
DZIEJE ZAMKU
Budowę murowanego zamku w Borysławicach zawdzięczamy
Wojciechowi Jastrzębcowi
, biskupowi krakowskiemu, którego kariera polityczna przypominała raczej sinusoidę niż prostą drogę do chwały. Jeszcze niedawno – ceniony dyplomata i istotny partner w pertraktacjach z Zakonem Krzyżackim, a już wkrótce – samotnik politycznej sceny, od którego zarówno król, jak i szlachta odwracali wzrok z wyraźnym znużeniem. Powodem tej spektakularnej zmiany były negocjacje prowadzone z wielkim rozmachem, ale niekoniecznie z wielkim skutkiem. Jastrzębiec, zamiast wzmocnić pozycję Korony, popełnił błędy na tyle poważne, że w 1420 roku znalazł się w niełasce – nie tyle wykluczony, co raczej uprzejmie odsunięty, by jego obecność nie przypominała wszystkim o dyplomatycznej porażce.

Nietrudno sobie wyobrazić, że doświadczenie to znacząco przyspieszyło jego decyzję o budowie własnej rezydencji obronnej. Bo cóż może lepiej chronić przed gniewem politycznych przeciwników niż solidne mury, własna kaplica i dyskretny loch? Prace ruszyły zapewne jeszcze w latach 20. XV wieku. Wzmianka z 1426 roku o kaplicy zamkowej sugeruje, że budowa była już na finiszu – a być może Jastrzębiec zdążył nawet zamieszkać w nowej siedzibie (i oddychać z ulgą, że przynajmniej kamienie nie oceniają jego dyplomacji).

Na budowę i utrzymanie zamku pozwalały mu dochody arcybiskupie, dzięki którym w ciągu czterdziestu lat kariery zgromadził majątek robiący wrażenie nawet dziś: 40 000 grzywien, czyli równowartość około ośmiu ton srebra (zapasy porównywalne z królewskim skarbcem dużego europejskiego państwa). Nie wszystko jednak udało się uchronić naszemu przedsiębiorczemu duchownemu. Część kosztowności – złote ozdoby, drogocenne kamienie, naczynia liturgiczne, a nawet zbroję godną biskupa-rycerza – ukrył w Borysławicach. Niestety, nie przewidział, że największym zagrożeniem okaże się nie potęga krzyżackiego miecza, lecz ambicje własnej rodziny: skarby zniknęły w rękach jego stryjecznego wnuka, Dziersława z Rytwian (zm. 1478), który najwyraźniej uważał, że dziedziczenie najlepiej przyspieszyć własnoręcznie.

Pierwsze dwa stulecia istnienia warowni upłynęły bez większych dramatów – co w polskich realiach polityczno-wojennych należy uznać za luksus niemal nieprzyzwoity, bo zamiast huku dział i zgrzytu oręża rozbrzmiewał tu głównie miarowy stuk młotków i dłut. Zamek przechodził powolne, ewolucyjne metamorfozy, a jego układ i urządzenia obronne dopasowywano tak, by nie tylko odstraszać potencjalnych napastników, ale też zapewniać coraz większy komfort mieszkańcom. Krótko mówiąc – nie była to scena wielkiej polityki ani bitewnej chwały, lecz raczej codzienna, cicha opowieść o tym, jak średniowieczne mury uczą się żyć w zgodzie zarówno z toporem, jak i z miękką poduszką.

Od XVI wieku zamek w Borysławicach przechodził z rąk do rąk niczym cenna karta przetargowa w grze wielkich rodów. Najpierw trafiał do Russockich, potem do Gębickich – rodu na tyle wpływowego, że zapewnił Koronie dwóch kanclerzy i trzech biskupów, w tym nieszczęsnego
Wawrzyńca Gębickiego
(zm. 1624), sekretarza Zygmunta III Wazy, którego reputacja raczej nie przysłużyła się familijnej chwale. Następnie właścicielami zostali Szczawińscy
herbu Prawdzic
, znani także z pobliskich Besiekier. To właśnie w borysławickich murach dorastał Jakub Szczawiński, wojewoda brzesko-kujawski, który w 1652 roku na sejmie Jana Kazimierza miał odwagę głośno skrytykować czyn posła Władysława Sicińskiego (zm. 1672) – pierwszego śmiałka w dziejach, który sięgnął po słynne, a zarazem fatalne w skutkach liberum veto.

Historia nie okazała się jednak łaskawa – w 1656 roku zamek stał się ofiarą wojsk szwedzkich, które jednym ruchem przekreśliły wieki spokoju, zamieniając dawną rezydencję w zgliszcza. Próby jej odbudowy podejmowane w kolejnych latach spełzły na niczym, a inwentarze z epoki notowały sucho i bezlitośnie: zamek pusty, przez nieprzyjaciela zrujnowany. Jeszcze w XIX wieku ruiny uchodziły za starożytność krajową, ale czas i potrzeby mieszkańców okazały się silniejsze niż romantyczna aura. Cegła po cegle budowla znikała, zamieniając się w źródło taniego materiału, aż wreszcie pozostały tylko skromne fragmenty, które dziś możemy oglądać na fotografiach – niemal jak epitafium po dawnej świetności.

Wedle legendy owa nieszczęsna dziewczyna była córką Szczawińskich, którą próbowano przymusić do małżeństwa z narzuconym kandydatem; sprzeciwiła się, co w owych czasach uchodziło za zuchwałość równą politycznej zdradzie, a za karę zamknięto ją w baszcie bramnej borysławickiego zamku. Jej kochanek – młodzieniec odważny, choć zapewne niezbyt praktyczny – przekupił strażnika i przekazał wybrance linę, po której miała zsunąć się z okna i uciec ku wolności. Jak to jednak bywa w opowieściach, które kończą się widmem, plan nie został zrealizowany: lina była źle przywiązana, zerwała się w połowie, a dziewczyna runęła na ziemię, ponosząc śmierć na miejscu. Od tego czasu zjawa w bieli błąka się po ruinach, jakby miała patronować wszystkim historiom, które zaczynają się od wielkich nadziei, a kończą na twardej ziemi.

OPIS ZAMKU
Na podstawie badań architektonicznych historycy ustalili, że zamek kształtował się etapami – i to aż czterema. Pierwszy z nich dał początek budowli o planie prostokąta, 21 na 25 metrów, zwartej, elegancko skarpowanej na narożach. W jego obrębie stanęły trzykondygnacyjne domy przy krótszych kurtynach, niewielki dziedziniec oraz brama w murze zachodnim. Całość wyglądała na tyle regularnie i przemyślanie, że można by pomyśleć, iż fundatorowi marzył się nie tylko bezpieczny azyl, lecz także budowla, która swoim porządkiem będzie imponować przyjezdnym gościom.
Na narożu jednego z domów wyrastała wieloboczna wieżyczka – rozwiązanie praktyczne, ale i prestiżowe, bo warownia miała nie tylko chronić, lecz także imponować. Całość wzniesiono z cegły w klasycznym wątku gotyckim, a o zamożności fundatora świadczyły ozdobne detale: dekoracje z zendrówki i arkadowe fryzy, które jasno dawały do zrozumienia, że nie była to siedziba byle ziemianina. Obronność dodatkowo podkreślały wały, prawdopodobnie częstokół, a także fosa zasilana wodą z pobliskiej rzeki – element, który skutecznie oddzielał świat codziennych niepokojów od świata wewnątrz murów.

W XV wieku zamek zyskał nowe oblicze. Wokół dotychczasowych murów pojawił się kolejny pierścień – potężny obwód o wymiarach około 38 × 41 metrów, który stworzył siedmiometrowej szerokości międzymurze. Była to przestrzeń na tyle rozległa, że mieściła i strażników, i ich codzienność, a jednocześnie czyniła zamek bardziej imponującym w oczach przyjezdnych. Od strony zachodniej wyrosła wieża bramna, jakby dla podkreślenia, że Borysławice nie są już tylko zwykłą siedzibą obronną, lecz zamkiem wpisującym się w szerszy trend europejskich „dwudomowych” rezydencji. Takie rozwiązania były wówczas modne w Czechach, ale pojawiały się też bliżej – w Sierakowie, Łowiczu czy Gosławicach – a Borysławice, choć mniejsze, w niczym nie ustępowały towarzyszom tego architektonicznego nurtu.

Kolejna odsłona, przypadająca na przełom XV i XVI wieku, skoncentrowała się na bramie, która przestała być tylko wejściem, a zaczęła pełnić rolę prawdziwej wizytówki. Zyskała niskie, oskarpowane przedbramie, a nad dawnym wjazdem wyrósł nowy akcent – czteroboczna, trzykondygnacyjna wieża z krenelażem i narożnymi skarpami, gotowa nie tylko straszyć wrogów, ale i budzić podziw sojuszników. Co ciekawe, zbudowano ją w wątku wendyjskim, odmiennym od reszty murów – jakby specjalnie, by podkreślić, że oto mamy do czynienia z czymś nowym i ważnym. Modernizacja całego systemu miała cel praktyczny: przygotować warownię na epokę broni palnej.

Ostatnia przebudowa, już po roku 1600, nadała całości odrobinę elegancji: dwa istniejące domy spięto trzecim, usytuowanym naprzeciw bramy, a drewniane ganki ustąpiły miejsca murowanym arkadom – rozwiązaniu trwałemu, estetycznemu i w pełni godnemu rezydencji, która przez stulecia rosła nie tylko w siłę, ale i w ambicje – jakby chciała udowodnić, że w świecie murów również istnieje coś takiego jak awans społeczny.

STAN OBECNY
Do czasów współczesnych zachowały się otoczone fosą relikty budynków mieszkalnych ze śladami dawnych sklepień oraz ruina wieży bramnej z przedbramiem, jedyny element, który do dziś wyraźnie rysuje się w krajobrazie. Całość kryje się w zieleni kasztanowców – latem niemal niewidoczna z oddali, jakby zamek sam wolał ukryć się przed światem, zawstydzony tym, jak wiele z dawnej świetności rozproszył czas i ludzka obojętność.
Ruiny znajdują się na terenie prywatnym i nie ma do nich dostępu; oglądane z drogi, pozostają raczej częścią pejzażu niż celem zwiedzania.

DOJAZD
Wieś Borysławice leży przy drodze krajowej nr 92 Warszawa–Poznań, mniej więcej dziesięć kilometrów na zachód od Kłodawy. Jadąc w stronę Poznania, warto wypatrywać po lewej stronie drewnianego kościółka – to znak, że zaczynają się Borysławice Kościelne i miejsce, w którym trzeba skręcić. Kilkaset metrów dalej trakt odbija w prawo i zamienia się w drogę z kocich łbów, prowadzącą już wprost do ruin. Podróż zaczyna się zwyczajnie, kończy zaś tam, gdzie czas zatrzymał się kilka wieków temu

ZAMKI W POBLIŻU
- Besiekiery – ruina zamku rycerskiego z XV/XVI w., 14 km
- Przedecz – pozostałości zamku królewskiego z XIV w., 14 km
- Koło – ruina zamku królewskiego z XIV w., 16 km
- Uniejów – zamek biskupów gnieźnieńskich z XIV w., 36 km
- Wyszyna – pozostałości zamku szlacheckiego z XVI w., 37 km
LITERATURA
- I. T. Kaczyńscy: Zamki w Polsce północnej i środkowej, Muza SA 1999
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Sudety nr 10/2003
- L. Kajzer: Zamki i dwory obronne w Polsce Centralnej, DiG 2004
- R. Rogiński: Zamki i twierdze w Polsce - historia i legendy, IWZZ 1990