BYDLIN

ruina zamku rycerskiego

ZAMEK W BYDLINIE. BEZ DACHU, BEZ ZADĘCIA.

DZIEJE ZAMKU


Początki murowanej straż­ni­cy w By­dli­nie gi­ną w gę­stej mgle śre­dnio­wie­cza – jak­by kro­ni­ka­rzom om­sknę­ło się pió­ro do­kła­dnie w tym miej­scu, gdzie po­win­ni za­pi­sać na­zwi­sko fun­da­to­ra i da­tę bu­do­wy. Wia­do­mo je­dy­nie, że już w 1398 ro­ku ist­nia­ło tu ca­strum, czy­li za­mek, któ­ry sta­no­wił waż­ny punkt w sys­te­mie obron­nym po­gra­ni­cza pol­sko-ślą­skie­go. Wte­dy wła­da­ło nim dwóch pa­nów – Peł­ka i Nie­mie­rza, spad­ko­bier­cy kró­lew­skie­go po­sła Nie­mie­rzy z Goł­czy (zm. 1351). Ten­że Nie­mie­rza, czło­wiek lo­jal­ny wo­bec ko­ro­ny, mógł sam być ini­cja­to­rem bu­do­wy wa­ro­wni – al­bo przy­naj­mniej za­in­spi­ro­wał ko­goś, by ją wznieść.

SCHODY NA WZGÓRZE ZAMKOWE – TU KOŃCZY SIĘ SPACER, A ZACZYNA LEKKI WYSIŁEK

Historia nabiera jed­nak ru­mień­ców, gdy przyj­rzeć się bli­żej ge­ne­alo­gii ro­du. Choć Peł­ka i Nie­mie­rza ofi­cjal­nie by­li sy­na­mi po­sła, nie­któ­rzy hi­sto­ry­cy z przy­mru­że­niem oka wska­zy­wa­li, że ich praw­dzi­wym oj­cem mógł być sam Ka­zi­mierz Wiel­ki (zm. 1370). Król, zna­ny nie tyl­ko z re­form i bu­do­wy zam­ków, ale też z ser­ca po­jem­ne­go jak je­go skar­biec, przez la­ta utrzy­my­wał bli­ską re­la­cję z żo­ną po­sła – pa­nią o wdzięcz­nym imie­niu Cud­ka. Je­śli więc plot­ki mia­ły w so­bie choć odro­bi­nę praw­dy, w By­dli­nie sta­nę­ła nie tyl­ko straż­ni­ca gra­ni­czna, ale i pom­nik kró­lew­skich uczuć – mu­ro­wa­ny, so­lid­ny i, jak wi­dać, od­por­ny na ząb cza­su.

TAK MÓGŁ WYGLĄDAĆ ZAMEK W BYDLINIE, GDY JESZCZE NIE MUSIAŁ LICZYĆ NA WYOBRAŹNIĘ ZWIEDZAJĄCYCH

Między ro­kiem 1398 a 1400 wo­kół by­dliń­skie­go zam­ku za­wrza­ło ni­czym w śre­dnio­wie­cznym są­dzie grodz­kim – swo­je pra­wa do wa­ro­wni zgła­sza­li Kle­mens Łow­czyc i je­go stryj Zbig­niew z Ła­pa­no­wa, ty­tu­lar­ny bi­skup la­o­dy­cej­ski (czy­li du­chow­ny bez die­ce­zji, ale z am­bi­cja­mi). W dru­giej po­ło­wie XV wie­ku za­mek prze­szedł w rę­ce ro­du Szcze­pa­no­wskich, po­tem Brze­zi­ckich, aż w koń­cu tra­fił do Bo­na­rów, któ­rzy po­sta­no­wi­li na­dać mu no­we, bar­dziej po­boż­ne obli­cze. Na po­cząt­ku XVI stu­le­cia za­mie­ni­li daw­ną wa­ro­wnię w ko­ściół – za­pew­ne z rów­nym za­pa­łem, z ja­kim ich przod­ko­wie wzno­si­li mu­ry obron­ne.

RESZTKI MURÓW. RESZTKI PEWNOŚCI, JAK TO WŁAŚCIWIE WYGLĄDAŁO.

W 1546 roku Zo­fia Bo­nar prze­ka­za­ła wieś w wia­nie swo­je­mu mę­żo­wi, Ja­no­wi Fir­le­jo­wi her­bu Le­wart (zm. 1574) – po­sło­wi kró­lew­skie­mu i gor­li­we­mu lu­te­ra­ni­no­wi (a wkrót­ce kal­wi­ni­ście). Ten, zgod­nie ze swy­mi prze­ko­na­nia­mi, prze­mie­nił ka­to­li­cką świą­ty­nię w zbór pro­te­stan­cki. Hi­sto­ria jed­nak za­to­czy­ła ko­ło: je­go syn, Mi­ko­łaj Fir­lej (zm. 1601), w 1594 ro­ku od­dał świą­ty­nię ka­to­li­kom, nie szczę­dząc gro­sza na jej od­no­wie­nie. Wte­dy zni­knął mur ob­wo­do­wy z wie­żą bram­ną, za­mu­ro­wa­no część okien, wy­bi­to no­we, a wnę­trze zy­ska­ło świe­ży wy­strój. Od tej po­ry daw­ny za­mek, raz obron­ny, raz sa­kral­ny, no­sił już dum­nie na­zwę ko­ścio­ła Świę­te­go Krzy­ża.

ZAMEK-KOŚCIÓŁ W BYDLINIE, CZYLI HISTORIA W WERSJI AUTORSKIEJ — Z ELEMENTAMI TEJ PRAWIE PRAWDZIWEJ

W 1655 roku stojący na wzgó­rzu by­dliń­ski ko­śció­łek padł ofia­rą szwedz­kie­go „po­to­pu” – do­sło­wnie. Od­dzia­ły ge­ne­ra­ła Bur­char­da von den Lü­hne­na wpa­dły tu jak bu­rza: ogra­bi­ły, spa­li­ły i po­zo­sta­wi­ły po so­bie tyl­ko dym oraz zgli­szcza. Choć w la­tach 30. XVIII wie­ku Mę­ciń­scy pod­ję­li się je­go od­bu­do­wy, los nie był dla świą­ty­ni ła­ska­wy. Ko­lej­ne na­pa­dy ra­bun­ko­we, po­ża­ry i zwy­kła ludz­ka obo­jęt­ność spra­wi­ły, że pod ko­niec stu­le­cia ko­ściół po­padł w ru­inę, a je­go mu­ry – ob­dar­te z da­chu, lecz nie z god­no­ści – trwa­ły sa­mo­tnie na wzgó­rzu przez na­stęp­ne dwa wie­ki.

PONAD PÓŁ WIEKU TEMU KTOŚ NACISNĄŁ MIGAWKĘ. ŚWIATŁO, MURY, UKŁAD TEN SAM — TYLKO DRZEWA JESZCZE NIE ZDĄŻYŁY WEJŚĆ W KADR

Dopiero w 1989 ar­che­olo­dzy prze­rwa­li ten dłu­gi sen ka­mie­ni. Wśród za­ro­słych ru­in od­kry­li fun­da­men­ty daw­nej wie­ży bram­nej, kryp­tę z dwie­ma mo­gi­ła­mi, a tak­że drob­ne, lecz fa­scy­nu­ją­ce pa­miąt­ki prze­szło­ści: de­nar Denar – dawna moneta srebrna Lud­wi­ka Wę­gier­skie­go, so­lid Solid (szeląg) – dawna moneta srebrna Zyg­mun­ta III Wa­zy oraz licz­ne frag­men­ty ce­ra­mi­ki i ka­fli pie­co­wych. Każ­dy z tych przed­mio­tów był ni­czym szept mi­nio­nych wie­ków – drob­ny, ale wy­star­cza­ją­co wy­raź­ny, by przy­po­mnieć, że hi­sto­ria wciąż od­dy­cha pod war­stwą zie­mi.

A TO JUŻ FOTOGRAFIA WSPÓŁCZESNA — DRZEWA WYROSŁY, ZA TO MURÓW JAKBY MNIEJ

Gdy z drzew opad­ną li­ście i wzgó­rze zam­ko­we od­sło­ni da­le­kie wi­do­ki, wi­dać stąd dwie wsie – Krzy­wo­pło­ty na pół­no­cnym za­cho­dzie i Za­łę­że na pół­no­cnym wscho­dzie. Ten spo­koj­ny dziś kraj­obraz w li­sto­pa­dzie 1914 ro­ku stał się are­ną jed­nej z naj­cięż­szych bi­tew Le­gio­nów Pol­skich. Przez dwa dni, 17 i 18 li­sto­pa­da, żoł­nie­rze Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go pod do­wódz­twem ma­jo­ra Mie­czy­sła­wa Ry­sia-Tro­ja­now­skie­go star­li się tu z car­ską Dy­wi­zją Strzel­ców Sy­be­ryj­skich. Le­gio­ni­ści oko­pa­li się na wzgó­rzach w Byd­li­nie i Krzy­wo­pło­tach, Ro­sja­nie zaś za­ję­li po­zy­cje w la­sach pod Smo­le­niem i Do­ma­nie­wi­ca­mi. Wal­ka by­ła za­cię­ta i nie­rów­na, a li­nia fron­tu prze­su­wa­ła się raz w jed­ną, raz w dru­gą stro­nę.

ODPRAWA PRZED BITWĄ. PÓKI CO — CISZA.

Bitwa, choć nie­wiel­ka w ska­li woj­ny, mia­ła ogrom­ne zna­cze­nie sym­bo­li­czne. Po stro­nie pol­skiej po­le­gło 46 żoł­nie­rzy, a 131 zo­sta­ło ran­nych lub do­sta­ło się do nie­wo­li. Wśród po­le­głych zna­lazł się po­rucz­nik Sta­ni­sław Pa­de­rew­ski, przy­ro­dni brat przy­szłe­go pre­mie­ra Igna­ce­go Pa­de­rew­skie­go – ar­ty­sty, któ­ry póź­niej for­te­pian za­mie­nił na mów­ni­cę, a mu­zy­kę na po­li­ty­kę w służ­bie nie­po­dle­głej Pol­ski. Miesz­kań­cy tych oko­lic dłu­go wspo­mi­na­li tam­te li­sto­pa­do­we dni, gdy spo­koj­ne po­la i la­sy za­mie­ni­ły się w front, a huk ar­mat mie­szał się z mo­dli­twa­mi ran­nych.

LEGIONIŚCI NA WZGÓRZU ZAMKOWYM — W TLE RUINY, W GŁOWACH BITWA

Do dziś na sto­kach gó­ry zam­ko­wej za­cho­wa­ły się śla­dy tam­tej wal­ki: sys­tem oko­pów i po­lo­wych umoc­nień wy­ku­tych w ska­le przez au­stria­ckich sa­pe­rów wspie­ra­ją­cych Le­gio­ny. Ca­łe wzgó­rze ople­cio­ne jest sie­cią ro­wów o dłu­go­ści oko­ło ki­lo­me­tra – nie­mym świa­de­ctwem od­wa­gi i po­świę­ce­nia. W set­ną ro­czni­cę od­zy­ska­nia przez Pol­skę nie­po­dle­gło­ści miej­sce to upo­rząd­ko­wa­no i ob­ję­to ochro­ną kon­ser­wa­tor­ską, two­rząc tzw. Leś­ny Park Pa­mię­ci – prze­strzeń, w któ­rej prze­szłość prze­ma­wia ci­szą, przy­po­mi­na­jąc o ce­nie wol­no­ści.

DAWNE POLE BITWY POŻARŁ LAS - DOBRY KONIEC ZŁEJ HISTORII

OPIS ZAMKU


Dominantą by­dliń­skie­go zam­ku był trzy­kon­dy­gna­cyj­ny bu­dy­nek ty­pu wie­żo­we­go, wznie­sio­ny na pla­nie pro­sto­ką­ta o wy­mia­rach 11 na 24 me­try. Je­go mu­ry, gru­bo­ści do­cho­dzą­cej do 2,3 me­tra, wspie­ra­ły na­roż­ne przy­po­ry – kon­stru­kcja pro­sta, lecz god­na za­ufa­nia, jak przy­sta­ło na cza­sy, gdy so­lid­ność by­ła cen­niej­sza niż fi­ne­zja. Wnę­trza wy­koń­czo­no w drew­nie i gli­nie – prak­ty­cznie, choć nie­zbyt bez­piecz­nie w ra­zie po­ża­ru, jak to w tam­tych cza­sach by­wa­ło.

ZAMEK W POCZĄTKOWEJ FORMIE — MUR GRUBY, PLAN PROSTY, INTENCJE CZYTELNE

Światło wpa­da­ło do środ­ka przez ostro­łu­ko­we ok­na i wą­skie szcze­li­ny strzel­ni­cze, któ­re na­da­wa­ły wnę­trzom su­ro­we­go uro­ku. Od stro­ny skar­py praw­do­po­do­bnie znaj­do­wa­ły się do­da­tko­we otwo­ry obron­ne oraz wy­kusz ustę­po­wy – nie­wiel­ki, ale nie­zbęd­ny ele­ment co­dzien­ne­go kom­for­tu. Moż­na po­wie­dzieć, że by­ła to bu­do­wla łą­czą­ca funk­cję for­te­cy i do­mu, w któ­rej bez­pie­czeń­stwo li­czy­ło się bar­dziej niż wy­go­da, a za­mek był jed­no­cze­śnie sie­dzi­bą i tar­czą swo­je­go wła­ści­cie­la.

KIEDYŚ ŚWIATŁO WPADAŁO TU OSTROŻNIE, TERAZ MA CAŁĄ SCENĘ DLA SIEBIE

W drugiej fa­zie bu­do­wy, za­pew­ne je­szcze w XIV wie­ku, od po­łu­dnia do­bu­do­wa­no mur ob­wo­do­wy z wie­żą bram­ną, dzię­ki cze­mu po­wstał nie­wiel­ki dzie­dzi­niec. Ca­łość ota­cza­ła wy­ku­ta w ska­le fo­sa oraz ka­mien­no-ziem­ny wał, a od pół­no­cy na­tu­ral­ną ochro­nę sta­no­wi­ła stro­ma skar­pa i pod­mo­kłe te­re­ny. Nie by­ła to po­tęż­na twier­dza kró­lew­ska, ale ra­czej so­lid­ny punkt obro­ny – wy­star­cza­ją­co sil­ny, by od­stra­szyć na­pa­stni­ka, i wy­star­cza­ją­co ka­me­ral­ny, by czuć się w nim jak u sie­bie.

WIEŻA MIESZKALNA (KOŚCIÓŁ), 2. MUR OBRONNY, 3. WIEŻA BRAMNA, 4. SKARPA — CAŁY BYDLIN W PIGUŁCE, TYLKO Z LOTU PTAKA

W XVI wieku wa­ro­wnia prze­ży­ła praw­dzi­wą me­ta­mor­fo­zę – z miej­sca twar­dych mu­rów i echa zbroi prze­mie­ni­ła się w świą­ty­nię, w któ­rej roz­brzmie­wa­ły mo­dli­twy za­miast roz­ka­zów. Ar­chi­te­kci no­wej epo­ki za­mu­ro­wa­li część daw­nych drzwi i okien, jak­by chcie­li sym­bo­li­cznie zam­knąć roz­dział ry­cer­skiej prze­szło­ści. Prze­stron­ne wnę­trze po­dzie­lo­no na trzy mniej­sze po­mie­szcze­nia, a w po­ło­wie dłu­go­ści mu­ru fa­sa­do­we­go wznie­sio­no ścia­nę, któ­ra od­dzie­li­ła pre­zbi­te­rium od na­wy. Ka­mien­ne ścia­ny, nie­gdyś tłem wo­jen­nych na­rad, za­czę­ły te­raz two­rzyć ra­my dla na­bo­żeństw, a echo kro­ków ry­ce­rzy ustą­pi­ło miej­sca dźwię­kom cho­ra­łu.

TUTAJ ZBROJE ZASTĄPIŁY KOMŻE, A MURY ZAMIENIŁY STRZELNICE NA OKNA Z WITRAŻAMI

STAN OBECNY


Do naszych czasów prze­trwa­ły je­dy­nie po­strzę­pio­ne frag­men­ty mu­rów wie­ży zam­ko­wej, ukry­te w zie­mi fun­da­men­ty i led­wie wi­do­czne śla­dy po fo­sie – dziś już bar­dziej ozdob­nej niż obron­nej. Ka­mien­ne reszt­ki, po­ro­śnię­te mchem i tra­wą, spra­wia­ją wra­że­nie, jak­by za­mek nie ty­le prze­grał z cza­sem, co po pro­stu po­sta­no­wił przejść na za­słu­żo­ną eme­ry­tu­rę i wto­pić się w kraj­obraz. Przez stu­le­cia dziel­nie opie­rał się wi­chrom, mro­zom i cie­kaw­skim tu­ry­stom, aż w 2009 ro­ku po­łu­dnio­wy mur wie­ży stwier­dził, że ma dość i z hu­kiem się pod­dał.

TAK WYGLĄDAŁA WIEŻA, ZANIM JEDNA ZE ŚCIAN POSTANOWIŁA ZŁOŻYĆ BROŃ

EFEKT REKONSTRUKCJI: SOLIDNIEJ NIŻ WCZEŚNIEJ, UROKLIWIEJ JUŻ NIE

Na szczęście nie był to ko­niec hi­sto­rii. Już w 2012 ro­ku za­mek do­cze­kał się „ku­ra­cji od­mła­dza­ją­cej”: mur czę­ścio­wo od­bu­do­wa­no, ka­mie­nie wzmoc­nio­no, spo­iny uzu­peł­nio­no, a nie­pro­szo­ną ro­ślin­ność usu­nię­to z na­le­ży­tym tak­tem. Od­no­wio­no rów­nież scho­dy pro­wa­dzą­ce do ru­in, by każ­dy mógł bez­pie­cznie wejść i spoj­rzeć z bli­ska na za­mek, któ­ry – choć moc­no do­świad­czo­ny przez los – wciąż po­tra­fi dum­nie pre­zen­to­wać swo­je bliz­ny.

ZAMEK W BYDLINIE — TERAZ W WERSJI ZŁOTEJ, LIMITOWANEJ
Ruinę moż­na zwie­dzać bez­pła­tnie o każ­dej po­rze dnia i no­cy, co czy­ni ją jed­nym z nie­licz­nych za­by­tków, któ­ry na­pra­wdę ni­gdy nie za­my­ka drzwi. W dzień ku­si spo­ko­jem i cie­niem drzew, a no­cą po­tra­fi lek­ko pod­nieść ci­śnie­nie – zwła­szcza gdy coś za­sze­le­ści w krza­kach, a czło­wiek sam nie wie, czy to kot, czy wy­obraź­nia wła­śnie prze­szła na pe­łen etat.
Podczas zwie­dza­nia to­wa­rzy­szyć mo­że Wam pies – zre­sztą za­pew­ne bę­dzie miał z te­go ty­le ra­do­ści, co Wy. Dro­ga z par­kin­gu nie jest szcze­gól­nie wy­ma­ga­ją­ca, a krót­kie po­dej­ście i kil­ka­na­ście scho­dów to ra­czej spa­cer niż wy­pra­wa, więc nikt nie po­wi­nien zło­żyć bro­ni przed do­tar­ciem na wzgó­rze.
Na doj­ście z par­kin­gu, zwie­dze­nie ru­in i spa­cer wzdłuż oko­pów do­brze prze­zna­czyć przy­naj­mniej 30 mi­nut – to aku­rat ty­le, by po­czuć atmo­sfe­rę miej­sca, zro­bić kil­ka zdjęć i nie mieć wra­że­nia, że hi­sto­ria go­ni Was z ze­gar­kiem w rę­ku.
Miejsce nie jest przy­sto­so­wa­ne do po­trzeb osób ze znacz­nym stop­niem nie­peł­no­spraw­no­ści ru­cho­wej – pro­wa­dzi tu dro­ga o syp­kiej na­wierz­chni, a na koń­cu cze­ka dość stro­me po­dej­ście ze scho­da­mi.
Strefa lo­tów woj­sko­wych – w cza­sie jej aktyw­no­ści obo­wią­zu­je cał­ko­wi­ty za­kaz wy­ko­ny­wa­nia lo­tów wszel­ki­mi stat­ka­mi po­wietrz­ny­mi.

W DRODZE NA ZAMEK — TRASA DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ WYGRYWAĆ BEZ WALKI

DOJAZD


Bydlin leży około 15 ki­lo­me­trów na pół­noc­ny wschód od Ol­ku­sza i oko­ło 10 ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od zam­ku w Smo­le­niu. Ru­iny znaj­du­ją się w pół­noc­nej czę­ści wsi, tuż obok cmen­ta­rza, po le­wej stro­nie dro­gi pro­wa­dzą­cej do Dłuż­ca. U stóp wzgó­rza zam­ko­we­go za­trzy­mu­ją się au­to­bu­sy ko­mu­ni­ka­cji ol­ku­skiej li­nii 470 i 474 – nie­ste­ty, kur­su­ją one dość rzad­ko. Je­śli więc nie pla­nu­je­cie no­cle­gu pod ru­iną, war­to wcze­śniej spraw­dzić roz­kład ja­zdy.

Bezpłatny par­king znaj­du­je się przy cmen­ta­rzu (By­dlin, ul. Za­wad­ka), oko­ło 200 me­trów od ru­in. To do­bre miej­sce, by zo­sta­wić sa­mo­chód i ru­szyć pie­cho­tą w stro­nę wzgó­rza – da­lej już tyl­ko ka­mie­nie, drze­wa i odro­bi­na przy­go­dy.
Rowery moż­na wpro­wa­dzić na wzgó­rze zam­ko­we, ale ostat­ni etap pro­wa­dzi po dość stro­mych scho­dach – to mo­ment, w któ­rym na­wet naj­bar­dziej za­pa­le­ni cy­kli­ści zwy­kle scho­dzą z sio­deł­ka z peł­nym zro­zu­mie­niem dla śre­dnio­wiecz­nych stra­te­gów obro­ny.

WIATA TURYSTYCZNA U PODNÓŻA WZGÓRZA ZAMKOWEGO — W SAM RAZ NA KRÓTKI POSTÓJ PRZED „OBLĘŻENIEM”

WARTO ZOBACZYĆ


U stóp wzgórza zam­ko­we­go znaj­du­je się cmen­tarz z kwa­te­ra­mi wo­jen­ny­mi, w któ­rych spo­czy­wa 46 pol­skich le­gio­ni­stów po­le­głych w bi­twie pod Krzy­wo­pło­ta­mi oraz 284 bez­imien­nych żoł­nie­rzy ar­mii ro­syj­skiej i au­stria­ckiej – wśród nich Wę­grzy, Sło­wa­cy, Cze­si i Po­la­cy. To miej­sce ci­che, ale peł­ne hi­sto­rii, gdzie obok sie­bie le­żą daw­ni wro­go­wie, a róż­ne ję­zy­ki i mun­du­ry łą­czy wspól­ny los żoł­nier­skiej śmier­ci.

Przy wejściu na cmen­tarz stoi mu­ro­wa­na ka­pli­ca Po­cie­sze­nia Naj­świę­tszej Ma­ryi Pan­ny, wznie­sio­na w XVIII wie­ku na miej­scu daw­nej pu­stel­ni – dziś straż­ni­czka pa­mię­ci i spo­ko­ju te­go za­kąt­ka.


Około 10 kilometrów na po­łu­dnio­wy za­chód od Byd­li­na za­czy­na się Pu­sty­nia Błę­do­wska – naj­więk­szy w Pol­sce ob­szar lot­nych pia­sków, roz­cią­ga­ją­cy się na dłu­go­ści oko­ło 10 ki­lo­me­trów i sze­ro­ko­ści 4. Choć dziś znacz­na część pu­sty­ni po­ro­sła już drze­wa­mi, wciąż moż­na tu zo­ba­czyć roz­le­głe po­ła­cie zło­ci­ste­go pia­sku, któ­re w upal­ne dni po­tra­fią za­sko­czyć praw­dzi­wie sa­ha­ryj­skim na­stro­jem.

PUSTYNIA BŁĘDOWSKA WIDZIANA OD STRONY WSI CHECHŁO — POLSKA ODPOWIEDŹ NA SAHARĘ, TYLKO Z WIĘKSZĄ SZANSĄ NA DESZCZ

Najlepszy widok na pia­sko­we po­ła­cie ofe­ru­je punkt wi­do­ko­wy we wsi Che­chło, skąd pu­sty­nia wy­glą­da ni­czym mor­ska fa­la za­trzy­ma­na w ru­chu. Z ko­lei naj­bar­dziej efek­to­wną pa­no­ra­mę moż­na po­dzi­wiać z ta­ra­su wi­do­ko­we­go w Klu­czach – miej­sca, któ­re do­wo­dzi, że na­wet w Ma­ło­pol­sce moż­na po­czuć się przez chwi­lę jak na in­nym kon­ty­ne­ncie.

PANORAMA PUSTYNI OD STRONY WSI KLUCZE — CORAZ MNIEJ PIASKU, CORAZ WIĘCEJ FOTOSYNTEZY

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. M. Antoniewicz: Zam­ki na Wy­ży­nie Kra­ko­wsko-Czę­sto­cho­wskiej...
  2. I. T. Kaczyńscy: Zam­ki w Pol­sce po­łu­dnio­wej, Mu­za SA 1999
  3. L. Kajzer, J. Salm, S. Ko­ło­dziej­ski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Sudety nr 10/2003
  4. R. Sypek: Zamki i obie­kty wa­ro­wne Ju­ry Kra­ko­wsko-Czę­sto­cho­wskiej
  5. J. Zinkow: Orle gnia­zda i wa­ro­wnie ju­raj­skie, Sport i Tu­ry­sty­ka 1977