOWIECZA

ZWIEDZANIE


Malownicze ruiny kró­le­wskie­go zam­ku do­mi­nu­ją nad oko­li­cą i przy­cią­ga­ją wzrok z da­le­ka, a strze­li­ste wie­że ro­bią to z ta­ką pew­no­ścią, jak­by wciąż pa­mię­ta­ły cza­sy, gdy ich za­da­niem by­ło bu­dzić re­spekt, a nie je­dy­nie cie­ka­wość tu­ry­stów. Dzi­siej­szy obraz tej daw­nej wa­ro­wni two­rzy ob­wód mu­rów obron­nych oraz dwie wie­że, któ­rym to­wa­rzy­szy ba­szta i któ­re ra­zem spra­wia­ją wra­że­nie, że ca­łe stu­le­cia by­ły je­dy­nie prze­rwą w obo­wią­zkach. Ten sam ton pod­trzy­mu­ją frag­men­ty wscho­dnie­go przed­bra­mia, go­ty­ckie­go do­mu sta­ro­stów chę­ciń­skich i po­zo­sta­ło­ści za­bu­do­wań ze stu­dnią two­rzą­ce wi­dok miej­sca, któ­re za­cho­wu­je daw­ny układ, choć część ele­men­tów od daw­na nie sta­wi­ła się na służ­bę.

OD TEJ STRONY RUINY WYGLĄDAJĄ, JAKBY SZYKOWAŁY SIĘ DO RAPORTU — MIMO ŻE OSTATNI DOWÓDCA WYSZEDŁ STĄD Z PRACY JAKIEŚ PIĘĆSET LAT TEMU

Cały zespół kil­ka lat te­mu pod­da­no re­wi­ta­li­za­cji obej­mu­ją­cej re­mont i do­sto­so­wa­nie wie­ży za­cho­dniej do ru­chu tu­ry­sty­czne­go oraz czę­ścio­wą re­kon­stru­kcję ka­pli­cy, co przy­wró­ci­ło te­mu miej­scu pe­wien ro­dzaj upo­rząd­ko­wa­nej ene­rgii. Od­no­wio­no też oba dzie­dziń­ce, wy­ty­czo­no no­we tra­sy dla pie­szych i uno­wo­cze­śnio­no oświe­tle­nie, dzię­ki cze­mu no­cna ilu­mi­na­cja po­tra­fi na­dać ru­inom ton swo­bo­dnej ele­gan­cji, któ­rej daw­ni wła­ści­cie­le mo­gli­by po­za­zdro­ścić.

DZIEDZINIEC ZAMKU DOLNEGO PRZED I PO REWITALIZACJI — OTO JAK Z MIEJSCA „TU NICZEGO NIE DOTYKAĆ, BO SIĘ K.... ZAWALI” POWSTAŁO „PROSZĘ, WEJDŹ, CHODŹ, ZOBACZ JAKIE PIĘKNE”

Zmieniono również naj­bliż­sze oto­cze­nie wa­ro­wni, po­nie­waż pół­no­cny stok wzgó­rza oczy­szczo­no z sa­mo­sie­jek, a pro­wa­dzą­ce do bram dro­gi i ście­żki upo­rząd­ko­wa­no oraz ozdo­bio­no drew­nia­ny­mi fi­gu­ra­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi po­sta­cie wa­żne dla hi­sto­rii mia­sta, co spra­wi­ło, że po­dej­ście pod gó­rę za­czę­ło przy­po­mi­nać spa­cer w to­wa­rzy­stwie lo­kal­nych bo­ha­te­rów. Po tych zmia­nach za­mek zy­skał bar­dziej ko­mer­cyj­ne obli­cze bu­du­ją­ce atmo­sfe­rę żyw­szą niż daw­niej, a ca­ła re­wi­ta­li­za­cja pre­zen­tu­je się jak przed­się­wzię­cie, któ­re po­tra­fi po­łą­czyć no­wo­cze­sną wy­go­dę z du­mą prze­szłych epok.

JEST COŚ UROCZEGO W TYM RYCERZU Z CZASÓW BATOREGO, CHOĆ WIDAĆ, ŻE AUTOR WZIĄŁ NA WARSZTAT GŁÓWNIE ENTUZJAZM, A RESZTĘ DOKOŃCZYŁA NIEZWRUSZONA LOGIKA LOKALNEJ RZEMIEŚLNICZEJ FANTAZJI

Ruina jest udo­stęp­nio­na dla ru­chu tu­ry­sty­czne­go i choć nie znaj­dzie­my tu ty­po­wych mu­ze­alnych ga­blot, trud­no mieć o to pre­ten­sje, bo sa­me mu­ry ro­bią za wy­sta­wę i ra­dzą so­bie z tym za­da­niem cał­kiem do­brze. Po wi­zy­cie w skar­bcu w wer­sji ra­czej sym­bo­li­cznej oraz po obej­rze­niu bro­ni drzew­co­wej i ga­le­rii ry­cin zo­sta­je spa­cer po dzie­dziń­cach, któ­ry po­zwa­la ro­zej­rzeć się spo­koj­nie i dojść do wnio­sku, że wi­do­ki od stu­le­ci nie stra­ci­ły ocho­ty na po­pi­sy. Z pla­tform wi­do­ko­wych umie­szczo­nych na skraj­nych wie­żach moż­na zo­ba­czyć pa­no­ra­mę mia­ste­czka i Wzgórz Chę­ciń­skich, któ­re pre­zen­tu­ją się tak, jak­by do­brze wie­dzia­ły, że są jed­nym z moc­niej­szych pun­któw pro­gra­mu.

PANORAMA PREZENTUJE UKŁAD TERENU IDEALNY DO BADAŃ NAD TYM, DLACZEGO LUDZIE WCIĄŻ WCHODZĄ NA WZGÓRZA, ZAMIAST KUPOWAĆ DRONY

Na zamku dzia­ła też skle­pik z pa­miąt­ka­mi i kra­my rze­mie­ślni­cze, w se­zo­nie uzu­peł­nia­ne obec­no­ścią re­kon­stru­kto­rów po­tra­fią­cych tak zręcz­nie łą­czyć zbro­ję z co­dzien­ny­mi na­wy­ka­mi, że prze­wi­nię­cie po­wia­do­mień w przer­wie mię­dzy po­je­dyn­ka­mi wy­glą­da jak część ce­re­mo­nia­łu. Dzię­ki te­mu ca­łe miej­sce zy­sku­je sta­tus jed­nej z naj­po­pu­lar­niej­szych atra­kcji re­gio­nu, co w po­go­dne week­en­dy owo­cu­je tłu­mem tak licz­nym, iż z ła­two­ścią mógł­by zdo­być za­mek, gdy­by trak­to­wał zwie­dza­nie bar­dziej za­da­nio­wo. Wła­śnie dla­te­go naj­le­piej od­wie­dzić to miej­sce po­za se­zo­nem lub tuż po otwar­ciu, po­nie­waż do­pie­ro wte­dy ru­iny od­zy­sku­ją swój spo­kój i po­zwa­la­ją oglą­dać się bez ko­nie­czno­ści że­glo­wa­nia mię­dzy ko­lej­ny­mi fa­la­mi go­ści.

WYSTAWA DAWNYCH WIDOKÓW W WIEŻY ZACHODNIEJ SERWUJE BEZLITOSNĄ PRAWDĘ: ZAMEK ZAWSZE BYŁ FOTOGENICZNY, LUDZIE JUŻ NIEKONIECZNIE

Na północny zachód od Chę­cin wy­ra­sta Mie­dzian­ka — wzgó­rze nie­po­zor­ne w for­mie, lecz nie­zwy­kle zróż­ni­co­wa­ne w bu­do­wie. W je­go war­stwach obok skał osa­do­wych znaj­du­ją się wa­pie­nie po­wsta­łe z or­ga­ni­zmów daw­nej ra­fy ko­ra­lo­wej, co przy­po­mi­na o cza­sach, gdy w miej­scu dzi­siej­szych wznie­sień pa­no­wał świat, któ­ry bar­dziej ko­ja­rzył­by się z tro­pi­ka­mi niż z Gó­ra­mi Świę­to­krzy­ski­mi. To wła­śnie ta ge­olo­gi­czna róż­no­ro­dność spra­wia, że Mie­dzian­ka od lat jest po­li­go­nem ba­daw­czym ge­olo­gów i miej­scem po­szu­ki­wań cie­ka­wych oka­zów skał oraz mi­ne­ra­łów — pro­fe­sji, w któ­rej en­tu­zjazm po­tra­fi roz­bły­snąć na wi­dok frag­men­tu ka­mie­nia o kształ­cie, któ­ry dla la­ików wy­glą­da po pro­stu… jak frag­ment ka­mie­nia. Zło­ża mie­dzi eks­plo­ato­wa­no tu już w śre­dnio­wie­czu, a po­wsta­łe wte­dy sztol­nie i szy­by za­cho­wa­ły się do dziś, przy­po­mi­na­jąc, że gór­ni­ctwo nie cze­ka­ło na erę dy­na­mi­tu ani ko­pa­rek — wy­star­czył ki­lof, świa­tło i du­żo cier­pli­wo­ści.

MIASTECZKO LŚNI W DOLINIE, A ZA NIM ROZCIĄGA SIĘ PASMO, KTÓRE PAMIĘTA CZASY, GDY ŚWIAT BYŁ TU KIEDYŚ O WIELE BARDZIEJ AKWARIUM NIŻ MIEJSCOWOŚCIĄ

Nieco dalej na pół­noc roz­cią­ga się ła­go­dne Pa­smo Bo­le­cho­wi­ckie z kul­mi­na­cją Czer­wo­nej Gó­ry, zna­nej z czer­wo­ne­go zle­pień­ca zwa­ne­go zyg­mun­to­wskim. Z te­go wła­śnie ma­te­ria­łu wy­ko­na­no w 1644 ro­ku war­sza­wską ko­lum­nę Zyg­mun­ta III Wa­zy — przed­się­wzię­cie ufun­do­wa­ne przez je­go sy­na Wła­dy­sła­wa, któ­ry naj­wy­ra­źniej uznał, że pa­mięć o oj­cu naj­le­piej utrwa­la się w ka­mie­niu, a nie w li­stach do po­tom­nych. Ko­lum­na zo­sta­ła zni­szczo­na pod­czas II woj­ny świa­to­wej, a w 1949 ro­ku od­bu­do­wa­no ją z gra­ni­tu po­cho­dzą­ce­go z ka­mie­nio­ło­mów strze­gom­skich; no­wy ma­te­riał nie pró­bo­wał na­śla­do­wać daw­ne­go, ale speł­nił swo­ją ro­lę, po­zwa­la­jąc pom­ni­ko­wi wró­cić na miej­sce, z któ­re­go od tam­tej po­ry ob­ser­wu­je plac bez po­trze­by do­po­wia­da­nia ko­men­ta­rzy.

OCALONY FRAGMENT KOLUMNY ZYGMUNTA LEŻY DZIŚ PRZY ZAMKU KRÓLEWSKIM JAK MILCZĄCE PRZYPOMNIENIE, ŻE SŁYNNY ZLEPIENIEC Z CZERWONEJ GÓRY WYTRZYMAŁ WIELE — ALE ZREALIZOWANA LEKCJA ZNISZCZEŃ OKAZAŁA SIĘ JEDNAK SUROWSZA
Wstęp na za­mek jest bi­le­to­wa­ny, a ka­sa mie­ści się na dol­nym dzie­dziń­cu przy fur­cie za­cho­dniej — peł­ni ona funk­cję wej­ścia i ro­bi to z prze­ko­na­niem god­nym miej­sca pa­mię­ta­ją­ce­go ko­lej­ki w zu­peł­nie in­nych cza­sach. Na te­re­nie obo­wią­zu­je ruch jed­no­kie­run­ko­wy, więc wcho­dzi­my przez fur­tę za­chod­nią i opu­szcza­my za­mek wscho­dnią bra­mą, co na­da­je zwie­dza­niu lek­ko pro­ce­syj­ny cha­ra­kter. Wa­rto o tym pa­mię­tać już u pod­nó­ża gó­ry, po­nie­waż wła­ści­wa ścież­ka za­czy­na się od­po­wie­dnio wcze­śnie i uła­twia do­tar­cie do ru­in bez nie­po­trze­bnych okrą­żeń.
Na wi­zy­tę w zam­ku z doj­ściem i po­wro­tem naj­le­piej li­czyć pół­to­rej go­dzi­ny. Tra­sa pod gó­rę lu­bi roz­cią­gnąć spa­cer tak, by nikt nie za­po­mniał, kto tu na­pra­wdę rzą­dzi kraj­obra­zem.
Do ruin nie wol­no wpro­wa­dzać zwie­rząt. Być mo­że po to, by to one nie ucier­pia­ły w star­ciu z week­en­do­wą fre­kwen­cją.
Nad zam­kiem obo­wią­zu­je za­kaz lo­tów dro­nem, co przy war­ko­cie tych urzą­dzeń wy­da­je się de­cy­zją dość roz­sąd­ną.

NA WIDOK TEGO HERBU CZŁOWIEK MYŚLI O JEDNYM: JEŚLI TO MA BYĆ SYMBOL RODU, TO CHYBA RODU, KTÓRY WYGRAŁ TESTY ODPORNOŚCI NA BÓL

DOJAZD


Chęciny leżą około pięt­na­stu ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy za­chód od Kielc przy dro­dze E77 pro­wa­dzą­cej w stro­nę Kra­ko­wa, co spra­wia, że trud­no tu za­błą­dzić na­wet ko­muś, kto po­le­ga wy­łą­cznie na in­tu­icji.

Dwa typowo tu­ry­sty­czne par­kin­gi znaj­du­ją się przy uli­cy Ję­drze­jo­wskiej, je­den pła­tny i dru­gi bez­pła­tny, oba w od­le­gło­ści oko­ło 400 me­trów od zam­ku, skąd za­czy­nają się główne szla­­ki. W se­zo­nie i w week­en­dy wol­ne miej­sca zni­ka­ją tam w ry­tmie, któ­ry nie sprzy­ja dłu­gim roz­wa­ża­niom, dla­te­go w ta­kiej sy­tu­acji naj­le­piej kie­ro­wać się na du­ży par­king przy uli­cy Ar­mii Kra­jo­wej od­da­lo­ny o nie­co po­nad ki­lo­metr i da­ją­cy wię­cej prze­strze­ni.
Parking ro­we­ro­wy ulo­ko­wa­no przy uli­cy Ję­drze­jow­skiej i to tam więk­szość tu­ry­stów zo­sta­wia swo­je jed­no­śla­dy. Dru­ga mo­żli­wość znaj­du­je się przy wscho­dniej fur­cie, skąd pro­wa­dzi ścież­ka wzdłuż mu­rów na stro­nę za­cho­dnią. Do środ­ka ro­wer nie wje­dzie.

TAK, DO ZAMKU IDZIE SIĘ POD GÓRKĘ, ALE TO ŚWIETNY MOMENT, ŻEBY POMYŚLEĆ, JAK DOBRZE, ŻE NIE MUSICIE TEGO ROBIĆ W ZBROI

WARTO ZOBACZYĆ


U stóp Góry Zamkowej stoi ko­ściół świę­te­go Bar­tło­mie­ja, wznie­sio­ny przed ro­kiem 1325 z fun­da­cji Wła­dy­sła­wa Ło­kie­tka. Bu­do­wla o ha­lo­wym ukła­dzie no­si w na­wach i pre­zbi­te­rium ko­leb­ko­we skle­pie­nie, któ­re prze­trwa­ło wie­ki i wciąż za­cho­wu­je spo­koj­ną pe­wność sta­rej kon­stru­kcji. Wnę­trze za­cho­wa­ło póź­no­go­ty­ckie por­ta­le, a naj­star­szy z nich z pięt­na­ste­go stu­le­cia wi­ta przy wej­ściu i sta­no­wi ka­mien­ny do­wód, że funk­cja by­wa bar­dziej trwa­ła niż mo­da.


Na zachód od Rynku, przy uli­cy Ma­ło­go­skiej, wzno­si się kla­sztor ber­nar­dy­nek ufun­do­wa­ny w sze­sna­stym wie­ku przez bur­mi­strza i raj­ców miej­skich. Kom­pleks two­rzy orien­to­wa­ny ko­ściół oraz bu­dy­nek kla­sztor­ny, któ­ry przy­le­ga do wscho­dniej czę­ści świą­ty­ni i na­tu­ral­nie roz­wi­ja układ za­ło­że­nia. Ca­łość obej­mu­ją­ca tak­że ogród i spi­chlerz mie­ści się w obrę­bie ka­mien­ne­go mu­ru, któ­ry od wie­ków utrzy­mu­je po­rzą­dek prze­strze­ni. Zwie­dzić moż­na ko­ściół do­stęp­ny w cza­sie na­bo­żeństw i to wy­star­cza, aby od­czuć, że cią­głość opo­wie­ści, któ­rą two­rzy to miej­sce, by­wa bar­dziej prze­ko­nu­ją­ca niż opi­sy w prze­wo­dni­kach.


W północnej części mia­sta, przy uli­cy Fran­ci­szkań­skiej, znaj­du­je się ufun­do­wa­ny przez Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go ko­ściół i kla­sztor fran­ci­szka­nów. Za­ło­że­nie mia­ło pier­wo­tnie for­mę go­ty­cką, któ­rą w sie­dem­na­stym wie­ku prze­kształ­co­no w ba­rok, dzię­ki cze­mu bry­ła zy­ska­ła wię­cej świa­tła i de­ko­ra­cyj­no­ści. W dzie­więt­na­stym stu­le­ciu ada­pto­wa­no je na wię­zie­nie i nie by­ła to ro­la, o któ­rej ma­rzą kruż­gan­ki, lecz mu­ry wy­ko­na­ły ją bez pro­te­stu. Póź­niej kom­pleks słu­żył ja­ko szko­ła, za­kład mię­sny i schro­ni­sko PTTK, a do ro­ku 1991 ja­ko re­stau­ra­cja i ho­tel, więc w je­go hi­sto­rii da się zna­leźć nie­mal każ­dą wer­sję miej­skiej przed­się­bior­czo­ści. Obec­nie obiekt po­no­wnie znaj­du­je się w rę­kach oj­ców fran­ci­szka­nów i po­no­wnie stał się miej­scem mo­dli­twy, a nie eks­pe­ry­men­tów bud­że­to­wych.


Przy ulicy Długiej stoi daw­na sy­na­go­ga wznie­sio­na po 1683 na pla­nie pro­sto­ką­ta. Wnę­trza kor­pu­su boż­ni­cy kry­ją skle­pie­nia ko­leb­ko­wo krzy­żo­we oraz ko­leb­ko­we z lu­ne­ta­mi, a ich układ pro­wa­dzi wzrok ku gó­rze ni­czym sub­tel­na lek­cja ge­ome­trii. Nad bu­dyn­kiem roz­cią­ga się czte­ro­spa­do­wy dach ła­ma­ny, któ­ry na­da­je ca­ło­ści wy­wa­żo­ny i zwar­ty cha­ra­kter. Bu­dy­nek moż­na zwie­dzać i ta moż­li­wość od­sła­nia wię­cej, niż su­ge­ru­je skrom­na ele­wacja.


Planując wycieczkę do Chę­cin war­to prze­zna­czyć chwi­lę na wi­zy­tę w re­ne­san­so­wej ka­mie­ni­cy zwa­nej Niem­czów­ką, któ­ra stoi przy uli­cy Ma­ło­go­skiej tuż obok kla­szto­ru sióstr ber­nar­dy­nek. Bu­dy­nek praw­do­po­do­bnie po­wstał w 1570 ro­ku z ini­cja­ty­wy Wa­len­te­go Wrze­śnia i je­go żo­ny An­ny z Niem­czów ja­ko trzy­kon­dy­gna­cyj­na re­zy­den­cja z ob­szer­ną sie­nią prze­ja­zdo­wą oraz dzie­dziń­cem za­pro­je­kto­wa­nym tak, by go­ście mo­gli wejść, ode­tchnąć i zro­zu­mieć, że nie ka­żdy tu­tej­szy mie­szcza­nin mu­siał spać w jed­nym po­ko­ju z za­pa­sa­mi na zi­mę.

Największym i naj­bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­nym po­mie­szcze­niem w ca­łym bu­dyn­ku jest Sa­la Wiel­ka kry­ta stro­pem bel­ko­wym, na któ­rym wid­nie­je ła­ciń­ska in­skry­pcja: Hunc lo­cum aedi­fi­ca­vit vir pro­bus et lau­da­bi­lis ci­vis ac pra­efe­ctus op­pi­di Chę­ci­ne­nsis Va­len­ti­nus So­bo­nio­wski An­no Do­mi­ni 1634. W tłu­ma­cze­niu brzmi to nie­co skrom­niej niż ory­gi­nał, choć wciąż z god­no­ścią: Ten gmach zo­sta­ł wznie­sio­ny przez sła­we­tne­go mie­szkań­ca mia­sta i bur­mi­strza chę­ciń­skie­go Wa­len­te­go So­bo­nio­wskie­go Ro­ku Pań­skie­go 1634. Wi­dać w tym prze­ko­na­nie, że je­śli już chw­alić się wła­snym dzie­łem, to naj­le­piej za­pi­sać to na su­fi­cie, aby nie by­ło wąt­pli­wo­ści, kto za­pła­cił, a kto tyl­ko po­dzi­wia.

Przed remontem ka­mie­ni­ca mie­ści­ła ka­wia­rnię i bi­blio­te­kę pu­bli­czną i za­ska­ku­ją­co do­brze go­dzi­ła po­trze­by tych, któ­rzy szu­ka­li sma­ku, z ty­mi, któ­rzy szu­ka­li tre­ści. Obe­cnie mie­ści się tu Cen­trum In­for­ma­cji Tu­ry­sty­cznej i Hi­sto­ry­cznej Gmi­ny Chę­ci­ny, w któ­re­go sa­lach przy­go­to­wa­no wy­sta­wę re­plik ubio­ru i uzbro­je­nia woj­ska pol­skie­go od je­de­na­ste­go do sie­dem­na­ste­go stu­le­cia, po­zwa­la­ją­cą do­strzec, że mię­dzy wy­go­dą a prze­trwa­niem z re­gu­ły wy­bie­ra­no to dru­gie.

Zwiedzając Niemczówkę trud­no też po­mi­nąć za­by­tko­we piw­ni­ce, w któ­rych urzą­dzo­no ga­le­rię fo­to­gra­fii i re­kwi­zy­tów zwią­za­nych z fil­mem Pan Wo­ło­dy­jo­wski oraz z epi­zo­dem po­by­tu eki­py fil­mo­wej w Chę­ci­nach, któ­ry miej­sco­wi wspo­mi­na­ją z mie­sza­ni­ną sym­pa­tii i lek­kiej sa­ty­sfa­kcji. Ozdo­bą tej czę­ści eks­po­zy­cji jest ma­kie­ta zam­ku kró­lew­skie­go z po­czą­tku sie­de­mna­ste­go wie­ku, któ­ra pre­zen­tu­je wer­sję twier­dzy sprzed cza­sów, gdy ru­inę za­czę­to trak­to­wać jak sta­ły ele­ment kraj­obra­zu.

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. Cz. Hadamik: Naj­star­szy za­mek w Chę­ci­nach, Ar­chi­te­ktu­ra 7-A/2011
  2. Cz. Hadamik: Zbiór frag­men­tów ka­fli [...] z ba­dań zam­ku…, Ac­ta Uni­ver­si­ta­tis Lo­dzen­sis 27/2010
  3. T. Glinka, M. Piasecki, R. Szewczyk, M. Sapała: Cu­da Pol­ski, Pu­bli­cat 2008
  4. W. Gliński, Cz. Hadamik: Za­mek w Chę­ci­nach - za­rys pro­ble­ma­ty­ki ba­da­wczej...
  5. R. Jurkowski: Zam­ki świę­to­krzy­skie, Wy­da­wni­ctwo CM 2017
  6. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Le­ksy­kon zam­ków w Pol­sce, Ar­ka­dy 2001
  7. T. Poklewski-Koziełł: Stu­dia o zam­kach śre­dnio­wie­cznych, IAE PAN 2012
  8. R. Rogiński: Zam­ki i twier­dze w Pol­sce, In­sty­tut Wy­da­wni­czy Zwią­zków Za­wo­do­wych 1990
  9. R. A. Sypek: Zam­ki i wa­ro­wnie zie­mi san­do­mier­skiej, TRIO 2003
  10. A. Wagner: Mu­ro­wa­ne bu­do­wle obron­ne w Pol­sce X-XVIIw., Bel­lo­na 2019
  11. Praca zbiorowa: Za­mek kró­le­wski w Chę­ci­nach na tle Eu­ro­py Środ­ko­wej, Wy­daw­nic­two Uni­wer­sy­te­tu Ja­na Ko­cha­now­skie­go w Kiel­cach 2018