BIESTRZYKÓW

wieża gotycka

NA POBOCZU CZASU, W BIESTRZYKOWSKIM ZAKĄTKU,
STOI WIEŻA – FUNDACJA BISKUPA Z PORZĄDKU.
NIE KRZYCZY KAMIENIEM, NIE BŁYSZCZY IMIENIEM,
LECZ MÓWI DO ŚWIATA SPOSOBEM: MILCZENIEM

DZIEJE WIEŻY


O gotyckiej wieży w Bie­strzy­ko­wie wia­do­mo ty­le, ile zwy­kle zo­sta­je po kil­ku wie­kach za­po­mnie­nia i bra­ku dba­ło­ści — czy­li ra­czej ślad niż opo­wieść. A jed­nak coś się ucho­wa­ło. Wznie­sio­na praw­do­po­do­bnie w XIV wie­ku, naj­pe­wniej z ini­cja­ty­wy bi­sku­pa Prze­cła­wa z Po­go­rze­li (zm. 1376) – te­go sa­me­go, któ­ry z rów­ną de­ter­mi­na­cją do­pro­wa­dził do koń­ca bu­do­wę ka­te­dry św. Ja­na Chrzci­cie­la we Wro­cła­wiu, jak i roz­bu­do­wy­wał sieć wiej­skich re­zy­den­cji na­le­żą­cych do ka­pi­tu­ły. Pier­wszy raz wspo­mnia­no o niej w do­ku­men­tach w ro­ku 1411, co czy­ni ją mniej wię­cej ró­wie­śnicz­ką bi­twy pod Grun­wal­dem – choć sa­ma z mie­czem ra­czej się nie ob­no­si­ła, chy­ba że w her­bie.

CHOĆ LATAMI W CISZY KRUSZAŁY JEJ ŚCIANY,
I MCHY JĄ OKRYŁY, I WIATR NIECHCIANY —
DZIŚ ZNÓW MA OKNA, MA DRZWI, MA POKOJE,
KTOŚ W NICH ZAMIESZKAŁ I MÓWI: „TO MIEJSCE JEST MOJE.”

Po śmierci fundatora wie­ża tra­fi­ła w rę­ce Hen­ry­ka VIII (zm. 1398) – nie my­lić z an­giel­skim kró­lem od sze­ściu żon, choć i nasz Hen­ryk do świę­to­ści miał da­le­ko. Syn księ­cia leg­ni­ckie­go Wa­cła­wa I i cie­szyń­skiej księ­żni­czki An­ny, od mło­do­ści kie­ro­wa­ny był ku ka­rie­rze du­cho­wnej. Ka­rie­rę rze­czy­wi­ście zro­bił im­po­nu­ją­cą, ale za­miast tro­szczyć się o zba­wie­nie dusz, z za­pa­łem gro­ma­dził do­bra do­cze­sne. Ko­ściół był dla nie­go ra­czej dra­bi­ną do ma­ją­tku niż oł­ta­rzem służ­by bo­żej. Wie­ża mo­gła więc sta­no­wić dla nie­go ide­al­ne miej­sce, by w ci­szy kon­tem­plo­wać... wła­sne bo­ga­ctwo.

PO FUNDATORZE PRZYSZEDŁ HENRYK – NIE TEN Z BRYTANII,
LECZ TAKI, CO BRAŁBY ZŁOTO ZAMIAST ŁASKI ŚWIĘTEJ PANI.
ZAMIŁOWAŃ DUCHOWNYCH NIE MIAŁ NAWET W PLANIE,
A WIEŻA SŁUŻYŁA MU DO SPRAW Z ZARZĄDZANIEM.


(REKONSTRUKCJA WIEŻY Z CZASÓW HENRYKA VIII)

Z czasem budowla za­czę­ła na­bie­rać co­raz bar­dziej re­zy­den­cjo­nal­ne­go cha­rak­te­ru. Pier­wo­tnie by­ła to dwu­kon­dy­gna­cyj­na sie­dzi­ba ad­mi­ni­stra­to­ra dóbr ka­pi­tu­ły wro­cław­skiej – urzęd­nika, któ­ry z ra­mie­nia Ko­ścio­ła pil­no­wał ma­ją­Tku, po­rząd­ku i wła­snej po­zy­cji. W XVI wie­ku gmach prze­bu­do­wa­no, do­sto­so­wu­jąc do ów­cze­snych stan­dar­dów wy­go­dy: mniej zim­nych mu­rów, wię­cej prze­strze­ni do ży­cia. W ko­lej­nym stu­le­ciu do­ło­żo­no trze­cią kon­dyg­na­cję i no­we skrzy­dło miesz­kal­ne. Bo choć wszyst­ko nad­al na­le­ża­ło do ka­pi­tu­ły, to kom­fort re­zy­den­tów zda­wał się być waż­niej­szy od jej du­cho­wej mi­sji.

MIAŁA NIEŚĆ UMARTWIENIE, SKRUCHĘ I PORZĄDEK,
LECZ ZAMIAST DUCHOWOŚCI WYGRYWAŁ MAJĄTEK.
SUROWE WNĘTRZA, KIEDYŚ PEŁNE CHŁODU, USTĄPIŁY WYGODZIE,
A DUCHOWOŚĆ PRZEGRAŁA Z KOMFORTEM W POCHODZIE.


(FOTOGRAFIA DWORU Z 1909 ROKU W NOWYM CYFROWYM WYDANIU)

Późniejsze dzieje wie­ży to ka­ta­log zmian funk­cji – jak­by sa­ma nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czym wła­ści­wie chce być. Raz słu­ży­ła ja­ko obiekt go­spo­dar­czy, in­nym ra­zem ja­ko re­zy­den­cja. W pew­nym mo­me­ncie to­wa­rzy­szą­cy jej dwór prze­jął głów­ne obo­wią­zki miesz­kal­ne, a wie­ża po­wo­li od­su­wa­ła się na dru­gi plan. Ostat­ni­mi wła­ści­cie­la­mi przed woj­ną by­ła ro­dzi­na Schot­tlän­de­rów – hoj­na i wpły­wo­wa, do­brze zna­na wro­cła­wia­nom choć­by z prze­ka­za­nia na­le­żą­ce­go do niej te­re­nu pod Park Po­łu­dnio­wy.

RAZ MIAŁA CEL W SŁUŻBIE, RAZ BEZ PRZEZNACZENIA,
JAKBY WCIĄŻ SZUKAŁA SENSU SWEGO ISTNIENIA.
DWÓR PRZEJĄŁ WYGODY, A WIEŻA – BEZ ZŁUDNYCH GLIMMERÓW –
PRZESZŁA W RĘCE HOJNEGO RODU SCHOTTLÄNDERÓW.


(A TUTAJ – KADR Z LAT 30. XX WIEKU, OŻYWIONY CYFROWĄ MAGIĄ)

Wojna, jak to woj­na, obe­szła się z wie­żą bez sen­ty­men­tu. Pod­pa­lo­na przez żoł­nie­rzy Ar­mii Czer­wo­nej (a we­dług lo­kal­nych opo­wie­ści, dra­ma­tycz­na sce­na z ofi­ce­rem, któ­ry rze­ko­mo po­peł­nił tu sa­mo­bój­stwo, tyl­ko do­la­ła oli­wy do og­nia), bu­do­wla sta­ła się ru­iną – i to nie ro­man­tycz­ną. W la­tach 50. ro­ze­bra­no to, co zo­sta­ło z dwo­ru. Wie­ża prze­trwa­ła, ale nie bez ran. Przez ko­lej­ne de­ka­dy sta­ła sa­mo­tna i co­raz bar­dziej prze­źro­czy­sta dla kra­jo­bra­zu – jak wspom­nie­nie, któ­re­go nikt już nie przy­wo­łu­je.

WOJNA JĄ DOTKNĘŁA BEZ CIENIA WZRUSZENIA,
SPŁONĘŁA PO CICHU, W OGNIU PRZEZNACZENIA.
DWÓR ROZEBRANO, WIEŻA ZOSTAŁA – SUROWA, Z KAMIENIA,
WTULONA W KRAJOBRAZ, BEZ PRAW I BEZ IMIENIA.


(UJĘCIE Z CZASÓW, GDY WIEŻA BYŁA JUŻ TYLKO ŚWIADKIEM MILCZENIA)

Nowe otwarcie przy­niósł do­pie­ro czas prze­mian ustro­jo­wych. Wie­ża tra­fi­ła w pry­wa­tne rę­ce, lecz jak to czę­sto by­wa – ma­rze­nia o jej od­bu­do­wie roz­bi­ja­ły się o re­alia bu­dże­tu. Bra­ko­wa­ło wszyst­kie­go: da­chu, okien, środ­ków i pla­nu. Aż w koń­cu po­ja­wił się ktoś, kto po­tra­fił w po­pę­ka­nych mu­rach do­strzec coś wię­cej niż ce­głę z prze­szło­ści.

MOMENT ZAWIESZENIA – RUINA Z MARZENIEM, KTÓRE JESZCZE NIE MIAŁO SZANSY SIĘ SPEŁNIĆ

Ruina, choć pozbawiona prak­tycz­nie wszyst­kie­go, mia­ła w so­bie nie­zwy­kłą si­łę od­dzia­ły­wa­nia – su­ro­wą obec­ność, któ­ra przy­cią­ga­ła spoj­rze­nie. To nie był obiekt do od­re­stau­ro­wa­nia „dla pre­sti­żu” – ra­czej wy­zwa­nie, w któ­re trze­ba by­ło wejść ca­łym so­bą. No­wy wła­ści­ciel nie tyl­ko do­strzegł jej war­tość, ale z de­ter­mi­na­cją przy­stą­pił do dzia­ła­nia.

WIEŻA W 1980 ROKU – JESZCZE CHWILĘ BĘDZIE MUSIAŁA POCZEKAĆ NA DRUGIE ŻYCIE

Jak sam później przy­znał: „naj­trud­niej zro­bić coś dla sie­bie” – i nie by­ły to sło­wa rzu­co­ne na wiatr. Ale się uda­ło. Dzię­ki kon­se­kwen­cji, wie­dzy i za­an­ga­żo­wa­niu, wie­ża w Bie­strzy­ko­wie nie tyl­ko zo­sta­ła ura­to­wa­na przed osta­tecz­nym za­po­mnie­niem, lecz tak­że od­zy­ska­ła ży­cie. Moż­e nie ta­kie, jak za cza­sów bi­sku­pa Prze­cła­wa, ale dru­gie ży­cie po sze­ściu­set la­tach to i tak wię­cej, niż wie­le bu­do­wli mo­gło­by się spo­dzie­wać.

ZAMIENIONA NIE W ZABYTEK, ALE W ŻYWE MIEJSCE – BIESTRZYKÓW, XXI WIEK

OPIS WIEŻY


Wieża w Biestrzykowie, choć nie­wiel­ka, jest dzie­łem do­brze prze­my­śla­nej śre­dnio­wiecz­nej in­ży­nie­rii – zbu­do­wa­na z ka­mie­nia i ce­gły w kla­sycz­nym wą­tku go­tyc­kim, ozdo­bio­na ciem­niej­szą zen­drów­ką, czy­li spe­cjal­nie prze­pa­lo­ną ce­głą, któ­ra na­da­wa­ła ele­wa­cji de­ko­ra­cyj­ny sznyt. Dol­ną kon­dy­gna­cję sta­no­wi skle­pio­na krzy­żo­wo piw­ni­ca, do któ­rej pro­wa­dził tu­nel w po­sta­ci mu­ro­wa­nej po­chyl­ni – wej­ście nie od fron­tu, ale od pół­no­cy, jak­by wi­na i pi­wa przy­cho­dził­o się tu ra­czej szu­kać ukrad­kiem niż ofi­cjal­nie. Wła­śnie tam, wśród chło­du ka­mien­nych ścian, prze­cho­wy­wa­no za­pew­ne trun­ki – bez ety­kiet i rocz­ni­ków, ale za to w becz­kach god­nych bi­sku­pa.

REKONSTRUKCJA ELEWACJI WSCHODNIEJ – ZACHOWANY DUCH GOTYKU I ŚLADY ŚREDNIOWIECZNEJ INŻYNIERII

Parter pełnił funk­cję bar­dziej przy­ziem­ną – do­słow­nie i urzę­do­wo. Tu znaj­do­wa­ło się kan­ce­la­ryj­ne ser­ce wie­ży, miej­sce, w któ­rym spi­sy­wa­no do­ku­men­ty, pro­wa­dzo­no ra­chun­ki i za­pew­ne po­dej­mo­wa­no de­cy­zje, któ­re po set­kach lat tra­fia­ją dziś do przy­pi­sów hi­sto­rycz­nych. Na pię­trze, po­nad drew­nia­nym stro­pem, mie­ści­ła się kom­na­ta miesz­kal­na – ogrze­wa­na ko­min­kiem, ozdo­bio­na po­li­chro­mią, oświe­tla­na trze­ma du­ży­mi okna­mi, któ­re mu­sia­ły wpu­szczać do środ­ka świa­tło bardziej przy­ja­zne niż wznio­słe.

ZAGLĄDAJĄC DO ŚRODKA – REKONSTRUKCJA PRZEKROJU WIEŻY NA PODSTAWIE HISTORYCZNYCH ŹRÓDEŁ

Zachodnia ściana skry­wa­ła wą­skie przej­ście pro­wa­dzą­ce na nie­istnie­ją­cy już dziś ga­nek hur­dy­cjo­wy – ele­ment ty­po­wy dla ar­chi­te­ktu­ry obron­nej, przy­po­mi­na­ją­cy o tym, że na­wet w od­po­czyn­ku na­le­ża­ło za­cho­wać czuj­ność. Wej­ścia do niż­szych kon­dy­gna­cji ukry­to w za­cho­dniej ścia­nie, za wą­ską mu­ro­wa­ną przy­bu­dów­ką – naj­pew­niej z klat­ką scho­do­wą, któ­ra w swych zwo­jach łą­czy­ła co­dzien­ność z czuj­no­ścią, dwór z wie­żą, bez­pie­czeń­stwo z funk­cjo­nal­no­ścią.

ELEWACJA PÓŁNOCNA – Z TĄ POCHYLNIĄ, KTÓRA PROWADZIŁA DO PIWNICY GODNEJ BISKUPA

Cała budowla była skrom­na, lecz prak­ty­czna. Oto­czo­na fo­są i ob­da­rzo­na mu­ra­mi gru­bo­ści po­nad dwóch me­trów, za­pe­wnia­ła so­li­dną ochro­nę. Ko­mi­nek świad­czył o kom­for­cie, a po­ło­że­nie – o tym, że nie by­ła to re­zy­den­cja na po­kaz, lecz schro­nie­nie dla tych, któ­rzy chcie­li od­po­cząć, przej­rzeć do­ku­men­ty i mo­że przez chwi­lę za­po­mnieć o po­li­tycz­nych na­pię­ciach świa­ta ze­wnętrz­ne­go.

LATA 30. XX WIEKU – WIEŻA NAD FOSĄ, KTÓRA WCIĄŻ BYŁA ELEMENTEM CODZIENNEGO KRAJOBRAZU, NIE TYLKO PAMIĄTKĄ

STAN OBECNY


Gotycka wieża w Bie­strzy­ko­wie, obok bar­dziej zna­nych przy­kła­dów z Sie­dlę­ci­na czy Że­la­zna, na­le­ży do eli­tar­ne­go gro­na śre­dnio­wiecz­nych wież miesz­kal­no-obron­nych, któ­re — choć z tru­dem — prze­trwa­ły na Ślą­sku do na­szych cza­sów. Jej hi­sto­ria po 1945 ro­ku to jed­nak nie opo­wieść o cią­gło­ści, lecz ra­czej o upad­ku i po­wol­nym po­wsta­wa­niu z ru­in. Po woj­nie zo­sta­ła do­szczęt­nie zde­wa­sto­wa­na: bez da­chu, wy­pa­lo­na, po­zba­wio­na funk­cji i sen­su, przez de­ka­dy sta­ła jako mil­czą­cy świa­dek za­nie­dba­nia, po­wo­li za­ra­sta­jąc wspom­nie­niem i po­krzy­wa­mi.

LATA 80. – WIEŻA PRZYDZIELONA DO GOSPODARKI USPOŁECZNIONEJ, A NIE DZIEDZICTWA

Nie wszystko jed­nak ule­gło znisz­cze­niu. Prze­trwa­ły mu­ry ma­gi­stral­ne – po­tęż­ne, gru­be na po­nad dwa me­try – któ­re opar­ły się za­rów­no cza­so­wi, jak i ludz­kiej obo­jęt­no­ści. Do dziś sto­ją w peł­nej wy­so­ko­ści, z trze­ma smu­kły­mi, ostro­łu­ko­wy­mi okna­mi i frag­men­ta­mi skle­pie­nia, ni­czym ko­ściec go­ty­ckiej ar­chi­te­ktu­ry, któ­ry upar­cie od­mó­wił roz­pa­du. Bu­do­wla, po­ło­żo­na na te­re­nie daw­ne­go fol­war­ku, wciąż oto­czo­na jest frag­men­tem na­wo­dnio­nej fo­sy – jak­by z przy­zwy­cza­je­nia na­dal strze­gła wła­snych gra­nic przed świa­tem, któ­ry zdą­żył o niej za­po­mnieć.

Dopiero w rękach pry­wat­ne­go wła­ści­cie­la – któ­ry wie­żę nie tyl­ko od­ku­pił, ale wręcz przy­wró­cił do ży­cia – zy­ska­ła no­wy dach, no­wą funk­cję i no­wą toż­sa­mość. Choć kie­dyś ru­ina, dziś znów ży­je – sub­tel­nie wto­pio­na w pej­zaż, ale nie mniej dum­na niż przed wie­ka­mi.

Wieża znaj­du­je się na te­re­nie pry­wat­nym, nie­do­stęp­nym do zwie­dza­nia – moż­na ją po­dzi­wiać je­dy­nie z ze­wnątrz, z sza­cun­kiem dla miej­sca i je­go obec­nych miesz­kań­ców.

Z RUIN DO ŻYCIA – ZREKONSTRUOWANA WIEŻA NA TERENIE DAWNEGO FOLWARKU

DOJAZD


Do Biestrzykowa moż­na do­trzeć na dwa spo­so­by – wła­snym środ­kiem tran­spor­tu, lub bar­dziej ro­man­tycz­nie, ko­le­ją. Ci, któ­rzy wy­bio­rą po­ciąg z Wro­cła­wia w kie­run­ku Strze­li­na, po­win­ni wy­siąść na sta­cji Smar­dzów. To tu­taj za­czy­na się pie­sza przy­go­da.

Stacja kolejowa leży nie­opo­dal wsi Żar­ni­ki Wro­cław­skie, któ­rą na­le­ży prze­ciąć, po­dą­ża­jąc w stro­nę za­cho­dzą­ce­go słoń­ca – do­słow­nie i ge­ogra­ficz­nie. Dro­ga wie­dzie ul. Ko­le­jo­wą, da­lej ul. Par­ko­wą, a im da­lej od to­rów, tym ci­szej i spo­koj­niej. Gdy Żar­ni­ki zo­sta­ną za ple­ca­mi, po le­wej stro­nie, jak­by nie­śmia­ło, wy­ła­nia się pa­no­ra­ma Bie­strzykowa, a wraz z nią syl­we­ta na­szej wie­ży.

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. M. Chorowska: Rezydencje średniowieczne na Śląsku, OFPWW 2003
  2. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Stu­dio Ar­ta 2009