
DZIEJE ZAMKU
Najstarszy znany dokument, w którym Chęciny mignęły światu choćby kątem pergaminu, to przywilej Bolesława V Wstydliwego (zm. 1279) z roku 1275. Sporządzono go na prośbę sandomierskiego podkomorzego Podkomorzy – urząd w przedrozbiorowej Polsce. Jego zachodnimi odpowiednikami są: szambelan, kamerling itp. Komorą nazywano w dawnej polszczyźnie dwór książęcy, mieszkanie panującego z jego skarbcem, wreszcie komnatę sypialną. Komorzym zwano zarządzającego tą komorą urzędnika dworskiego. Zastępca i pomocnik komorzego zwał się podkomorzym – subcamerarius. Mikuły, a dotyczył wioski Łagiewniki – osady zrujnowanej i wyludnionej po tatarskim najeździe, który zostawiał po sobie ciszę bardziej wymowną niż niejedna kronika. O zamku nie wspomniano tam ani zdaniem, co sugeruje, że wówczas jeszcze nie istniał. Gdyby stał, na pewno uchyliłby w dokumencie swoje majestatyczne „jestem”, bo zamki średniowieczne raczej nie należały do rzeczy, które łatwo przeoczyć.

Pierwsza pewna wzmianka, w której zamek pojawia się już wyraźnie z nazwy, widnieje w wielkim przywileju wystawionym w 1306 roku przez księcia małopolskiego
Władysława Łokietka
(zm. 1333). W dokumencie tym władca obiecuje kapitule krakowskiej przekazanie castrum Chancin wraz z okolicznymi wsiami. Była to deklaracja znacząca , choć – jak pokazały najbliższe miesiące – należała ona do tych, które potrafią szybko zmienić kierunek niczym chorągiew na zamkowej wieży.

Sama budowa zamku najpewniej ruszyła na przełomie XIII i XIV wieku, w okresie tzw. epizodu czeskiego. Wśród potencjalnych jego fundatorów pojawiają się dwa nazwiska: król Czech i Polski
Wacław II
(zm. 1305), znany z ambicji i zamiłowania do twardej władzy, oraz krakowski biskup Jan Muskata (zm. 1320), którego reputacja pozostawała równie burzliwa, co ówczesne czasy. Czy Muskata jednak kiedykolwiek urzędował na chęcińskim zamku? Historycy dzielą się na obozy, które zgodnie nie zgadzają się ze sobą w żadnym punkcie – co też jest pewną formą tradycji.

Jedno natomiast wiemy na pewno: 22 września 1307 roku Łokietek wystawił akt in castris ante castrum Chancin, cofając wcześniejszą obietnicę przekazania zamku kapitule. Od tego momentu Chęciny znalazły się już trwale w rękach książęcych, a później królewskich. Pierwszym znanym z imienia zarządcą warowni został niejaki Wrocław, burgrabius de Thanczin, wzmiankowany w 1308 roku – urzędnik, który zapewne miał za zadanie dopilnować, by odtąd zamek zmieniał właścicieli już tylko wtedy, gdy decydowała o tym korona, a nie czeskie ambicje czy kościelne intrygi.

Choć właśnie w tym czasie warownia umacniała swoją pozycję w państwie Łokietka, jej znaczenie gospodarcze i strategiczne zaczęło kształtować się nieco wcześniej. To jeszcze na przełomie XIII i XIV wieku — z inspiracji króla Wacława II oraz jego bliskiego współpracownika, biskupa Jana Muskaty — w okolicy zaczęto eksploatować bogate złoża rud ołowiu, a wokół nich wyrósł prężny okręg górniczy. W takiej sytuacji solidny zamek był nie tyle ozdobą krajobrazu, ile narzędziem kontroli — chronił kopalnie, wspierał administrację i jasno komunikował, że nad tą częścią Małopolski unosi się czujne oko, które mruga wyłącznie z uprzejmości.

Po przejęciu Małopolski przez Władysława Łokietka zamek zyskał również znaczenie polityczne. O jego atrakcyjności decydowało nie tylko sąsiedztwo dochodowych kopalń i potężne umocnienia, ale także dogodne położenie oraz upadek pobliskiego Małogoszcza, którego urzędy przeniesiono właśnie do Chęcin. To tutaj, przy osobistym udziale władcy, odbywały się w latach 1310, 1318, 1331 i 1333 zjazdy rycerstwa małopolskiego i wielkopolskiego — wydarzenia, które historycy z pewną ostrożnością uznają za początki polskiego parlamentaryzmu, zanim jeszcze ktokolwiek wpadł na pomysł, by dać temu zjawisku nazwę.

Szczególne znaczenie miał zjazd z lata 1331 roku, określany przez Jana Długosza mianem generalis omnium terrarum conventus. Podczas tych obrad Łokietek powierzył administrację Wielkopolski swojemu synowi
Kazimierzowi
(zm. 1370), czyniąc jasnym, że Kazimierz ma już nie tylko słuchać, ale i mówić — najlepiej z sensem i w imieniu królestwa. Niedługo po zakończeniu zjazdu część wojsk polskich ruszyła na Kujawy, by 27 września stanąć naprzeciw armii krzyżackiej pod Płowcami. Choć starcie pozostało nierozstrzygnięte, jego przebieg dowiódł jednoznacznie, że w Polsce nikt nie drży już na widok krzyżackiego płaszcza.

Już za panowania Władysława Łokietka chęcińska warownia uchodziła za jedną z najlepiej ufortyfikowanych w całym królestwie, a jej położenie, siła murów i naturalna niedostępność budziły zaufanie większe niż niejeden polityczny układ. Nic więc dziwnego, że skarbiec koronny ulokowano właśnie tutaj, w czasach, gdy krzyżackie pojawienie się mogło oznaczać dla właściciela niemiłą i kosztowną niespodziankę. Z podobną ostrożnością postąpił biskup
Janisław
, który w 1318 roku umieścił w Chęcinach skarby katedry gnieźnieńskiej, przekonany zapewne, że masywne mury zadbają o nie lepiej niż najstaranniejsza modlitwa do świętego Judy, patrona trudności o zadziwiającej wytrwałości.

Po śmierci Łokietka twierdzą zajął się Kazimierz Wielki, rozbudowując ją z typową dla siebie energią. Wzmocnienia przyniosły skutek: przez następne dwa i pół wieku żadna armia nie zdołała zdobyć wzgórza ani siłą, ani podstępem. Chęciny stały niewzruszone, jakby nie zamierzały ułatwiać życia nikomu, kto próbował wejść tu nieproszony.

Sam król nie darzył jednak Chęcin szczególną sympatią, skoro właśnie tutaj ulokował swoją żonę, Adelajdę Heską (zm. 1371), odsuniętą na margines życia publicznego z powodu rzekomej bezpłodności. Królowa spędziła na zamku dwa lata, po czym przeniesiono ją do Żarnowca, ponieważ — jak zanotował Długosz — naprzykrzała mu się gorzkimi wyrzutami. W Żarnowcu traktowano ją godnie i hojnie, lecz ona sama miała już serdecznie dość swojego położenia. Od piętnastu lat znosiła upokorzenie, widząc, że jej uczciwe łoże ustępuje w hierarchii względem tych mniej oficjalnych, i zrozpaczone prośby kierowała do ojca, landgrafa Henryka, by zabrał ją z kraju, w którym musiała patrzeć na przepych, jakim otaczano jej młodsze rywalki.


Po śmierci ostatniego Piasta w Chęcinach przebywała Elżbieta Łokietkówna (zm. 1380), siostra zmarłego króla i matka
Ludwika Węgierskiego
(zm. 1382). To właśnie ona, działając w imieniu syna, sprawowała przez pewien czas realną władzę w państwie, a chęcińska warownia stała się miejscem, z którego mogła kierować królestwem bez konieczności oglądania się na dworskie nastroje.

Za rządów
Władysława Jagiełły
(zm. 1434) w zamku znalazła schronienie jego czwarta żona,
Sonka Holszańska
(zm. 1461), która wraz z synem Władysławem, przyszłym Warneńczykiem, chroniła się tu przed zarazą rozprzestrzeniającą się po kraju. Najpewniej właśnie od jej czasów chęcińskie starostwo zaczęto traktować jako tradycyjne uposażenie królewskich małżonek i wdów — miejsce bezpieczne, reprezentacyjne i wystarczająco odosobnione, by zapewnić spokój tym, którym dworskie sprawy potrafiły dać się we znaki.

Kolejny rozdział dziejów Chęcin to okres, gdy tutejsza warownia pełniła funkcję ciężkiego więzienia dla szlachty, najpewniej zorganizowanego z inicjatywy Władysława Jagiełły. Nie była to bynajmniej placówka dla drobnych winowajców, lecz miejsce, gdzie trafiali ci, których polityczne pomyłki miały rozmiary godne średniowiecznego eposu.

Pierwszym znanym „pensjonariuszem” został Andrzej Olgierdowicz zwany Garbatym (zm. 1399), książę połocki i pskowski, a zarazem przyrodni brat Jagiełły. Okazał się on jednak bratem tylko w sensie genealogicznym, ponieważ udzielił wsparcia wojskom moskiewskim, co szybko sprowadziło go do Chęcin, gdzie przemyślenia nad wartością własnych sojuszy narzucały się same, a wnioski bywały raczej przygnębiające.

Sporo do myślenia miał również niespełna dwudziestoletni Jan Hińcza z Rogowa (zm. 1473), oskarżony o romans z Sonką Holszańską, młodą i wpływową małżonką królewską. Osadzono go w najciemniejszym lochu, gdzie szybko pojął, że wkładać swój interes w terytorium objęte prawem własności monarchy to decyzja, która z alkowy prowadzi prosto do miejsca, gdzie jedyną pasją jest liczenie kropel spadających z sufitu, a wszechobecny smród skutecznie tłumi wszelkie wspomnienia o namiętności.

W zamku przetrzymywano także jeńców pojmanych pod Koronowem, w tym
Michaela Küchmeistera von Sternberg
(zm. 1423), przyszłego wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego. Ironia losu chciała, że zanim stanął on na czele potęgi militarnej, poznał realia polskiej gościny w wydaniu mocno ograniczonym przestrzennie. Do grona tych, którym Chęciny dawały czas na dłuższą refleksję, należał także kniaź mścisławski Georg Langwinowicz (zm. 1456), pojmany po klęsce Świdrygiełły pod Oszmianą, oraz — jak się przyjmuje — Konrad VII oleśnicki (zm. 1452) i Kazimierz V szczeciński (zm. 1435), ujęci przez wojska polskie po bitwie pod Grunwaldem.

Jednym z więźniów chęcińskiej warowni był również Warcisław z Gotartowic, rycerz, który w 1409 roku dowodził niewielką załogą zamku w Bobrownikach na ziemi dobrzyńskiej. Kiedy na początku wielkiej wojny Krzyżacy ruszyli na zamek, obrońcy stawili im opór bardziej z determinacji niż z realnych możliwości, bo brakowało im i żywności, i broni, a najbardziej — nadziei. Dopiero gdy bombardy wyrwały w murze solidną dziurę, Warcisław zdołał wynegocjować krótki rozejm przez arcybiskupa Mikołaja Kurowskiego, mając nadzieję, że pomoc zjawi się w porę. Nadzieja ta okazała się jednak płonna, więc dowódca poddał zamek podejmując decyzję logiczną, choć w oczach Władysława Jagiełły zupełnie nie do przyjęcia. Tak pojęta odpowiedzialność doprowadziła Warcisława i Bartosza z Płomykowa-Płonkowa do chęcińskiej wieży, gdzie obaj mogli przemyśleć, że decyzje wojenne bywają proste, dopóki ocenia się je z tronu, a nie z murów bombardowanego zamku. Wkrótce jednak obaj wyszli na wolność, a hańbę zmyli na polach Grunwaldu, gdzie miecz bywał najlepszym adwokatem.

Mniej więcej w połowie XIV wieku, wraz ze wzrostem znaczenia warowni, utworzono starostwo chęcińskie. Zarządzał nim starosta grodowy Starosta grodowy nadzorował w powiecie administrację skarbową, policyjną oraz sądy, stał na czele sądu grodzkiego, miał prawo miecza (to znaczy egzekucji wszystkich wyroków sądowych na terenie powiatu). , będący zarazem żupnikiem Żupnik – w polskim górnictwie solnym i kruszcowym w XIII–XVIII w. urzędnik zarządzający rejonem górniczym w imieniu posiadacza zwierzchnich praw do górnictwa, również dzierżawca kopalni. , co w praktyce oznaczało, że jego obowiązki rozciągały się od murów zamku po głębiny okolicznych kopalń. Wspierała go około 150-osobowa załoga, a w murach twierdzy mieścił się zarówno urząd, jak i sąd grodzki. Pierwszym znanym z imienia starostą był Grzegorz z Młodziejowic, zanotowany w dokumencie Kazimierza Wielkiego z 1363 roku jako capitaneus de Chancyn — formuła, która dodawała splendoru, nawet jeśli rzeczywistość starostwa rzadko przypominała dworską ceremonialność.

Znaczenie urzędu rosło wraz z nadaniami królewskimi. W 1410 roku Władysław Jagiełło zapisał Piotrowi Szafrańcowi, podkomorzemu krakowskiemu (zm. 1437), 200 grzywien Grzywna - dawna jednostka miary stosowana w średniowiecznej i nowożytnej Polsce. Odpowiadała wartości około 200 gram srebra. Jedna grzywna krakowska równała się 48 groszom praskim. na zamku i tenucie chęcińskiej Tenuta - dzierżawa dóbr królewskich lub książęcych , a w 1421 roku powiększył ten zapis o kolejne 200 grzywien — doceniając wierność, będącą w owych latach towarem deficytowym, a przy tym pożądanym niczym najlepsze urobki z kopalń. Szafraniec dzierżył zastaw prawdopodobnie aż do śmierci, a po niej dochody zasiliły królewską szkatułę. Mimo to Szafrańcowie pozostawali przy Chęcinach uparcie, co sugeruje, że miejsce to oferowało im więcej niż tylko widoki — najwyraźniej zapewniało profity na tyle kuszące, że nie warto było ruszać dalej.

W połowie XVI wieku urząd starosty dzierżyli Stanisław Szafraniec (zm. 1525) i jego syn Hieronim (zm. przed 1556). Zarządzali oni już siedzibą starościńską po modernizacji: z zamkiem dolnym oraz wykutą w skale studnią, która wprowadzała odrobinę wygody do miejsca zaprojektowanego raczej z myślą o obronie niż komforcie. Choć cała warownia przypominała wciąż bardziej szkołę surowych cnót niż pałac, inwestycje Szafrańców udowadniały, że w surowych murach można wprowadzić rozwiązania, które czynią codzienność mniej uciążliwą, a rządzenie — nieco przyjemniejsze.

W 1512 roku, za starosty Stanisława Szafrańca, tenuta chęcińska została nadana jako oprawa wiana królowej
Barbary Zapolyi
(zm. 1515), a w 1518 roku —
Bony Sforzy d’Aragona
(zm. 1557). To właśnie tutaj, w chęcińskim skarbcu, wdowa po Zygmuncie Starym przechowywała swoje pieniądze i kosztowności, strzeżone przez zaufanego dworzanina, Camilla Brancaccio. Stąd wywieziono je do Italii, gdy królowa — skłócona i z synem, i z częścią polskiej szlachty — zdecydowała się wrócić do ojczyzny. Legenda głosi, że jej majątek podróżował na dwudziestu czterech wozach ciągniętych przez sto czterdzieści koni, co sugeruje, że królewskie zasoby miały tendencję do mnożenia się w opowieściach wraz z odległością od miejsca zdarzeń.

Wyjazd Bony „za siedem gór i rzek” do księstwa Bari w lutym 1556 roku można przyjąć za symboliczny początek upadku chęcińskiej warowni. Jej wieże, niegdyś budzące respekt, coraz wyraźniej ustępowały znaczeniem nowoczesnym fortyfikacjom, a archaiczna konstrukcja obronna stawała się świadectwem minionej epoki. Zamek, choć wciąż solidny, tracił swą dawną rolę, podobnie jak wiele średniowiecznych twierdz, które nie nadążały za zmianami w sztuce wojennej.

W tym czasie starostą chęcińskim był Walenty Dembiński
herbu Rawicz
(zm. 1584) — późniejszy
podskarbi wielki koronny
Podskarbi wielki koronny – urząd centralny w I Rzeczypospolitej, sprawujący pieczę nad skarbem i mennicą państwową. Jego prerogatywy zbliżone były do uprawnień dzisiejszego ministra skarbu, finansów i szefa banku centralnego.
i
kanclerz wielki koronny
Kanclerz wielki koronny – urzędnik kierujący kancelarią królewską Korony Królestwa Polskiego i odpowiadający za politykę zagraniczną Królestwa Polskiego. Urząd ten pojawił się na początku XII wieku i był sprawowany przez osobę duchowną. Później urzędnik ten zwany był kanclerzem Królestwa Polskiego, jeszcze później kanclerzem koronnym.
, a prywatnie — ojciec co najmniej piętnaściorga dzieci. Trudno ocenić, czy zawdzięczał to wyjątkowej witalności, czy po prostu żelaznemu zdrowiu, które w XVI wieku należało do rzadkości i bardziej przypominało dar niebios niż skutek codziennych nawyków. Faktem pozostaje, że Dembiński radził sobie zarówno z liczną rodziną, jak i z obowiązkami państwowymi, co stawia go w gronie tych urzędników, których życiorysy czyta się z odrobiną szczerego podziwu.

W 1564 roku Dembiński przekazał urząd jednemu ze swoich wielu synów, Stanisławowi (zm. 1586). Niewątpliwie oczekiwał, że syn podejmie obowiązki z właściwą staroście gorliwością, lecz los szybko wystawił te nadzieje na próbę: na zamku wybuchł poważny pożar, który zniszczył część zabudowy. Na odbudowę przeznaczono 675 florenów — kwotę pozwalającą odnowić jedynie to, bez czego zamek nie mógł funkcjonować. Ambicje estetyczne ustąpiły miejsca trosce o to, by twierdza po prostu trwała.

Znacznie większą bolączką niż nadpalone ściany był jednak brak wody, o czym dobitnie świadczy lustracja z 1569 roku: Potrzebuje zamek chęciński poprawy, albowiem w niektórych miejscach rysy są szkodliwe. A poprawa z trudnością ma być, póki wody nie będzie na zamku. W lustracji opisano studnię łomną, drążoną w twardym marmurze, kosztem niemałym, którym jest citra vel ultra latrów (łatr = ok. 2 m) . Prace prowadzono wyłącznie zimą, ponieważ — jak zanotowano — około studni w lecie robić się nie godzi dla puchu, czyli gorących wyziewów uniemożliwiających robotę. W świetle tych relacji trudno o bardziej wymowne świadectwo determinacji: zamek walczył o wodę niemal z takim uporem, z jakim bronił się niegdyś przed najeźdźcami.

Mimo tych wysiłków inwestycja Dembińskiego nie zdołała odmienić losu warowni. Jako siedziba urzędów stawała się coraz mniej bezpieczna, a pożar z czasów Stanisława wciąż tkwił w zbiorowej pamięci. Nic więc dziwnego, że w 1588 roku sejm nakazał wywieźć z zamku księgi ziemskie powiatu chęcińskiego i przenieść je do parafialnego kościoła u stóp wzgórza. Był to gest rozsądku, ale też symboliczny znak, że dawna warownia stopniowo ustępuje miejsca instytucjom praktycznym, suchym i znacznie mniej łatwopalnym.

W 1607 roku warownia chęcińska po raz pierwszy w swojej historii padła ofiarą najeźdźców, którymi okazali się żołnierze wojewody krakowskiego
Mikołaja Zebrzydowskiego
herbu Radwan
(zm. 1620). Oddziały te, działając pod sztandarem rokoszu przeciwko
Zygmuntowi III Wazie
, najpierw skrupulatnie ograbiły zamek, a następnie go spaliły, wyrażając w ten sposób nie tylko polityczny sprzeciw wobec monarchy, lecz także osobistą niechęć Zebrzydowskiego do starosty chęcińskiego Stanisława Branickiego
herbu Gryf
(zm. 1620), uchodzącego za jednego z najbardziej lojalnych stronników króla.

Branicki, dotknięty zarówno stratą majątku, jak i wyraźnym uderzeniem w jego pozycję, rozpoczął odbudowę zamku natychmiast po ustąpieniu działań wojennych i prowadził ją w latach 1607–1613 wyłącznie za własne środki. Koszty inwestycji wyliczył z urzędową skrupulatnością na 5446 złotych i 16 groszy — sumę na tyle znaczną, że w 1616 roku sejm zobowiązał się do jej zwrotu, choć stan królewskiego skarbca, od dawna bardziej putego niż pełnego, każe przypuszczać, iż starosta otrzymał co najwyżej niewielką część obiecanej kwoty.

Nic więc dziwnego, że starostwo chęcińskie pozostało następnie w rękach jego potomków — najpierw Jana Klemensa (zm. 1657), a później kolejnego Jana Klemensa (zm. 1673) — którzy dzierżyli je, jak powszechnie wówczas sądzono, w formie praktycznej rekompensaty za fundusze wyłożone przez ich przodka. Było to rozwiązanie znacznie wygodniejsze niż oczekiwanie na zwrot kosztów z królewskiego skarbca, znanego z tego, że potrafił łączyć imponującą pustkę z równie imponującym brakiem punktualności w wypłatach.

Stan i wyposażenie zamku kilkanaście lat po odbudowie przeprowadzonej przez Stanisława Branickiego dokumentuje lustracja z 1629 roku, która daje rzadki wgląd w stan chęcińskiej warowni. Wizytatorzy prowadzili opis od bramy aż po najdalsze zabudowania, zapisując kolejno: Wchodząc do tego zamku jest most nowy, na filarach trzech murowanych. Naprzód jest brama sklepista. Pobok tej bramy jest izdebka dla wrotnego. Postępując w zamek, na prawej stronie jest sklepik nowo zasklepiony. Naprzeciwko bramy jest izba dolna, gdzie na ten czas kancelarię odprawują. Drzwi na zawiasach, okien dwa ku miastu, a trzecie w zamek. Piec malowany, ławy wokół. Stół jeden. Z tej izby drugie drzwi, także na zawiasach. Dalej lustrator przechodził do zabudowań u podnóża: Wyszedłszy z zamku, pod mostem trzy stajnie. Pierwsza na cztery konie, ze żłobem i drabiną, do niej drzwi z wrzeciądzem. Druga podle niej, w której dwa żłoby i dwie drabiny […]. Trzecia, w niej żłoby, drabina, wrota o jednej kunie, z niej komora albo stajenka […]. Czwarta stajnia wielka […].

Z wyposażenia zamkowego odnotowano przede wszystkim elementy świadczące nie o wygodzie, lecz o praktycznej codzienności życia na wzgórzu: wóz do wożenia wody i koła kowane dobre, beczka jedna, łańcuch wozowy. W kuchni znajdowała się bania miedziana, zła, a wśród narzędzi i broni wymieniono drabinę długą jedną, małych trzy. Hakownic staroświeckich trzy, zdatnych dwie. Choć opis jest suchy i drobiazgowy, z łatwością można z niego wyczytać, że chęcińska twierdza żyła w rytmie codziennej pracy i napraw, a urząd starościński funkcjonował w warunkach równie praktycznych, co skromnych.

Ostatecznym ciosem dla zamku były zniszczenia spowodowane najazdem Rakoczego w 1657 roku, a następnie szwedzką inwazją z 1707 roku, podczas III wojny północnej III wojna północna – konflikt zbrojny, który toczył się w latach 1700–1721 pomiędzy Królestwem Danii i Norwegii, Rosją, Saksonią, Prusami i Hanowerem z jednej strony a Szwecją z drugiej. Rzeczpospolita Obojga Narodów formalnie pozostawała neutralna aż do 1704 roku, ale faktycznie znaczna część walk toczyła się na jej terytorium i jej kosztem już od 1700 roku. . Skala tych spustoszeń okazała się na tyle dotkliwa, że już pod koniec XVII wieku starosta Stefan Bidziński (zm. 1703) przeniósł swoją siedzibę do pobliskiego Podzamcza Chęcińskiego, a po kolejnej fali zniszczeń szwedzkich na wzgórzu pozostał jedynie urząd i kancelaria, działające tu jeszcze mniej więcej do połowy XVIII wieku.

Upadek warowni zbiegł się jednak z rodzącym się wówczas zainteresowaniem ruiną jako świadectwem dawnych czasów. Jednym z pierwszych, którzy spojrzeli na Chęciny nie tylko jak na zniszczony zamek, lecz również jako na obiekt godny opisu, był
Jan Filip Carosi
(zm. 1795), urodzony w Rzymie polski geolog i górnik, badający starostwo chęcińskie na polecenie króla
Stanisława Augusta Poniatowskiego
pod kątem możliwości ponownej eksploatacji tamtejszego marmuru.

Owocem jego wojaży była praca Podróże przez niektóre prowincje polskie, w której zamieścił także opis chęcińskiej twierdzy: Na samym szczycie góry, leżącej prawie naprzeciwko rynku i należącej do wspomnianego wyżej pasma, położone jest bardzo dawno wybudowane, stare królewskie zamczysko. Jeszcze przed kilku laty zamek ten był podobno zamieszkiwany, wszystko na to wskazuje przy bliższym jego oglądzie. Ponieważ funkcjonowała tam kancelaria, biuro prawne i notarialne, poza tym archiwum królewskie, to według licznych doniesień zamieszkiwali pomieszczenia zamku urzędnicy, archiwiści i inni zatrudnieni tu funkcjonariusze oraz słudzy. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zamek jest teraz w bardzo opłakanym stanie, to już prawie stos kamieni o długości około stu i szerokości czterdziestu łokci. […] Dzisiaj stoją tu jedynie stare wysokie mury okalające, przyłączone do budynku głównego z pierwszego dworu. Może dosyć już marnowania czasu na tę ruinę po zamku, którego nie potrafiono zupełnie uszanować. Jego słowa, pełne rozczarowania, brzmią jak pierwszy zapis nowożytnej refleksji nad losem warowni — refleksji, która w kolejnych dekadach miała tylko narastać, podobnie jak żal, że nie zdołano ocalić jej w czasach, gdy wciąż jeszcze było co ratować.

Dzieła ostatecznego spustoszenia dokonali w czasach zaborów Austriacy, którzy nakazali rozbiórkę murów zamkowych, wykorzystując pozyskany materiał między innymi do budowy drogi prowadzącej w kierunku Krakowa. Do procesu tego, choć z zupełnie innych powodów, przyłączyli się okoliczni chłopi oraz mieszkańcy miasteczka, dla których zamkowy kamień okazał się znacznie bardziej przydatny przy wznoszeniu własnych domostw i piwnic niż w podtrzymywaniu średniowiecznej ruinologii — zwłaszcza że z praktycznego punktu widzenia dawny zamek „bronił” już tylko wspomnień.

Jego stan w 1811 roku opisał
Julian Ursyn Niemcewicz
w Podróżach historycznych: Szerokie poły murów z trzema basztami, rozległe we wnętrzu ziemi piwnice, obdarte z dachu, ozdób i marmurów swoich okna i drzwi – to jest wszystko, co pozostało z gmachu... Resztę murów i kolumn zamkowych przedostatni starosta, jak gdyby swoje, podarował podstarościemu. Tak nakreślony obraz ruin, bardziej przypominających kamieniołom niż dawną warownię, pokazuje, jak szybko zamek tracił kolejne fragmenty swojej substancji i jak łatwo stawał się obiektem nie tylko praktycznego użytkowania, lecz także pierwszych prób jego historycznego opisu.

W 1844 roku do Chęcin zawitała delegacja do spraw Inwentaryzacji Zabytków Królestwa Polskiego, kierowana przez badacza architektury i kolekcjonera
Kazimierza Stronczyńskiego
(zm. 1896). Ekspedycja, której przypadło w udziale ewidencjonowanie murów trzymających się jeszcze prosto oraz tych, które czyniły to już bardziej z przyzwyczajenia niż z konstrukcji, pozostawiła po sobie opis twierdzy wraz z historycznymi uwagami oraz akwarelami Teodora Chrząńskiego, ukazującymi ruiny w czasach, gdy znikały one szybciej, niż dawało się je porządnie udokumentować.

W następnych latach do tych materiałów dołączały liczne — i zwykle krótkie — artykuły prasowe, które powoli budowały wizerunek chęcińskiego zamku jako jednego z czytelniejszych znaków narodowej przeszłości, bardziej przejmującego niż wiele starannie odrestaurowanych zabytków.


To właśnie w tym duchu pisał
Stefan Żeromski
(zm. 1925), który wracał do chęcińskiej warowni wielokrotnie i z przejęciem, jakie rzadko udziela się autorom opisującym kupę kamieni. W jednym z tekstów notował: Ile razy ja już drżałem na widok tych ruin. Zdaje mi się, że cała nasza święta, zamarła Polska uosobiła się, odfotografowała w tej olbrzymiej, przerażająco pięknej ruinie... — zdanie, które bardziej niż niejedna rozprawa tłumaczy, dlaczego Chęciny zaczęły żyć w wyobraźni zbiorowej równie intensywnie, jak niegdyś żyli w nich urzędnicy, żołnierze i starostowie.

Pierwsze prace porządkowe prowadzono tu już w latach 70. XIX wieku z inicjatywy władz austriackich, choć ich zakres był tak skromny, że bardziej przypominał próbę zatrzymania nieuchronnego niż faktyczną opiekę nad zabytkiem. W tym samym czasie poważnie rozważano odbudowę części zamku i urządzenie w nim więzienia — pomysłu, który świadczył o dużej wierze w możliwości średniowiecznych murów, choć raczej nie w ich wartość historyczną.

Nowy impuls przyniosły uroczystości z okazji 500. rocznicy bitwy pod Grunwaldem w 1910 roku. Zainicjowano wówczas ruch społeczny na rzecz rewitalizacji chęcińskich ruin, uważanych w tym czasie za pamiątkę budowli wzniesionej z inicjatywy jednego z Piastów (przekonanie to, jak dziś wiemy, nie ma solidnych podstaw historycznych). Zbiórce funduszy patronował między innymi
Henryk Sienkiewicz
(zm. 1916), który opublikował list otwarty w sprawie ochrony zamku i sam dorzucił 10 srebrnych rubli — gest symboliczny, lecz głośny. Niestety, cały entuzjazm natrafił na dobrze znaną przeszkodę: brak środków. Z planów niewiele wyszło, a zamek, zamiast odzyskać siły, w trakcie I wojny światowej stracił część środkowej wieży, ostrzelanej przez austriacką artylerię, gdy obiekt pełnił rolę rosyjskiego punktu obserwacyjnego.


W okresie międzywojennym, z inicjatywy burmistrza Chęcin Edmunda Padechowicza (zm. 1978), prowadzono na zamku drobne prace remontowe, które mogły co najwyżej spowolnić postępującą degradację — niczym opatrunek naklejony na mur pamiętający jeszcze czasy królowej Bony. Dopiero działania z lat 40. i 50. XX wieku przyniosły wyraźniejszy efekt: mury zabezpieczono w formie trwałej ruiny, a wieże odrestaurowano i udostępniono turystom, dając im okazję spojrzeć na okolicę z tej samej wysokości, z której dawniej wypatrywano nieprzyjaciół, a obecnie — co najwyżej kolejnej grupy wycieczkowej.

Ostatnia duża inwestycja przypadła na lata 2013–15 i pochłonęła ponad 8 milionów złotych. W jej ramach nie tylko wzmocniono mury, lecz także uporządkowano dziedzińce, odtworzono część dawnych podziałów przestrzennych i przystosowano cały zamek do obsługi ruchu turystycznego. Dzięki temu ruiny zaczęły wreszcie wyglądać jak miejsce, które zaprasza do zwiedzania, a nie jak teren, na którym historia i natura od wieków prowadzą bój o ostatni kamień. Rewitalizacja sprawiła też, że zamek stał się po prostu atrakcyjniejszy i zdecydowanie lepiej przygotowany na spotkanie z tłumami gości, którzy chcą oglądać przeszłość w stanie nieco bardziej uporządkowanym niż ten, który stworzyły wojny, wiatr i ręce, które zawsze wiedziały, gdzie znaleźć porządny budulec.

dość skutecznie zacierał granicę między fikcją a rzeczywistością. Na wschodnim zboczu Góry Zamkowej wyrosła imponująca makieta twierdzy w Kamieńcu Podolskim, której budowę powierzono ekipie scenograficznej z taką determinacją, jakby w grę wchodziło ponowne wskrzeszenie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Konstrukcja powstała z drewnianych bali obitych workami mającymi imitować kamień — rozwiązanie zaskakująco skuteczne, zwłaszcza gdy kamera trzymała odpowiedni dystans, a widzowie nie mieli okazji zajrzeć za kulisy i sprawdzić, jak „mury” reagują na mocniejszy podmuch wiatru.





OPIS ZAMKU
Warownię wzniesiono na skalnej grani wzgórza o wysokości 355 metrów nad poziomem morza — miejscu o tak niekorzystnych nachyleniach terenu, że łatwiej było je przeklinać niż zdobyć. Najstarsza faza zamku, datowana na przełom XIII i XIV wieku, składała się z cylindrycznej wieży o średnicy około ośmiu metrów, otoczonej kamiennymi murami oraz zapewne niewielkim budynkiem bramnym. Zabudowę uzupełniały drewniane konstrukcje skromnie oparte o mur, tworzące zaplecze, które bardziej przypominało polową praktyczność niż rezydencjonalne ambicje.

Za panowania Kazimierza Wielkiego strażnica zaczęła przyjmować kształt zamku z prawdziwego zdarzenia, rozciągając się w długiej, wąskiej bryle o wymiarach około 10×50 metrów. Wokół tej bryły wzniesiono dziewięciometrowy mur kurtynowy, który otaczał warownię równym obwodem i porządkował całą zabudowę w sposób prosty, ale skuteczny.

Na krańcach osi zamku wznoszą się dwie smukłe, cylindryczne wieże, które elegancko domykają jego sylwetkę i strzegą warowni od strony łagodniejszych podejść. Ich powstanie oznaczało przejęcie funkcji starszego bergfriedu, zapewne rozebranego w tym samym czasie jako relikt wcześniejszej fazy obronnej. Do obu wież prowadziły jedynie wejścia z górnych partii murów, przez co pozostawały nieco na uboczu codziennego ruchu i zachowywały charakter miejsc, do których docierało się bardziej z obowiązku niż z przypadku.

Przy wschodniej wieży wzniesiono jednopiętrowy, prostokątny budynek, który wysuwał się ku wschodowi jak ostrożny obserwator wyglądający zza murów. Dawniej nazywano go skarbczykiem, choć dziś trudno stwierdzić, czy rzeczywiście przechowywano tam rodowe kosztowności, czy po prostu uznano, że tak brzmi najbardziej godnie. Łączył się on ze sklepionym pomieszczeniem pełniącym najpewniej rolę kaplicy, a oba wnętrza układały się w całość, gdzie codzienność stawała na baczność na samą myśl o sąsiedztwie poświęconego miejsca i jego nienagannej reputacji.

W tej samej części warowni umieszczono bramę wjazdową prowadzącą na dziedziniec, a dojście do niej zapewniał drewniany most zwodzony przerzucony ponad suchą fosą i oparty na solidnych, murowanych filarach. Całość nie wyglądała może jak cud inżynierii, lecz działała skutecznie i wzbudzała respekt, ponieważ most unosił się w górę z taką czujnością, że wszelkie zapewnienia o szlachetnych intencjach kończyły się jeszcze zanim zdążyły zabrzmieć przekonująco.

W drugiej połowie XIV wieku warownia doczekała się kolejnej odsłony swojej architektonicznej historii i przy północnym murze kurtynowym wyrósł obszerny, gotycki budynek, który z czasem zyskał miano wielkiego domu. Mieściły się w nim pokoje mieszkalne starosty oraz archiwum, czyli wszystko to, co w zamku musiało być zarówno wygodne, jak i bezpieczne. Wypełniono również przestrzeń pomiędzy skarbczykiem a przedbramiem, co ukształtowało elewację w połączone ze sobą segmenty z równolegle biegnącymi dachami i od tej pory przemieszczanie się między poszczególnymi częściami warowni odbywało się już bez konieczności wystawiania się na kaprysy pogody.

Z tego samego okresu najprawdopodobniej pochodzi ceglana nadbudowa obu wież oraz kuchnia wzniesiona w północno-wschodniej części dziedzińca. Tuż obok niej stanął drugi gmach mieszkalny, zbudowany na fundamentach pierwotnej wieży i wyposażony w piec typu hypocaustum, dzięki któremu mieszkańcy mogli cieszyć się ciepłem w sposób niemal luksusowy jak na owe czasy.

Również w drugiej połowie XIV stulecia w zachodniej części wzgórza zamkowego pojawił się tzw. zamek dolny, rozciągnięty na obszarze około 30 na 60 metrów i otoczony murem obronnym z krenelażem, który nadawał całości tyle powagi, ile pozwalały uzyskać możliwości epoki.

W jego północno-zachodnim narożniku stanęła czworokątna wieża, zapewne zwieńczona drewnianą nadbudową z hurdycjami, a w narożniku południowo-zachodnim wzniesiono murowany, piętrowy budynek, który dopełniał układ nowego obwodu. Pozostałą przestrzeń zajęły drewniane zabudowania gospodarcze rozmieszczone wzdłuż murów niczym katalog funkcji potrzebnych każdej warowni, co przemieniło dolną część założenia w teren o wiele bardziej pracowity niż reprezentacyjny, choć nikt specjalnie na to nie narzekał.

W centralnej części tego dziedzińca znajdowała się studnia lub cysterna na wodę, konstrukcja na tyle solidna, że już pod koniec XVIII wieku Jan Carosi opisywał ją słowami: drugi dziedziniec o wiele większy posiada w środku głęboką, kutą w skale studnię, której głębokość podano na około 100 łokci. Według lokalnych legend łączyła się ona z kolei podziemnym korytarzem z kościołem św. Bartłomieja u stóp góry, co w naturalny sposób podniosło rangę zwykłej studni do poziomu małego architektonicznego bohatera.

Również w okresie nowożytnym zamek nie pozostawał w bezczynności i przyjmuje się, że w drugiej połowie XVI wieku prowadzono na nim prace remontowe, choć ich skali nie da się dziś dokładnie określić. Wiadomo natomiast, że po pożarze z 1607 roku starosta Stanisław Branicki przeprowadził odbudowę w stylu późnorenesansowym, dzięki czemu zamek prezentował się tak, jakby przyjął zniszczenia z godnością i postanowił wyjść z nich w lepszej formie. W tym czasie powstał budynek nowej kuchni przy zachodniej wieży zamku górnego oraz brama łącząca zamek górny z dolnym, co usprawniło poruszanie się między obiema częściami założenia.

Przebudowano także dom wielki, w którym ulokowano kaplicę, a dziedziniec zamku górnego otoczono murowanymi arkadami podpierającymi ganki dla straży, dzięki czemu całość zyskała bardziej uporządkowany charakter. Przy wjeździe od wschodu stanął nowy kamienny most, natomiast po stronie zachodniej pojawiła się brama z furtą prowadzącą do miasta, co ułatwiło codzienne funkcjonowanie mieszkańców. Charakterystyczne dla tego czasu były cebulaste hełmy wieńczące wieże, sprawiające wrażenie, że zamek zapragnął na chwilę udawać elegancki pałacyk, choć mury wyraźnie nie były na to gotowe.

ZWIEDZANIE
Malownicze ruiny królewskiego zamku dominują nad okolicą i przyciągają wzrok z daleka, a strzeliste wieże robią to z taką pewnością, jakby wciąż pamiętały czasy, gdy ich zadaniem było budzić respekt, a nie jedynie ciekawość turystów. Dzisiejszy obraz tej dawnej warowni tworzy obwód murów obronnych oraz dwie wieże, którym towarzyszy baszta i które razem sprawiają wrażenie, że całe stulecia były jedynie przerwą w obowiązkach. Ten sam ton podtrzymują fragmenty wschodniego przedbramia, gotyckiego domu starostów chęcińskich i pozostałości zabudowań ze studnią tworzące widok miejsca, które zachowuje dawny układ, choć część elementów od dawna nie stawiła się na służbę.

Cały zespół kilka lat temu poddano rewitalizacji obejmującej remont i dostosowanie wieży zachodniej do ruchu turystycznego oraz częściową rekonstrukcję kaplicy, co przywróciło temu miejscu pewien rodzaj uporządkowanej energii. Odnowiono też oba dziedzińce, wytyczono nowe trasy dla pieszych i unowocześniono oświetlenie, dzięki czemu nocna iluminacja potrafi nadać ruinom ton swobodnej elegancji, której dawni właściciele mogliby pozazdrościć.


Zmieniono również najbliższe otoczenie warowni, ponieważ północny stok wzgórza oczyszczono z samosiejek, a prowadzące do bram drogi i ścieżki uporządkowano oraz ozdobiono drewnianymi figurami przedstawiającymi postacie ważne dla historii miasta, co sprawiło, że podejście pod górę zaczęło przypominać spacer w towarzystwie lokalnych bohaterów. Po tych zmianach zamek zyskał bardziej komercyjne oblicze budujące atmosferę żywszą niż dawniej, a cała rewitalizacja prezentuje się jak przedsięwzięcie, które potrafi połączyć nowoczesną wygodę z dumą przeszłych epok.

Ruina jest udostępniona dla ruchu turystycznego i choć nie znajdziemy tu typowych muzealnych gablot, trudno mieć o to pretensje, bo same mury robią za wystawę i radzą sobie z tym zadaniem całkiem dobrze. Po wizycie w skarbcu w wersji raczej symbolicznej oraz po obejrzeniu broni drzewcowej i galerii rycin zostaje spacer po dziedzińcach, który pozwala rozejrzeć się spokojnie i dojść do wniosku, że widoki od stuleci nie straciły ochoty na popisy. Z platform widokowych umieszczonych na skrajnych wieżach można zobaczyć panoramę miasteczka i Wzgórz Chęcińskich, które prezentują się tak, jakby dobrze wiedziały, że są jednym z mocniejszych punktów programu.

Na zamku działa też sklepik z pamiątkami i kramy rzemieślnicze, w sezonie uzupełniane obecnością rekonstruktorów potrafiących tak zręcznie łączyć zbroję z codziennymi nawykami, że przewinięcie powiadomień w przerwie między pojedynkami wygląda jak część ceremoniału. Dzięki temu całe miejsce zyskuje status jednej z najpopularniejszych atrakcji regionu, co w pogodne weekendy owocuje tłumem tak licznym, iż z łatwością mógłby zdobyć zamek, gdyby traktował zwiedzanie bardziej zadaniowo. Właśnie dlatego najlepiej odwiedzić to miejsce poza sezonem lub tuż po otwarciu, ponieważ dopiero wtedy ruiny odzyskują swój spokój i pozwalają oglądać się bez konieczności żeglowania między kolejnymi falami gości.



Wstęp na zamek jest biletowany, a kasa mieści się na dolnym dziedzińcu przy furcie zachodniej — pełni ona funkcję wejścia i robi to z przekonaniem godnym miejsca pamiętającego kolejki w zupełnie innych czasach. Na terenie obowiązuje ruch jednokierunkowy, więc wchodzimy przez furtę zachodnią i opuszczamy zamek wschodnią bramą, co nadaje zwiedzaniu lekko procesyjny charakter. Warto o tym pamiętać już u podnóża góry, ponieważ właściwa ścieżka zaczyna się odpowiednio wcześnie i ułatwia dotarcie do ruin bez niepotrzebnych okrążeń.
Na wizytę w zamku z dojściem i powrotem najlepiej liczyć półtorej godziny. Trasa pod górę lubi rozciągnąć spacer tak, by nikt nie zapomniał, kto tu naprawdę rządzi krajobrazem.
Do ruin nie wolno wprowadzać zwierząt. Być może po to, by to one nie ucierpiały w starciu z weekendową frekwencją.
Nad zamkiem obowiązuje zakaz lotów dronem, co przy warkocie tych urządzeń wydaje się decyzją dość rozsądną.

DOJAZD
Chęciny leżą około piętnastu kilometrów na południowy zachód od Kielc przy drodze E77 prowadzącej w stronę Krakowa, co sprawia, że trudno tu zabłądzić nawet komuś, kto polega wyłącznie na intuicji.
Dwa typowo turystyczne parkingi znajdują się przy ulicy Jędrzejowskiej, jeden płatny i drugi bezpłatny, oba w odległości około 400 metrów od zamku, skąd zaczynają się główne szlaki. W sezonie i w weekendy wolne miejsca znikają tam w rytmie, który nie sprzyja długim rozważaniom, dlatego w takiej sytuacji najlepiej kierować się na duży parking przy ulicy Armii Krajowej oddalony o nieco ponad kilometr i dający więcej przestrzeni.
Parking rowerowy ulokowano przy ulicy Jędrzejowskiej i to tam większość turystów zostawia swoje jednoślady. Druga możliwość znajduje się przy wschodniej furcie, skąd prowadzi ścieżka wzdłuż murów na stronę zachodnią. Do środka rower nie wjedzie.

WARTO ZOBACZYĆ
U stóp Góry Zamkowej stoi kościół świętego Bartłomieja, wzniesiony przed rokiem 1325 z fundacji Władysława Łokietka. Budowla o halowym układzie nosi w nawach i prezbiterium kolebkowe sklepienie, które przetrwało wieki i wciąż zachowuje spokojną pewność starej konstrukcji. Wnętrze zachowało późnogotyckie portale, a najstarszy z nich z piętnastego stulecia wita przy wejściu i stanowi kamienny dowód, że funkcja bywa bardziej trwała niż moda.

Na zachód od Rynku, przy ulicy Małogoskiej, wznosi się klasztor bernardynek ufundowany w szesnastym wieku przez burmistrza i rajców miejskich. Kompleks tworzy orientowany kościół oraz budynek klasztorny, który przylega do wschodniej części świątyni i naturalnie rozwija układ założenia. Całość obejmująca także ogród i spichlerz mieści się w obrębie kamiennego muru, który od wieków utrzymuje porządek przestrzeni. Zwiedzić można kościół dostępny w czasie nabożeństw i to wystarcza, aby odczuć, że ciągłość opowieści, którą tworzy to miejsce, bywa bardziej przekonująca niż opisy w przewodnikach.

W północnej części miasta, przy ulicy Franciszkańskiej, znajduje się ufundowany przez Kazimierza Wielkiego kościół i klasztor franciszkanów. Założenie miało pierwotnie formę gotycką, którą w siedemnastym wieku przekształcono w barok, dzięki czemu bryła zyskała więcej światła i dekoracyjności. W dziewiętnastym stuleciu adaptowano je na więzienie i nie była to rola, o której marzą krużganki, lecz mury wykonały ją bez protestu. Później kompleks służył jako szkoła, zakład mięsny i schronisko PTTK, a do roku 1991 jako restauracja i hotel, więc w jego historii da się znaleźć niemal każdą wersję miejskiej przedsiębiorczości. Obecnie obiekt ponownie znajduje się w rękach ojców franciszkanów i ponownie stał się miejscem modlitwy, a nie eksperymentów budżetowych.

Przy ulicy Długiej stoi dawna synagoga wzniesiona po 1683 na planie prostokąta. Wnętrza korpusu bożnicy kryją sklepienia kolebkowo krzyżowe oraz kolebkowe z lunetami, a ich układ prowadzi wzrok ku górze niczym subtelna lekcja geometrii. Nad budynkiem rozciąga się czterospadowy dach łamany, który nadaje całości wyważony i zwarty charakter. Budynek można zwiedzać i ta możliwość odsłania więcej, niż sugeruje skromna elewacja.

Planując wycieczkę do Chęcin warto przeznaczyć chwilę na wizytę w renesansowej kamienicy zwanej Niemczówką, która stoi przy ulicy Małogoskiej tuż obok klasztoru sióstr bernardynek. Budynek prawdopodobnie powstał w 1570 roku z inicjatywy Walentego Września i jego żony Anny z Niemczów jako trzykondygnacyjna rezydencja z obszerną sienią przejazdową oraz dziedzińcem zaprojektowanym tak, by goście mogli wejść, odetchnąć i zrozumieć, że nie każdy tutejszy mieszczanin musiał spać w jednym pokoju z zapasami na zimę.


Największym i najbardziej reprezentacyjnym pomieszczeniem w całym budynku jest Sala Wielka kryta stropem belkowym, na którym widnieje łacińska inskrypcja: Hunc locum aedificavit vir probus et laudabilis civis ac praefectus oppidi Chęcinensis Valentinus Soboniowski Anno Domini 1634. W tłumaczeniu brzmi to nieco skromniej niż oryginał, choć wciąż z godnością: Ten gmach został wzniesiony przez sławetnego mieszkańca miasta i burmistrza chęcińskiego Walentego Soboniowskiego Roku Pańskiego 1634. Widać w tym przekonanie, że jeśli już chwalić się własnym dziełem, to najlepiej zapisać to na suficie, aby nie było wątpliwości, kto zapłacił, a kto tylko podziwia.

Przed remontem kamienica mieściła kawiarnię i bibliotekę publiczną i zaskakująco dobrze godziła potrzeby tych, którzy szukali smaku, z tymi, którzy szukali treści. Obecnie mieści się tu Centrum Informacji Turystycznej i Historycznej Gminy Chęciny, w którego salach przygotowano wystawę replik ubioru i uzbrojenia wojska polskiego od jedenastego do siedemnastego stulecia, pozwalającą dostrzec, że między wygodą a przetrwaniem z reguły wybierano to drugie.

Zwiedzając Niemczówkę trudno też pominąć zabytkowe piwnice, w których urządzono galerię fotografii i rekwizytów związanych z filmem Pan Wołodyjowski oraz z epizodem pobytu ekipy filmowej w Chęcinach, który miejscowi wspominają z mieszaniną sympatii i lekkiej satysfakcji. Ozdobą tej części ekspozycji jest makieta zamku królewskiego z początku siedemnastego wieku, która prezentuje wersję twierdzy sprzed czasów, gdy ruinę zaczęto traktować jak stały element krajobrazu.



ZAMKI W POBLIŻU
- Podzamcze Chęcińskie – dwór starostów chęcińskich z XVII w., 4 km
- Kielce – pałac biskupów z umocnieniami bastionowymi z XVII w., 13 km
- Podzamcze Piekoszowskie – ruina pałacu magnackiego z XVII w., 13 km
- Sobków – fortalicium szlacheckie z XVI w., 14 km
- Bolmin – ruina dworu obronnego z XVI w., 15 km
- Mokrsko Górne – ruina zamku szlacheckiego z XIV w., 17 km
- Chełmce – ruina dworu obronnego z XVI w., 20 km
LITERATURA
- Cz. Hadamik: Najstarszy zamek w Chęcinach, Architektura 7-A/2011
- Cz. Hadamik: Zbiór fragmentów kafli [...] z badań zamku…, Acta Universitatis Lodzensis 27/2010
- T. Glinka, M. Piasecki, R. Szewczyk, M. Sapała: Cuda Polski, Publicat 2008
- W. Gliński, Cz. Hadamik: Zamek w Chęcinach - zarys problematyki badawczej...
- R. Jurkowski: Zamki świętokrzyskie, Wydawnictwo CM 2017
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Arkady 2001
- T. Poklewski-Koziełł: Studia o zamkach średniowiecznych, IAE PAN 2012
- R. Rogiński: Zamki i twierdze w Polsce, Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych 1990
- R. A. Sypek: Zamki i warownie ziemi sandomierskiej, TRIO 2003
- A. Wagner: Murowane budowle obronne w Polsce X-XVIIw., Bellona 2019
- Praca zbiorowa: Zamek królewski w Chęcinach na tle Europy Środkowej, Wydawnictwo Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach 2018