VINCENNES

Château de Vincennes

DONŻON VINCENNES MA OKOŁO 52 METRY WYSOKOŚCI I TAKĄ POSTAWĘ, JAKBY WCIĄŻ OCZEKIWAŁ PROCESJI, A NIE TURYSTÓW Z TELEFONAMI

DZIEJE ZAMKU


Zamek w Vincennes wy­rósł na wscho­dnim krań­cu Pa­ry­ża, przy le­sie Vin­cen­nes i tuż obok mia­sta o tej sa­mej na­zwie — już sa­ma lo­ka­li­za­cja su­ge­ro­wa­ła, że nie cho­dzi o by­le bud­kę war­to­wni­czą z wi­do­kiem na bag­na. To nie mia­ła być straż­ni­ca dla znu­dzo­nych war­to­wni­ków, lecz so­li­dny ko­mu­ni­kat wy­sła­ny w świat: tu rzą­dzi się pań­stwem, a nie tyl­ko stra­szy prze­cho­dniów blan­ka­mi. Wzno­szo­ny głów­nie w la­tach 1361–1369, od po­cząt­ku ce­lo­wał wy­żej niż prze­cię­tna for­te­ca, bo miał łą­czyć wła­dzę z wy­go­dą i od­stra­szać nie­pro­szo­nych go­ści sa­mym cię­ża­rem mu­rów.

GŁÓWNA BRAMA DO ZAMKU, ZNANA JAKO TOUR DU VILLAGE, ZOSTAŁA UMIESZCZONA W OSI ZAŁOŻENIA TAK, BY KAŻDY WJAZD BYŁ AKTEM PUBLICZNYM, A NIE DYSKRETNĄ WIZYTĄ

Nic więc dziwnego, że od XIV do XVI wie­ku kró­lo­wie Fran­cji upo­do­ba­li so­bie to miej­sce jak do­brze skro­jo­ny pan­cerz. Moż­na tu by­ło rzą­dzić kra­jem, przyj­mo­wać po­sel­stwa, de­ba­to­wać o woj­nach i po­da­tkach, a po­tem pójść spać bez nie­przy­jem­ne­go uczu­cia, że ktoś wła­śnie ostrzy nóż za ścia­ną. W epo­ce, w któ­rej nie­po­ko­je by­ły co­dzien­no­ścią, a bez­pie­czeń­stwo luk­su­sem, Vin­cen­nes ofe­ro­wa­ło rzecz bez­cen­ną: względ­ny spo­kój su­mie­nia i snu.

PO ZEWNĘTRZNEJ DEMONSTRACJI POTĘGI, JAKĄ BYŁ GŁÓWNY WJAZD DO ZAMKU, WNĘTRZE DONŻONU ODSŁANIA BARDZIEJ KAMERALNY WYMIAR WŁADZY, CZEGO NAJLEPSZYM PRZYKŁADEM POZOSTAJE TEN USKRZYDLONY BYCZEK DŹWIGAJĄCY SKLEPIENIE Z CIERPLIWOŚCIĄ STRÓŻA KOŁYSKI, NIE TRONU

Najbardziej charakte­ry­sty­cznym ele­men­tem za­ło­że­nia po­zo­sta­je don­żon, ma­syw­na wie­ża obron­na wznie­sio­na w XIV wie­ku, do dziś naj­wyż­sza w Eu­ro­pie i sto­ją­ca tam jak ka­mien­ny środ­ko­wy pa­lec wy­mie­rzo­ny w każ­de­go, kto miał­by wąt­pli­wo­ści, kto tu roz­da­je kar­ty. Ta wie­ża nie mia­ła za­chwy­cać ani za­pra­szać, lecz do­mi­no­wać, przy­tła­czać i przy­po­mi­nać z da­le­ka, że roz­mo­wa z wła­dzą za­czy­na się od spu­szcze­nia wzro­ku - a naj­le­piej tak­że od zdję­cia czap­ki i wszel­kich złu­dzeń co do wła­sne­go zna­cze­nia.

"A POŚRODKU ZAŁOŻENIA WZNIESIONO DONŻON W CHÂTEAU DE VINCENNES, KTÓRY PRZEWYŻSZAŁ WSZYSTKIE MURY I WIEŻE, ABY NIKT, ANI PRZYBYWAJĄCY, ANI MIESZKAJĄCY, NIE MIAŁ WĄTPLIWOŚCI, GDZIE KOŃCZY SIĘ ROZMOWA, A ZACZYNA POSŁUCH"

Obok niej wy­ra­sta Sainte-Chape­pel­le, bu­do­wa­na od 1379 do 1552 ro­ku — pro­jekt, któ­ry kon­se­kwen­tnie igno­ro­wał po­ję­cie „ter­min od­da­nia”. Go­tyk pło­mie­ni­sty zdą­żył tu doj­rzeć po­wo­li, nie­mal zło­śli­wie spo­koj­nie, jak­by ce­lo­wo cze­kał, aż zmie­nią się dy­na­stie, mo­dy i po­glą­dy, po czym za­pre­zen­to­wał się w peł­nej kra­sie. W efe­kcie Vin­cen­nes nie pró­bu­je wy­bie­rać mię­dzy bru­tal­ną si­łą a wy­ra­fi­no­wa­niem, lecz bez skru­pu­łów trzy­ma oba na­rzę­dzia na­raz, po­ka­zu­jąc, że wła­dza naj­le­piej czu­je się tam, gdzie mo­że jed­no­cze­śnie gro­zić pię­ścią i po­pra­wiać man­kiet ko­ron­ko­wej ko­szu­li.

"I WZNIESIONO SAINTE-CHAPELLE W VINCENNES OBOK DONŻONU, ABY TEN, KTO PRZYJDZIE, WIDZIAŁ, ŻE WŁADZA MA DWA OBLICZA: JEDNO CIĘŻKIE I NIEPORUSZONE, DRUGIE WYSOKIE I PEŁNE ŚWIATŁA"

Pierwotnie zalesione te­re­ny obec­ne­go Vin­cen­nes na­le­ża­ły do bi­sku­pa Pa­ry­ża, lecz wi­zja po­lo­wań i wy­go­dne­go do­ja­zdu wy­star­czy­ła, aby Lud­wik VII (zm. 1180) po­sta­wił tu do­mek my­śliw­ski, otwie­ra­jąc se­zon na kró­lew­ską rzeź w bia­łych rę­ka­wi­czkach. Od koń­ca XII wie­ku ist­nia­ła tu­taj re­zy­den­cja kró­lew­ska, choć za­rów­no Lud­wik, jak i je­go na­stęp­ca Fi­lip Au­gust (zm. 1223) za­glą­da­li do Vin­cen­nes rzad­ko, gdyż miej­sce to mia­ło słu­żyć nie do miesz­ka­nia, lecz do uży­wa­nia: przy­je­chać, za­po­lo­wać, zjeść, po­ka­zać się i zni­knąć, za­nim zdą­ży się przy­wią­zać do kraj­obra­zu. Vin­cen­nes na tym eta­pie nie mia­ło jesz­cze am­bi­cji re­zy­den­cji z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — by­ło ra­czej kró­lew­skim na­rzę­dziem, a na­rzę­dzia, jak wia­do­mo, trzy­ma się pod rę­ką, a nie w ser­cu.

TEN PROSTY PLAN Z 1680 ROKU UTRWALA VINCENNES W KRAJOBRAZIE, ALE JEGO POCZĄTEK BYŁ CZYSTO PRAKTYCZNY: LUDWIK VII POTRZEBOWAŁ MIEJSCA NA POLOWANIE, NIE NA FILOZOFIĘ

Polowania organi­zo­wa­no tu bez li­to­ści i bez wsty­du, za­mie­nia­jąc las w zam­knię­tą are­nę, gdzie zwie­rzy­nę naj­pierw chwy­ta­no, po­tem kar­mio­no, a na koń­cu wy­pu­szcza­no tyl­ko po to, aby ją zar­żnąć w świe­tle dwor­skiej za­ba­wy. W breuils, roz­cią­ga­ją­cych się na set­kach he­kta­rów i oto­czo­nych mu­ra­mi, wy­ko­pa­no je­zio­ro Saint Man­dé i zad­ba­no o każ­dy de­tal przed­sta­wie­nia, w któ­rym zwie­rzę mia­ło ucie­kać, a moż­ni mie­li uda­wać bo­ha­te­rów. By­ło to wi­do­wi­sko, w któ­rym strach miał czte­ry no­gi, krew by­ła nie­uni­knio­na, a dwór uda­wał, że oglą­da odwa­gę, nie egze­ku­cję.

MALOWIDŁO POWSTAŁO W EPOCE OŚWIECENIA, LECZ PRZEDSTAWIA ZWYCZAJ O KORZENIACH ŚREDNIOWIECZNYCH, GDY VINCENNES SŁUŻYŁO JAKO KRÓLEWSKIE ZAPLECZE DO PRAKTYK, KTÓRE NAZYWANO TRADYCJĄ, CHOĆ BYŁA TO WYŁĄCZNIE ROZRYWKA DLA TYCH, KTÓRZY MYLILI OKRUCIEŃSTWO Z HONOREM

O ile dla Ludwika VII i jego na­stęp­ców Vin­cen­nes po­zo­sta­wa­ło adre­sem oka­zjo­nal­nym, o ty­le Lud­wik IX (zm. 1270) uczy­nił z nie­go miej­sce re­gu­lar­ne­go użyt­ku, ustę­pu­ją­ce czę­sto­tli­wo­ścią je­dy­nie Pa­ła­co­wi na Wy­spie w Pa­ry­żu. To tu­taj zbie­ra­ła się ra­da kró­lew­ska, tu za­pa­da­ły de­cy­zje, któ­re mia­ły re­alny cię­żar, a nie tyl­ko ład­ną for­mę, i tu wre­szcie król mógł rzą­dzić z dy­stan­su, z da­la od miej­skie­go zgieł­ku i nie­po­trzeb­nych spoj­rzeń. Gdy zni­kał z Pa­ry­ża, Vin­cen­nes przej­mo­wa­ła Mał­go­rza­ta Pro­wan­sal­ska (zm. 1295) wraz z dzie­ćmi, co za­mie­nia­ło za­mek w bez­pie­czny ma­ga­zyn dy­na­stii, w któ­rym prze­cho­wy­wa­no to, co naj­cen­niej­sze, pod­czas gdy wła­dza ro­bi­ła swo­je gdzie in­dziej.

W TEJ SAMEJ SYPIALNI, GDZIE USKRZYDLONY BYCZEK PILNOWAŁ SPOKOJU KRÓLEWSKIEGO SNU, TA POSTAĆ WYŁANIAJĄCA SIĘ ZE ŚCIANY WYGLĄDA, JAKBY CHCIAŁA SPRAWDZIĆ, CZY WŁADZA NADAL LEŻY NA SWOIM MIEJSCU

Gdy Ludwik IX wy­ku­pił ko­ro­nę cier­nio­wą od Bal­dwi­na II z Kon­stan­ty­no­po­la, by­ło ja­sne, że nie cho­dzi wy­łącz­nie o po­boż­ność, lecz tak­że o po­kaz si­ły w wer­sji re­li­kwio­wej. Kil­ka cier­ni oraz nie­wiel­ki skra­wek do­mnie­ma­ne­go Drze­wa Krzy­ża Świę­te­go zde­po­no­wa­no w Vin­cen­nes z my­ślą o przy­szłej ka­pli­cy, za­mie­nia­jąc za­mek na pe­wien czas w ma­ga­zyn sa­crum naj­wyż­szej pró­by — coś mię­dzy skar­bcem a sej­fem na zba­wie­nie. To stąd król wy­ru­szył na wy­pra­wę krzy­żo­wą, z któ­rej już nie wró­cił, że­gna­jąc ro­dzi­nę z prze­ko­na­niem god­nym czło­wie­ka, któ­ry naj­wy­raź­niej wie­rzył, że Bóg naj­bar­dziej ce­ni dłu­gą po­dróż i zde­cy­do­wa­nie krót­kie ży­cie.

ZŁOCONE TŁO VI KRUCJATY (1250) BŁYSZCZY WOKÓŁ LUDWIKA IX JAK OBIETNICA ZWYCIĘSTWA, PODCZAS GDY DRUGA SCENA, Z 1270 ROKU POD TUNISEM, PRZYPOMINA, ŻE ZARAZA NIE UZNAJE ANI LILII FRANCUSKICH, ANI ŚWIĘTYCH INTENCJI

Apogeum splendoru Vin­cen­nes przy­pa­dło na 18 sier­pnia 1239 ro­ku, kie­dy Lud­wik IX wpro­wa­dził re­li­kwie pa­syj­ne w uro­czy­stej pro­ce­sji, ciąg­nąc je przez swo­je po­sia­dło­ści ni­czym obja­zdo­wy spe­ktakl po­boż­no­ści sprzęg­nię­tej z wła­dzą. Ofi­cjal­nie ar­te­fa­kty za­mó­wio­ne przez kró­la zmie­rza­ły do pa­ry­skiej Sain­te-Cha­pel­le — i fak­ty­cznie tam osta­te­cznie tra­fi­ły — ale po dro­dze mo­nar­cha za­dbał, by w Vin­cen­nes zo­sta­ło kil­ka cier­ni z Ko­ro­ny Chry­stu­sa oraz frag­men­ty Świę­te­go Krzy­ża, bo świę­tość, jak każ­dy cen­ny za­sób, naj­le­piej mieć choć w za­pa­sie. Re­li­kwie więc nie tyl­ko czczo­no, lecz tak­że roz­par­ce­lo­wa­no z iście ad­mi­ni­stra­cyj­ną skru­pu­la­tno­ścią, a pla­no­wa­na ka­pli­ca pa­ła­co­wa mia­ła ja­sno dać do zro­zu­mie­nia, że sa­crum i wła­dza dzia­ła­ją naj­spraw­niej wte­dy, gdy moż­na je bez­pie­cznie prze­cho­wać, roz­sąd­nie daw­ko­wać i — od cza­su do cza­su — wy­sta­wić na wi­dok pu­bli­czny.

JEŚLI LUDWIK IX CHCIAŁ PRZECHOWYWAĆ KORONĘ CIERNIOWĄ W SKROMNYM POKOJU, TO COŚ MU SIĘ WYBITNIE NIE UDAŁO, BO SAINTE-CHAPELLE W PARYŻU WYGLĄDA TAK, JAKBY KAŻDA RELIKWIA MIAŁA SWÓJ WŁASNY REFLEKTOR I TŁUM STATYSTÓW Z KOLOROWEGO SZKŁA

W tym czasie zamek w Vin­cen­nes nie był już żad­nym ro­man­ty­cznym azy­lem, tyl­ko po­rząd­ną, kró­lew­ską po­cze­kal­nią: tu się bra­ło ślu­by, tu się cho­ro­wa­ło i — jak po­ka­zu­je sta­ty­sty­ka — cał­kiem czę­sto tu się umie­ra­ło. Fi­lip III Śmia­ły (zm. 1285) oże­nił się tu w 1274 ro­ku, za­pew­ne prze­ko­na­ny, że „Śmia­ły” to do­bry przy­do­mek na start wspól­ne­go ży­cia. Dzie­sięć lat póź­niej Fi­lip IV Pięk­ny (zm. 1314) po­wtó­rzył ma­newr, udo­wa­dnia­jąc, że uro­da i po­li­ty­ka idą w pa­rze tyl­ko wte­dy, gdy bar­dzo te­go chce­my. Vin­cen­nes było więc czymś w ro­dza­ju kró­lew­skie­go USC z op­cją VIP — ele­gan­cko, bli­sko Pa­ry­ża i bez nie­po­trze­bnych sen­ty­men­tów.

W TEJ SCENIE FILIP IV PIĘKNY WYGLĄDA JAK WŁADCA, KTÓRY ODKRYŁ, ŻE DŁUGI KORONY SPŁACA SIĘ NAJLEPIEJ PROCESEM O HEREZJĘ, A JEGO FINAŁEM SĄ STOSY DLA TEMPLARIUSZY ORAZ ICH DEFINITYWNE WYMAZANIE Z HISTORII

Potem zrobiło się jesz­cze cie­ka­wiej, bo Vin­cen­nes za­czę­ło dzia­łać jak po­nu­ra li­nia pro­du­kcyj­na dla mo­nar­chów XIV wie­ku. Tu za­koń­czy­li ży­wot Lud­wik X Kłó­tli­wy (zm. 1316), Fi­lip V Wy­so­ki (zm. 1322) i Ka­rol IV Pięk­ny (zm. 1328) — trzech kró­lów, trzy zgo­ny, jed­no miej­sce, jak­by za­mek zbie­rał ich se­ria­mi. Wte­dy by­ła to jesz­cze nie mo­nu­men­tal­na twier­dza z po­cztó­wek, lecz roz­le­gły dwór z czte­re­ma skrzy­dła­mi, wci­śnię­ty w pół­no­cno-wschod­ni na­roż­nik dzi­siej­szych mu­rów, któ­rych bu­do­wę roz­po­czę­to pod ko­niec XIII wie­ku. Re­zy­den­cja wy­go­dna, stra­te­gi­czna i na ty­le so­lid­na, by prze­żyć swo­ich lo­ka­to­rów — cze­go o nich sa­mych po­wie­dzieć się nie da. Bo Vin­cen­nes mia­ło przed so­bą przy­szłość, a kró­lo­wie… cóż, ra­czej ter­mi­narz.

MOŻNA BY GODZINAMI MÓWIĆ O METRACH WYSOKOŚCI DONŻONU W VINCENNES, ALE PRAWDZIWĄ ARCHITEKTURĘ WŁADZY ROZUMIE SIĘ DOPIERO WTEDY, GDY STANIE SIĘ W TEJ KAMIENNEJ LATRYNIE I ZROZUMIE, ŻE NAWET KRÓL MUSIAŁ TU PRZYCHODZIĆ BEZ KORONY

Seria klęsk w woj­nie stu­le­tniej Konflikt między Królestwem Anglii a Królestwem Francji, który trwał 116 lat i w praktyce składał się z kilku wojen oraz długich rozejmów. Zaczął się od sporu o sukcesję do tronu francuskiego — angielski król Edward III uznał, że ma do niego pełne prawo. Najgłośniejsze momenty to klęska Francuzów pod Azincourt (1415), oblężenie Orleanu i pojawienie się Joanny d’Arc, która nadała konfliktowi wymiar niemal mistyczny. W 1453 roku Anglia utraciła prawie wszystkie posiadłości na kontynencie (poza Calais), a Francja wyszła z wojny wyniszczona, lecz politycznie wzmocniona. Paradoksalnie więc „stuletnia” wojna nie tylko nie trwała równo sto lat, ale też przyspieszyła narodziny nowoczesnych monarchii i nowoczesnego poczucia tożsamości., upo­ka­rza­ją­ce poj­ma­nie kró­la przez An­gli­ków oraz pa­ry­skie za­mie­szki pod wo­dzą Étien­ne Mar­cel Étienne Marcel był paryskim kupcem i od 1354 roku prévôt des marchands, czyli czymś w rodzaju średniowiecznego burmistrza. W czasie kryzysu monarchii próbował ograniczyć władzę delfina Karola i wzmocnić pozycję stanów. Zginął w 1358 roku, zabity przez zwolenników dworu, gdy jego polityczna gra wymknęła się spod kontroli., wspar­te chłop­ską Ja­cqu­erie Jacquerie była gwałtownym buntem chłopskim w północnej Francji w 1358 roku, wybuchłym w samym środku kryzysu wywołanego wojną stuletnią, klęskami militarnymi i fiskalnym drenażem kraju. Nazwa pochodzi od pogardliwego określenia chłopa – „Jacques Bonhomme”. Zdesperowani wieśniacy atakowali dwory i zamki, oskarżając szlachtę o nieudolność i brak ochrony przed najazdami. Rebelia została brutalnie stłumiona przez rycerstwo; kulminacją była masakra pod Meaux., sku­te­cznie wy­le­czy­ły dwór z wia­ry w bez­pie­czeń­stwo sto­li­cy. Jan II (zm. 1364) i je­go syn, przy­szły Ka­rol V (zm. 1380), do­szli do wnio­sku ty­leż oczy­wi­ste­go, co bo­le­sne­go: Pa­ryż jest świe­tny do rzą­dze­nia, do­pó­ki nie za­czy­na się bun­to­wać. Po­trze­bna by­ła re­zy­den­cja bli­sko, ale nie za bli­sko — ta­ka, z któ­rej moż­na kon­tro­lo­wać mia­sto, nie bę­dąc zda­nym na je­go hu­mo­ry. Don­żon w Vin­cen­nes miał więc prze­stać być wy­łącz­nie na­rzę­dziem obro­ny, a stać się peł­no­pra­wną sie­dzi­bą mo­nar­chii: miej­scem, gdzie wła­dza nie tyl­ko się bro­ni, lecz tak­że mie­szka, pra­cu­je i ma osta­tnie sło­wo, na­wet gdy mia­sto obok tra­ci gło­wę.

SCENA Z MEUX, Z 1358 ROKU WYGLĄDA JAK ILUSTRACJA DO PODRĘCZNIKA POD TYTUŁEM „CO SIĘ DZIEJE, GDY MIESZCZANIN UWAŻA, ŻE MOŻE WPŁYWAĆ NA WŁADZĘ”, A SZLACHTA MA NA TEN TEMAT WŁASNE, DOŚĆ OSTATECZNE ZDANIE

Król nakazał bu­do­wę twier­dzy z roz­ma­chem, któ­ry nie po­zo­sta­wiał miej­sca na wąt­pli­wo­ści, z wy­so­ki­mi mu­ra­mi, wie­ża­mi oraz don­żo­nem wzno­szą­cym się na 52 me­try, sta­no­wią­cym ka­mien­ny ar­gu­ment za­my­ka­ją­cy każ­dą dy­sku­sję. Pra­ce ru­szy­ły oko­ło 1337 ro­ku, a do 1364 od­da­no do użyt­ku trzy dol­ne kon­dy­gna­cje; Ka­rol V wpro­wa­dził się do Vin­cen­nes w la­tach 1367–1368, gdy mu­ry na­dal ro­sły, co su­ge­ru­je, że cier­pli­wość ni­gdy nie by­ła kró­lew­ską cno­tą. Wraz z nim po­ja­wił się dwór, ob­sta­wio­ny stra­żą li­czą­cą osiem­dzie­się­ciu chło­pa, do­bra­ną tak, by nikt z ob­słu­gi nie pró­bo­wał spra­wdzać no­żem ani igłą, czy le­gen­da o kró­lew­skiej błę­ki­tnej krwi wy­trzy­ma kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

KWADRATOWA BRYŁA DONŻONU Z NAROŻNYMI WIEŻAMI USTAWIA PROSTĄ HIERARCHIĘ: W ŚRODKU WŁADZA, NA ZEWNĄTRZ RESZTA ŚWIATA

Jego królewska mość nie za­mie­rzał po­prze­stać na pół­środ­kach. Sko­ro już miał ele­gan­cki don­żon, to cze­mu nie opa­sać go czymś, co wy­glą­da jak ar­chi­te­kto­ni­czne „a te­raz po­ka­żę wam, kto tu rzą­dzi”. Pod ko­niec 1372 ro­ku ka­zał więc sta­wiać no­wy ob­wód obron­ny: nie by­le ja­ki par­kan, lecz po­tęż­ny czwo­ro­bok o dłu­go­ści po­nad ki­lo­me­tra, na­szpi­ko­wa­ny wie­ża­mi i przy­go­to­wa­ny na ko­lej­ne kró­lew­skie fa­na­be­rie w ka­mie­niu. Bu­do­wa ciąg­nę­ła się la­tami, od 1372 do 1385 ro­ku, bo ta­kie pro­je­kty nie po­wsta­ją w przer­wie na lunch. Efekt miał być ja­sny: prze­strzeń, kon­tro­la i de­mon­stra­cja si­ły, naj­le­piej wi­do­czna z da­le­ka. Krót­ko mó­wiąc – mur, któ­ry mó­wił wię­cej niż kró­lew­ski de­kret.

PATRZĄC NA TEN IMPONUJĄCY OBWÓD MOŻNA MIEĆ WRAŻENIE, ŻE KRÓL OBUDZIŁ SIĘ PEWNEGO DNIA I POMYŚLAŁ, ŻE SKORO JUŻ MA WIEŻĘ WYSOKĄ JAK AMBICJA, TO DORZUCI DO NIEJ MUR DŁUGI JAK JEGO CIERPLIWOŚĆ DO PODDANYCH, BO PRZECIEŻ NIE WYPADA MIEĆ DONŻONU BEZ RAMKI, A RAMKA MUSI BYĆ NA TYLE DUŻA, ŻEBY KAŻDY W OKOLICY WIEDZIAŁ, ŻE TO NIE JEST OGRÓDEK, TYLKO TERYTORIUM

W ten sposób wy­ro­sły for­ty­fi­ka­cje na po­nad ki­lo­metr, spi­na­ją­ce ca­ły do­tych­cza­so­wy kom­pleks jak klam­ra do zbyt gru­be­go se­gre­ga­to­ra. Pro­jekt był roz­dmu­cha­ny z peł­ną świa­do­mo­ścią: Vin­cen­nes mia­ło stać się po­li­ty­cznym cen­trum Fran­cji, kon­ku­ren­cją dla naj­gło­śniej­szych ka­mien­nych ma­ni­fe­stów epo­ki – pa­pie­skie­go Awi­nio­nu czy krzy­ża­ckie­go Mal­bor­ka. Am­bi­cja by­ła tu rów­nie ma­syw­na jak mu­ry, a prze­kaz pro­sty: sko­ro in­ni mo­gą bu­do­wać ko­lo­sy, Fran­cja też nie za­mie­rza stać w cie­niu. Ka­mień po ka­mie­niu Ka­rol V pi­sał wła­sny ko­men­tarz do epo­ki – bez skrom­no­ści, za to z roz­ma­chem, któ­re­go nie da­ło się nie za­uwa­żyć.

TEN PLAN WYGLĄDA TROCHĘ TAK, JAKBY KRÓL ZOBACZYŁ MALBORK, ZROBIŁ MINĘ POD TYTUŁEM „AHA, TAK SIĘ BAWICIE?”, PO CZYM WRÓCIŁ DO FRANCJI I KAZAŁ NARYSOWAĆ PROSTOKĄT WIĘKSZY NIŻ WSZYSTKO, CO TU DOTĄD ZBUDOWANO, BO SKORO KRZYŻACY MOGĄ MIEĆ KAMIENNY KOMPLEKS NA PÓŁNOCY, TO NAD SEK­WANĄ NIKT NIE BĘDZIE UDAWAŁ SKROMNOŚCI

Idąc z duchem czasu — do­sło­wnie — król za­in­sta­lo­wał na zam­ku ze­ga­ry, koń­cząc epo­kę „ja­koś to bę­dzie”. I nie by­ła to fa­na­be­ria ani śre­dnio­wie­czna wer­sja „smart home”. Ka­rol V trak­to­wał czas jak ko­lej­ne te­ry­to­rium do pod­po­rząd­ko­wa­nia: do zmie­rze­nia, po­dzie­le­nia i ob­sa­dze­nia war­tą. Ze­ga­ry w je­go re­zy­den­cjach mia­ły pil­no­wać po­rząd­ku dnia z ta­ką sa­mą dy­scy­pli­ną jak mu­ry pil­no­wa­ły gra­nic, do­wo­dząc, że na­wet Bóg miał przy­cho­dzić na umó­wio­ną go­dzi­nę.

PRYWATNY GABINET KRÓLA W DONŻONIE VINCENNES – WYSOKIE SKLEPIENIE, DOSKONAŁE DOŚWIETLENIE, INTYMNA SKALA, HISTORYCZNY PRESTIŻ

Dobę pociął rów­no, bez sen­ty­men­tów: trzy blo­ki po osiem go­dzin. Naj­pierw przy­cho­dzi­ły mo­dli­twa i le­ktu­ry, po­nie­waż du­sza rów­nież wy­ma­ga­ła re­gu­lar­nej ob­słu­gi, na­stęp­nie spra­wy pań­stwo­we, któ­re trzy­ma­ły wszy­stko w ry­zach, a do­pie­ro na koń­cu ro­zry­wki i od­po­czy­nek, gdyż na­wet król nie był w sta­nie bez przer­wy od­gry­wać po­ma­zań­ca. We­dług Chri­sti­ne de Pi­zan , cór­ki nad­wor­ne­go le­ka­rza Ka­ro­la, mo­nar­cha co­dzien­nie cho­dził na mszę i raz w ro­ku czy­tał Bi­blię od po­cząt­ku do koń­ca. Wia­ra mia­ła więc u nie­go nie tyl­ko głę­bię, ale też roz­kład ja­zdy — a spóź­nie­nia naj­wy­raź­niej nie wcho­dzi­ły w grę.

MAŁA, SUROWA KAPLICA W SERCU TWIERDZY, W KTÓREJ KAROL V ROBIŁ PORANNY CHECK-IN U BOGA, ŻEBY PÓŹNIEJ MÓC ROBIĆ CHECK-OUT PODDANYM

Ostatnim pomysłem Ka­ro­la V by­ło roz­po­czę­cie bu­do­wy Sainte-Cha­pel­le, świą­ty­ni za­pro­je­kto­wa­nej ja­ko sejf na re­li­kwie przy­wie­zio­ne nie­gdyś przez Lud­wi­ka IX, kró­la-świę­te­go i spe­cja­li­stę od świę­tych pa­mią­tek z Bli­skie­go Wscho­du. Fun­da­men­ty zdą­żo­no le­dwie za­zna­czyć w zie­mi, gdy mo­nar­cha zmarł w 1380 ro­ku w Ma­noir de Be­auté, świe­żo po­sta­wio­nej re­zy­den­cji, ulo­ko­wa­nej na po­łu­dnio­wy wschód od Vin­cen­nes — z da­la od pla­cu bu­do­wy i, jak się oka­za­ło, tak­że od jej fi­na­łu. Ka­pli­ca mia­ła dom­knąć ca­ły pro­jekt, lecz kró­lo­wi nie by­ło da­ne jej zo­ba­czyć — zdą­żył tyl­ko umrzeć w po­ło­wie wła­snych am­bi­cji.

MANOIR DE BEAUTÉ MIAŁ BYĆ SPOKOJNĄ REZYDENCJĄ, A ZOSTAŁ MIEJSCEM, W KTÓRYM KAROL V W 1380 ROKU ZAMKNĄŁ WŁASNY PROJEKT ŻYCIA, ZOSTAWIAJĄC SAINTE-CHAPELLE W VINCENNES W STANIE SUROWEJ OBIETNICY

W burzliwym XV wie­ku za­mek prze­obra­ził się w po­li­ty­czny schron o wy­jąt­ko­wo gę­stym stę­że­niu wła­dzy. Fran­cu­scy kró­lo­wie za­glą­da­li tu chęt­nie, po­nie­waż Vin­cen­nes ofe­ro­wa­ło to, co wła­dza ce­ni naj­bar­dziej: dy­stans od świa­ta oraz mu­ry wy­star­cza­ją­co gru­be, by nie mu­sieć słu­chać skut­ków wła­snych de­cy­zji. Re­gu­lar­nie re­zy­do­wał tu Ka­rol VI Sza­lo­ny (zm. 1422), mo­nar­cha zna­ny z te­go, że by­wał kró­lem wy­łącz­nie wte­dy, gdy aku­rat był so­bą, a nie kimś in­nym Karol VI cierpiał na poważne zaburzenia psychiczne, które objawiały się napadami urojeń i utratą kontaktu z rzeczywistością. Zdarzało mu się nie rozpoznawać żony i dworzan, twierdzić, że nie jest królem, a nawet że jest zrobiony ze szkła i może się rozpaść przy dotyku (!). Sy­tu­acja zmie­ni­ła się, gdy Vin­cen­nes sta­ło się za­baw­ką w rę­kach Fi­li­pa Do­bre­go (zm. 1467), któ­ry trak­to­wał Fran­cję jak op­cję in­we­sty­cyj­ną, i Ka­ro­la VII (zm. 1461), któ­ry pró­bo­wał od­zy­skać pań­stwo, za­nim ktoś sprze­da je w czę­ściach. Od tej chwi­li za­mek li­czył się już nie ja­ko sie­dzi­ba wła­dzy, lecz rów­nież ja­ko jej zdo­bycz.

1410–1416, KRĄG BRACI LIMBOURG: PSY ROZBIERAJĄ DZIKA NA MIĘSO, KREW WSIĄKA W ŚCIÓŁKĘ, A CHÂTEAU DE VINCENNES W TLE ROBI ZA ELEGANCKI BANER DLA TEGO KRWAWEGO SHOW

W 1415 roku wszystko roz­je­cha­ło się Fran­cu­zom rów­nie efe­kto­wnie, jak ich ry­cer­stwo pod Azin­court Francuska ciężka jazda postanowiła przejść przez błoto w pełnym rynsztunku prosto na angielskich łuczników i odkryła, że entuzjazm nie odbija strzał. Efekt? Anglicy pod wodzą Henryka V odnieśli spektakularne zwycięstwo, a Francuzi zapisali w kronikach jedną z najbardziej bolesnych lekcji pokory w całej wojnie stuletniej. — du­żo ha­ła­su, jesz­cze wię­cej zbroi i ze­ro­wa kon­tro­la nad fi­na­łem. Ar­mia Hen­ry­ka V (zm. 1422), kró­la An­glii o zim­nej gło­wie i twar­dej rę­ce, roz­nio­sła fran­cu­ską szlach­tę z me­to­dy­czną pre­cy­zją, a pięć lat póź­niej trak­tat w Tro­yes przy­pie­czę­to­wał klę­skę, od­da­jąc An­gli­kom nie tyl­ko Île-de-France, lecz tak­że Vin­cen­nes.

"NO BO JA TAM PANIE NA WOJNIE SIĘ NIE ZNAM, ALE JAK W BITWIE POD AZINCOURT WIDZĘ TYLE ŻELASTWA WLECZONEGO PO BŁOCIE, TO SE MYŚLĘ, ŻE JAKBY PANOWIE ZAMIAST W ZBROJE, TO W ROZUM SIĘ UBRAŁY, TO BY MOŻE MNIEJ BYŁO TEGO LEŻENIA NA ZIEMI, BO KOŃ TO JESZCZE WSTANIE, ALE CZŁOWIEK Z TAKĄ DUMĄ NA PLECACH TO JUŻ NIEKONIECZNIE"

Henryk V nie bawił się w sym­bo­le: wpro­wa­dził woj­sko, ka­zał na­pra­wić to, co Fran­cu­zi la­ta­mi od­kła­da­li na po­tem, i po­tra­kto­wał za­mek jak spraw­nie dzia­ła­ją­cą ba­zę oku­pa­cyj­ną. Puen­ta przy­szła szyb­ko i bez­ce­re­mo­nial­nie — w 1422 ro­ku król An­glii zmarł wła­śnie tam, na dy­zen­te­rię, ma­jąc trzy­dzie­ści pięć lat. Vin­cen­nes po raz ko­lej­ny ode­gra­ło swo­ją ro­lę: wy­trzy­ma­ło oblę­że­nia, in­try­gi i zmia­ny flag, a na koń­cu przy­po­mnia­ło, że na­wet naj­le­piej ufor­ty­fi­ko­wa­na wła­dza prze­gry­wa z rze­cza­mi tak przy­ziem­ny­mi jak brud­na wo­da i ludz­ki żo­łą­dek.

VINCENNES NA MINIATURZE Z 1455 ROKU STOI PEWNE SIEBIE, ZA TO POSTAĆ U JEGO STÓP LEŻY JUŻ BEZ ZŁUDZEŃ, CO W SUMIE DOBRZE STRESZCZA RÓŻNICĘ MIĘDZY ZŁOTEM NA WIEŻY A BŁOTEM PODDANYCH

Sojusz Burgund­czy­ków z Ka­ro­lem VII dzia­łał jak so­lid­nie wy­mie­rzo­ny kop­niak w an­giel­skie am­bi­cje. Île-de-Fran­ce zo­sta­ło od­zy­ska­ne, za­mek w Vin­cen­nes wró­cił w rę­ce Fran­cu­zów, a An­gli­cy mu­sie­li zwi­nąć ma­na­tki. Król naj­wy­raź­niej jed­nak nie pa­łał mi­ło­ścią do miej­sca, któ­re tak ład­nie od­zy­skał. Je­go sym­pa­tie kon­se­kwen­tnie dry­fo­wa­ły ku Do­li­nie Lo­ary, re­ne­san­so­wej wer­sji cie­płych kra­jów dla wład­cy znu­żo­ne­go wil­go­cią, prze­cią­ga­mi i zbyt bli­ską obec­no­ścią Pa­ry­ża. Choć Vin­cen­nes wró­ci­ło na ma­pę Fran­cji, to król po­zo­stał w nim wy­łącz­nie te­ore­ty­cznie.

ZAMEK CHINON NAD LOARĄ W „BARDZO BOGATYCH GODZINKACH KSIĘCIA DE BERRY” Z 1446 ROKU WYGLĄDA JAK BAJKA O SPOKOJNYM KSIĘSTWIE, TYLE ŻE OD 1425 ROKU MIESZKAŁ TU KAROL VII, KTÓRY MIAŁ WIĘCEJ PROBLEMÓW NIŻ CI CHŁOPI MAJĄ GRZĄDEK

Ludwik XI (zm. 1483) był kró­lem, który Vin­cen­nes nie zno­sił z kla­są. Rzą­dził Fran­cją, lecz mie­szkał z re­gu­ły gdzie in­dziej, a za­mek trak­to­wał jak nie­wy­go­dny obo­wią­zek, coś mię­dzy urzę­do­wym adre­sem a źle do­bra­nym pre­zen­tem. Sko­ro jed­nak miej­sce istnia­ło i do­ma­ga­ło się ge­stu, Lud­wik zo­sta­wił po so­bie no­wą re­zy­den­cję wci­śnię­tą w mur po­łu­dnio­wo-wscho­dni, pier­wszą w tym kom­ple­ksie, któ­ra nie stra­szy­ła po­nu­rym śre­dnio­wie­czem. Bu­dy­nek przy­kle­jo­no do po­łu­dnio­wo-wscho­dnie­go mu­ru tak, jak przy­kle­ja się kar­tkę z no­ta­tką, gdy nie chce się pi­sać li­stu. Da­ło się w nim prze­no­co­wać, da­ło się urzę­do­wać, nie da­ło się go po­my­lić z do­mem. Vin­cen­nes do­sta­ło kró­lew­ski adres, lecz bez złu­dzeń, że ktoś bę­dzie tu za­glą­dał z przy­jem­no­ścią.

TO JEST VINCENNES ZANIM LUDWIK XI POSTANOWIŁ DOPISAĆ DO NIEGO SWOJE APARTAMENTY, WIĘC WIDZIMY JESZCZE UKŁAD CZYSTY, PRAWIE GEOMETRYCZNY, GDZIE DONŻON NIE MUSI Z NIKIM KONKUROWAĆ, BO JUŻ WYGRYWA SAMĄ OBECNOŚCIĄ

Sainte-Chapelle po­zo­sta­wa­ła na­to­miast w sta­nie wiecz­nej pro­wi­zor­ki. Za­czę­ta w 1379 ro­ku, w XVI wieku wciąż wy­glą­da­ła jak in­we­sty­cja, któ­ra ugrzę­zła w pa­pie­rach. Do­pie­ro Fran­ci­szek I (zm. 1547) uznał, że ta­ka pro­wi­zor­ka kłó­ci się z je­go wi­ze­run­kiem, zwła­szcza przy oka­zji na­ro­dzin na­stęp­cy, któ­re ide­al­nie na­da­wa­ły się do po­łą­cze­nia po­boż­no­ści z au­to­pro­mo­cją. Po je­go śmier­ci Hen­ryk II (zm. 1559) do­pro­wa­dził spra­wę do koń­ca, dzię­ki cze­mu w 1552 ro­ku ka­pli­ca wre­szcie zo­sta­ła zam­knię­ta skle­pie­nia­mi, obi­ta bo­aze­rią i wy­peł­nio­na wi­tra­ża­mi, prze­sta­jąc wy­glą­dać jak bu­do­wa po­rzu­co­na w po­ło­wie zda­nia.

WERSJA WCZEŚNIEJSZA BYŁA JAK KAMIENNY MONOLOG, A OKOŁO 1600 ROKU TO JUŻ MAŁA ORKIESTRA: DONŻON GRA BAS, KAPLICA CIĄGNIE WYSOKIE NUTY, A SKRZYDŁA MIESZKALNE ROBIĄ RYTM CODZIENNOŚCI

Gdy dwór wyniósł się do wy­go­dniej­sze­go pa­wi­lo­nu, don­żon ogo­ło­co­no z re­sztek splen­do­ru, wsta­wio­no kra­ty i straż­ni­ków, a w 1574 ro­ku osa­dzo­no tam Hen­ry­ka z Na­war­ry (zm. 1610), za­mie­sza­ne­go w spi­sek Mal­con­ten­tów z udzia­łem księ­cia d’Alen­çon Spisek Malcontentów z lat 1574–1575, czyli mieszanka ambitnych arystokratów i politycznych maruderów, którzy mieli serdecznie dość rządów Henryka III Walezego i dominacji jego dworu. W tle kręcił się jego młodszy brat, Franciszek d’Alençon, marzący o większym kawałku władzy, a także Henryk (wtedy jeszcze król Nawarry), który próbował ugrać coś dla siebie w chaosie wojen religijnych. Plan był prosty: osłabić królewską kontrolę i przetasować układ sił, ale jak to zwykle bywa – skończyło się aresztowaniami i kolejnym sezonem francuskiego dramatu dynastycznego., co naj­le­piej po­ka­za­ło, że miej­sce nie­chcia­ne przez pa­nu­ją­cych ide­al­nie na­da­je się do trzy­ma­nia tych, któ­rzy jesz­cze cze­ka­ją na swo­ją ko­lej. Od te­go mo­men­tu hi­sto­ria po­to­czy­ła się już pro­sto i przez kil­ka ko­lej­nych stu­le­ci don­żon funk­cjo­no­wał ja­ko wię­zie­nie czy­li smród wil­go­ci, kra­ty i ci­sza po krzy­ku.

NA RYCINIE WIDZIMY, JAK W 1590 ROKU KSIĄŻĘ DE MAYENNE PRÓBUJE WZIĄĆ VINCENNES, BO JAK SIĘ CHCE RZĄDZIĆ FRANCJĄ, TO WYPADA NAJPIERW MIEĆ JAKIŚ PORZĄDNY ZAMEK NA ROZGRZEWKĘ!

Na początku XVII wieku Ma­ria Me­dy­cej­ska (zm. 1642), wdo­wa po Hen­ry­ku IV, któ­ry zgi­nął od no­ża ba­rdziej prze­ko­na­ne­go fa­na­ty­ka niż ide­owca, uzna­ła, że sta­ry pa­wi­lon po Lud­wi­ku XI i Fran­ci­szku I na­da­je się już wy­łącz­nie do wspo­mnień i prze­cią­gów, więc z ty­po­wą dla Me­dy­ce­uszy mie­sza­ni­ną lę­ku i wło­skie­go roz­ma­chu po­le­ci­ła nie ty­le go odno­wić, ile sym­bo­li­cznie ze­pchnąć do ką­ta, uru­cha­mia­jąc pro­jekt no­wej re­zy­den­cji, któ­ra mia­ła chro­nić jej ży­cie rów­nie sku­te­cznie jak pod­kre­ślać sta­tus.

ROK 1620 — ZAMEK ROZWAŁKOWANY JAK CIASTO NA PIEROGI, JAKBY RYSOWNIK BAŁ SIĘ, ŻE COŚ WYROŚNIE ZA BARDZO

Jej syn Ludwik XIII (zm. 1643), ma­ją­cy wte­dy dzie­sięć lat i wię­cej do­rad­ców niż wła­snych de­cy­zji, w 1610 ro­ku uro­czy­ście po­ło­żył ka­mień wę­giel­ny, wy­ko­nu­jąc gest bar­dziej sym­bo­li­czny niż spraw­czy, cho­ciaż dwór i tak kla­skał, jak­by wła­śnie ob­ja­wił się no­wy Ce­zar. Praw­dzi­wy roz­mach przy­szedł jed­nak do­pie­ro z Lud­wi­kiem XIV (zm. 1715), któ­ry nie uzna­wał wer­sji „skrom­nej”, więc pro­jekt roz­rósł się jak ego mo­nar­chy, a re­ali­za­cję prze­jął Louis Le Vau (zm. 1670), ar­chi­tekt po­tra­fią­cy spra­wić, że wiel­kie i cięż­kie wy­glą­da­ło na lo­gi­czne oraz ele­gan­ckie. Tak po­wsta­ły Pa­wi­lon Kró­lo­wej i Pa­wi­lon Kró­la, z cze­go ten dru­gi roz­rósł się jak ego wład­cy, a „har­mo­nia” dzia­ła­ła tyl­ko dla­te­go, że nikt nie śmiał po­wie­dzieć, że to zwy­kły kloc.

W DRUGIEJ POŁOWIE XVII WIEKU NIE CHODZI JUŻ O OBRONĘ, TYLKO O WRAŻENIE, WIĘC PAWILONY STOJĄ NA PIERWSZYM PLANIE JAK DEKLARACJA, ŻE SKROMNOŚĆ ZOSTAŁA DEFINITYWNIE WYCOFANA Z UŻYTKU

W środku było do­kła­dnie tak, jak moż­na się spo­dzie­wać po wła­dzy, któ­ra lu­bi się prze­glą­dać w zło­cie, a wnę­trza Vin­cen­nes za­po­wia­da­ły Wer­sal, za­nim ten stał się na­ro­do­wą ob­se­sją. Sko­ro wnę­trza mia­ły ro­bić wra­że­nie, ogro­dy nie mo­gły wy­glą­dać jak przy­pa­dko­wa łą­ka, więc wo­kół zam­ku urzą­dzo­no zie­lo­ną ma­chi­nę po­rząd­ku i kon­tro­li. Jean-Bap­ti­ste Col­bert (zm. 1683), świe­żo mia­no­wa­ny in­ten­dent fi­nan­sów, ka­zał roz­ry­so­wać par­te­ry z ge­ome­try­czną pre­cy­zją, two­rząc „ma­ły park” o po­wierz­chni bli­sko 15 he­kta­rów, roz­cią­ga­ją­cy się aż do Saint-Man­dé, z ja­snym prze­ka­zem, że w tej mo­nar­chii na­wet tu­li­pan nie miał pra­wa ro­snąć tam, gdzie mu się po­do­ba­ło.

"JA TU GRABIĘ TEN „MAŁY PARK”, PIĘTNAŚCIE HEKTARÓW RÓWNEJ ZIELENI, I MÓWIĄ MI, ŻE TO DLA CHWAŁY KRÓLA I PORZĄDKU MONARCHII, TYLKO JAK PATRZĘ, JAK KAŻDY KRZAK MA WYZNACZONE MIEJSCE, TO SE MYŚLĘ, ŻE U NAS NA WSI NAWET KURY MAJĄ WIĘCEJ SWOBODY NIŻ TE TULIPANY"

Wracając ze ślu­bu w Saint-Jean-de-Luz, Lud­wik XIV i Ma­ria Au­stria­czka (zm. 1683) zro­bi­li po­stój w Vin­cen­nes, trak­tu­jąc za­mek jak przed­sio­nek przed trium­fal­nym wja­zdem do Pa­ry­ża w sier­pniu 1660 ro­ku, gdzie mie­li po­ka­zać się lu­do­wi w peł­nej kra­sie. Przed mu­ra­mi ze­bra­ły się tłu­my z Mon­treuil-sous-Bois, La Pis­sot­te i Saint-Mand­é, kla­szcząc, krzy­cząc i speł­nia­jąc ro­lę sta­ty­stów, pod­czas gdy woj­ska Do­mu Kró­lew­skie­go z musz­kie­te­ra­mi na cze­le pil­no­wa­ły, że­by ten en­tu­zjazm był rów­ny, do­no­śny i naj­le­piej nie­uda­wa­ny zbyt krót­ko.

JA NIE WIEM, CZY TEN LUDWIK XIV NA OBRAZIE FRANZA VAN DER MEULENA JEST WYSTARCZAJĄCO W CENTRUM, BO CHÂTEAU DE VINCENNES TROCHĘ ODWRACA UWAGĘ I TO MNIE DEKONCENTRUJE ;-)
MUSZKIETEROWIE
Korpus muszkieterów ru­szył w świat w 1622 ro­ku z na­da­nia Lud­wi­ka XIII, kró­la o twa­rzy asce­ty i men­tal­no­ści czło­wie­ka, któ­ry wszę­dzie wi­dział spi­sek, więc za­miast ufać dwo­ro­wi, ka­zał so­bie zbu­do­wać pry­wa­tną ochro­nę z mło­dych, uzbro­jo­nych szlach­ci­ców. Szla­che­ctwo by­ło tu waż­niej­sze niż roz­są­dek, na­bór przy­po­mi­nał klub dla do­brze uro­dzo­nych awan­tur­ni­ków, a za­da­nie spro­wa­dza­ło się do pil­no­wa­nia kró­lew­skie­go cia­ła w po­dró­ży, choć bar­dzo szyb­ko wy­szło na jaw, że pa­no­wie w pió­rach wo­lą dym oblę­żeń od drep­ta­nia przy ka­re­cie, trak­tu­jąc woj­nę jak krwa­we po­lo­wa­nie, w któ­rym zwie­rzy­na nie ucie­ka w las, tyl­ko od­po­wia­da og­niem i ma do­kła­dnie ty­le sa­mo ar­gu­men­tów co my­śli­wi.

MUSZKIETER NA BIAŁYM KONIU, Z KRZYŻEM NA PŁASZCZU I DWORSKIM PIÓROPUSZEM, STAJE SIĘ SYMBOLEM OCHRONY KRÓLA, CHOĆ W PRAKTYCE BARDZIEJ CIĄGNIE GO TAM, GDZIE KURZ MIESZA SIĘ Z PROCHEM

Fakt, że niemal wszyscy musz­kie­te­ro­wie po­cho­dzi­li z Ga­sko­nii, nie wy­ni­kał z ro­man­ty­cznej tra­dy­cji, lecz z bar­dzo przy­ziem­nej po­li­ty­ki per­so­nal­nej Hen­ry­ka IV, któ­ry ja­ko król z po­łu­dnio­we­go za­cho­du Fran­cji ufał prze­de wszyst­kim swo­im kra­ja­nom, zna­nym z go­rą­cej krwi, ostrych ję­zy­ków i jesz­cze ostrzej­szych ra­pie­rów. Lud­wik XIII, odzie­dzi­czy­wszy tron oraz nie­uf­ność wo­bec resz­ty kra­ju, pod­trzy­mał ten re­gio­nal­ny mo­no­pol, dzię­ki cze­mu Pa­ryż pe­łen był ga­skoń­skich ak­cen­tów, po­je­dyn­ków o by­le spoj­rze­nie i szlach­ci­ców, któ­rzy trak­to­wa­li ho­nor jak wa­lu­tę drob­nych no­mi­na­łów.

CHÂTEAU DE VINCENNES — CZASY LUDWIKA XIII, TEN SAM DONŻON, ZERO UGIĘCIA POD MODĄ

W 1646 roku kar­dy­nał Ma­za­rin (zm. 1661), czło­wiek o ner­wach księ­go­we­go i cier­pli­wo­ści księ­go­we­go tyl­ko do mo­men­tu zam­knię­cia bi­lan­su, roz­wią­zał kom­pa­nię musz­kie­te­rów kró­lew­skich, uzna­jąc ich za zbyt ha­ła­śli­wych, kon­fli­kto­wych i ko­sztow­nych w utrzy­ma­niu, co w ustach po­li­ty­ka ozna­cza­ło po pro­stu, że nie da się ni­mi ste­ro­wać bez ry­zy­ka ha­ła­su. Mło­dy Lud­wik XIV przy­wró­cił ich w 1657 ro­ku, naj­wy­raź­niej uzna­jąc, że król bez musz­kie­te­rów wy­glą­da jak sce­na bez re­fle­kto­rów, po czym for­ma­cja ta by­ła jesz­cze kil­ka­kro­tnie ka­so­wa­na i wskrze­sza­na w la­tach 1775, 1792 oraz 1815, aż wre­szcie zni­knę­ła de­fi­ni­ty­wnie, choć tyl­ko z ko­szar, a nie z wy­obraź­ni zbio­ro­wej.

CHÂTEAU DE VINCENNES — CZASY LUDWIKA XIV, TEN SAM DONŻON, ALE TERAZ W ZŁOTEJ RAMIE EGO

Za to drugie od­po­wia­dał Ale­xan­dre Du­mas (zm. 1870), któ­ry w 1844 ro­ku w dzien­ni­ku Le Siè­cle wy­pu­ścił w od­cin­kach Trzech mu­szkie­te­rów, czy­niąc z nich gwia­zdy li­te­ra­ckie o si­le od­dzia­ły­wa­nia więk­szej niż re­al­ne re­gi­men­ty. Hi­sto­ria mło­de­go Ga­skoń­czy­ka d’Arta­gna­na, wcho­dzą­ce­go do Pa­ry­ża z am­bi­cją wiel­ką jak je­go pro­win­cjo­nal­na du­ma, spla­ta się tam z lo­sa­mi Atho­sa, Por­to­sa i Ara­mi­sa, two­rząc kwar­tet go­to­wy wal­czyć z kar­dy­na­łem Ri­che­lieu (zm. 1642), Mi­la­dy de Win­ter i ca­łym apa­ra­tem in­try­gi dwor­skiej, by ra­to­wać ho­nor An­ny Au­stria­czki, kró­lo­wej oto­czo­nej sie­cią plo­tek gę­stszą niż pa­ry­skie za­ułki. Du­mas oparł się na rze­ko­mych Pa­mięt­ni­kach d’Arta­gna­na, opu­bli­ko­wa­nych w 1700 ro­ku przez Ga­tie­na de Cour­tilz de San­dra­sa, by­łe­go mu­szkie­te­ra, któ­ry z fa­któw uczy­nił tram­po­li­nę dla fan­ta­zji, a z plo­tek fun­da­ment le­gen­dy.

MUSZKIETER PRĘŻY SIĘ JAK PARADA,
BITWA TO DLA NIEGO RUCHOMA ESTRADA,
KRÓLA PILNUJE Z OBLICZEM SUROWYM,
DO PIĘŚCI SZYBKI, DO SKROMNOŚCI — NIEGOTOWY

Ikonografia muszkieterów wzię­ła się z pro­ste­go fa­ktu, że pier­wsza kom­pa­nia, ta od pil­no­wa­nia kró­lew­skiej skó­ry, no­si­ła nie­bie­skie ka­za­ki z bia­łym krzy­żem ob­sy­pa­nym li­lia­mi, czy­li uni­form tak krzy­kli­wy, że na­da­wał się bar­dziej na pa­ra­dę niż na po­le wal­ki, za to wbi­jał się w pa­mięć szyb­ciej niż na­zwi­ska je­go wła­ści­cie­li. Dru­ga kom­pa­nia, po­wo­ła­na w 1626 ro­ku do ochro­ny Ri­che­lieu, cho­dzi­ła na czer­wo­no, w bar­wie Ko­ścio­ła i wła­dzy, co ja­sno sy­gna­li­zo­wa­ło, ko­mu słu­ży i kto roz­da­je kar­ty. Po oblę­że­niu Maa­stricht w 1673 ro­ku ten ko­lor roz­lazł się na wszy­stkich mu­szkie­te­rów, za­mie­nia­jąc ich w cho­dzą­ce zna­ki ostrze­ga­wcze mo­nar­chii, wi­do­czne z da­le­ka i trud­ne do po­my­le­nia z kim­kol­wiek in­nym.

STOJĄ TU JAK NA WYBIEGU HISTORII FRANCJI: NAJPIERW BAROKOWY MUSZKIETER LUDWIKA XIV Z 1660, POTEM DWORSKI 1727 LUDWIKA XV, NASTĘPNIE PERFEKCYJNIE WYPRASOWANY 1772 LUDWIKA XVI, A NA KOŃCU 1814, GDY MONARCHIA WRACA I UDAJE, ŻE NIC SIĘ NIE STAŁO

Pod względem uzbro­je­nia mu­szkie­ter był pie­chu­rem z mu­szkie­tem, bro­nią cięż­ką, po­wol­ną i wy­ma­ga­ją­cą pod­pór­ki, któ­ra da­wa­ła je­den strzał i zo­sta­wia­ła strzel­ca z pro­ble­mem, co zro­bić da­lej. Wte­dy się­gał po ra­pier albo szpa­dę, broń po­je­dyn­ko­wą, stwo­rzo­ną do szyb­kie­go pchnię­cia z bli­ska, ide­al­ną na uli­ce, ko­ry­ta­rze i wszy­stkie te sy­tu­acje, w któ­rych ho­nor spo­ty­kał się z wą­skim przej­ściem. Szla­chta XVII wie­ku ćwi­czy­ła fe­chtu­nek ma­nia­kal­nie, obra­ża­jąc się rów­nie czę­sto jak tre­no­wa­ła, a mu­szkie­te­ro­wie, za­wo­do­wcy od woj­ny i spo­rów, łą­czy­li strze­la­nie i kłu­cie w je­den fach, wy­ko­ny­wa­ny bez sen­ty­men­tów i bez ry­cer­skich złu­dzeń.

ALEXANDRE DUMAS W 1844 ROKU ZROBIŁ Z NICH ROMANTYCZNYCH BOHATERÓW, ALE PRAWDZIWY MUSZKIETER WIEDZIAŁ, ŻE PO JEDNYM STRZALE ZACZYNA SIĘ NAJMNIEJ LITERACKA CZĘŚĆ ROBOTY, W KTÓREJ LICZY SIĘ ZASIĘG RAMIENIA, NIE FRAZA

Na koniec warto przy­pom­nieć, że d’Arta­gnan nie był wy­łącz­nie pro­du­ktem wy­obra­źni. Charles de Batz de Ca­stel­more, zna­ny ja­ko d’Arta­gnan (zm. 1673), ist­niał na­pra­wdę. Był za­ufa­nym czło­wie­kiem Lud­wi­ka XIV, a w 1661 ro­ku, ma­jąc pięć­dzie­siąt lat, otrzy­mał sto­pień po­ru­czni­ka Sza­rych Mu­szkie­te­rów — co po­twier­dza­ło, że je­śli je­szcze od­dy­cha­łeś i po­tra­fi­łeś ma­chać sza­blą, wiek ni­ko­go nie obcho­dził.

NA POMNIKU DUMASA D’ARTAGNAN SIEDZI PEWNIE, JAKBY CHCIAŁ POWIEDZIEĆ, ŻE OWSZEM, BYŁ POSTACIĄ HISTORYCZNĄ, ALE TO LITERATURA ZROBIŁA Z NIEGO MARKĘ

W tamtym okresie Vin­cen­nes wciąż uda­wa­ło cen­trum kró­lew­skie­go świa­ta, choć by­ło to już ra­czej uda­wa­nie na pół gwizd­ka, z pa­ra­da­mi woj­sko­wy­mi, ofi­cjal­ny­mi fe­ta­mi i ro­man­sem Lud­wi­ka XIV z Lu­izą La Val­liè­re (zm. 1710), oglą­da­nym przez dwór jak se­rial, któ­ry daw­no stra­cił tem­po, lecz wciąż le­ciał w ra­mów­ce. Za­mek, mo­cno prze­sią­knię­ty mło­do­ścią mo­nar­chy i cie­niem kar­dy­na­ła Ma­za­ri­na , co­raz wy­raź­niej prze­gry­wał z Wer­sa­lem, gdzie by­ło wię­cej mar­mu­ru, wię­cej kon­tro­li i znacz­nie mniej sen­ty­men­tów, a Vin­cen­nes zo­sta­wa­ło w ro­li sta­re­go adre­su, do któ­re­go ma się sła­bość, ale któ­re­go nie wpi­su­je się już do ofi­cjal­nych pa­pie­rów.

1715. PRZED VINCENNES CIĄGNIE SIĘ ORSZAK TAK GĘSTY OD KONI, PIÓR I PARADNYCH STROJÓW, ŻE CZŁOWIEK MA WRAŻENIE, IŻ KRÓL POSTANOWIŁ PRZYWIEŹĆ ZE SOBĄ CAŁĄ FRANCJĘ, BY UPEWNIĆ SIĘ, ŻE NIKT NIE PRZEOCZY FAKTU, IŻ WŁADZA LUBI BYĆ WIDZIALNA NA KILKASET METRÓW.

Gdy w 1715 roku Ludwik XIV, do­ga­sa­ją­cy i świa­do­my, że spe­ktakl do­bie­ga koń­ca, za­ży­czył so­bie, aby pier­wsze la­ta pa­no­wa­nia je­go pra­wnu­ka to­czy­ły się w Vin­cen­nes, brzmia­ło to jak osta­tni ukłon w stro­nę wła­snej mło­do­ści. Lud­wik XV (zm. 1774) za­mie­szkał tam rze­czy­wi­ście przez trzy mie­sią­ce, do­wie­zio­ny przez re­gen­ta Fi­li­pa II , księ­cia Or­le­anu (zm. 1723), któ­ry uznał sta­re mu­ry za bez­pie­czniej­sze od pa­ry­skich sa­lo­nów peł­nych in­tryg, lecz dwór po­tra­kto­wał ten epi­zod jak tym­cza­so­wą kry­jów­kę, po czym szyb­ko wró­cił tam, gdzie by­ło wy­go­dniej i bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­nie.

OKRES PANOWANIA LUDWIKA XV: MOST DUDNI POD KOŁAMI, KONIE RŻĄ, DWÓR BŁYSZCZY, A ABSOLUTYZM UDAJE, ŻE TO KOLEJNY WIELKI AKT, NIE OSTATNIE PODRYGI

Po wyjeździe dworu Vin­cen­nes za­czę­ło żyć z do­ryw­czych za­jęć, za­mie­nia­jąc kró­lew­ską po­wa­gę na czy­sty prag­ma­tyzm. W 1740 ro­ku w Wie­ży Dia­bła ru­szy­ła ma­nu­fa­ktu­ra por­ce­la­ny, prze­nie­sio­na w 1756 ro­ku do Sè­vres, gdy wy­szło na jaw, że cia­sne mu­ry śre­dnio na­da­ją się na fa­bry­kę lu­ksu­su. Póź­niej dzia­ła­ła tu wy­twór­nia uzbro­je­nia, na­stęp­nie pie­kar­nia prze­my­sło­wa, w la­tach 1777–1784 urzą­dza­no wy­ści­gi kon­ne, a w 1787 król wy­sta­wił więk­szość za­bu­do­wań na sprze­daż. Re­wo­lu­cja fran­cu­ska szyb­ko jed­nak zre­wi­do­wa­ła pla­ny, za­mie­nia­jąc Vin­cen­nes w ba­zę woj­sko­wą i (po­no­wnie) wię­zie­nie, co by­ło dość bez­czel­ną, ale lo­gi­czną puen­tą tej hi­sto­rii.

TA PLATERA POWSTAŁA W MANUFAKTURZE URUCHOMIONEJ W 1740 ROKU W WIEŻY DIABŁA W VINCENNES, GDZIE MIĘDZY ŚREDNIOWIECZNYM MUREM A OPIŁKAMI KAOLINU PRÓBOWANO POŁĄCZYĆ KAMIENNY NABZDYK Z LUKSUSEM
WIĘZIENIE
Wystarczy zajrzeć do pism Male­sher­be­sa (zm. 1794) i Mi­ra­beau (zm. 1791), że­by zro­zu­mieć, że don­żon w Vin­cen­nes pod ko­niec XVIII wie­ku nie był żad­nym za­by­tkiem ani miej­scem do hi­sto­ry­cznych wzru­szeń, tyl­ko śmier­dzą­cym pań­stwo­wym pier­dlem, w któ­rym lu­dzi mie­lo­no psy­chi­cznie, aż prze­sta­wa­li być pro­ble­mem. Je­den na­zwał to miej­sce otchła­nią za­po­mnie­nia, dru­gi, przy­szły re­wo­lu­cyj­ny krzy­kacz i wię­zień z lat 1777–1780, do­mem ci­szy, co w pra­kty­ce ozna­cza­ło ci­szę tak gę­stą, że moż­na się nią by­ło udu­sić szyb­ciej niż wil­go­cią w mu­rach.

DZIŚ MASZ TU PODŚWIETLONE PLANSZE I OPISY NA ŚCIANACH, A WTEDY BYŁA WILGOĆ, OCZEKIWANIE I TA SPECYFICZNA FORMA PAŃSTWOWEJ TROSki, KTÓRA UWAŻAŁA, ŻE SINE TO TEŻ KOLOR PAŃSTWOWY

Ten smród represji nie po­ja­wił się na­gle, po­nie­waż już w po­ło­wie XV wie­ku daw­na kró­le­wska twier­dza za­czę­ła zmie­niać się w na­rzę­dzie do trzy­ma­nia lu­dzi na krót­kiej smy­czy, a w la­tach 70. te­go stu­le­cia ma­my pier­wsze kon­kre­tne za­pi­sy o pa­ko­wa­niu więź­niów do don­żo­nu. For­mal­nie wię­zie­nie dzia­ła­ło aż do po­ło­wy XIX wie­ku, lecz przez bli­sko pięć­set lat Vin­cen­nes by­ło miej­scem, do któ­re­go wła­dza wrzu­ca­ła wszy­stko, co ją draż­ni­ło, śmier­dzia­ło po­li­ty­cznym kło­po­tem al­bo gro­zi­ło tym, że ktoś za­cznie mó­wić za du­żo.

NA POCZĄTKU XIX WIEKU WIEŻA MA JUŻ KILKA WIEKÓW, ALE NADAL JEST W DOSKONAŁEJ FORMIE, JEŚLI CHODZI O WYMAZYWANIE CUDZYCH ŻYCIORYSÓW

Na długo przed rewolucją francuską siedzieli tu ludzie, których nazwiska dziś wyglądają jak ponury dowcip, ponieważ system bez skrupułów połykał zarówno przyszłych królów, jak i tych, którzy mieli pecha być zbyt błyskotliwi. Trafił tu przyszły Henryk IV (zm. 1610), przesiadywał Henryk II , książę de Condé (zm. 1646), wylądował Nicolas Fouquet (zm. 1680), finansowy mózg Ludwika XIV, a Denis Diderot (zm. 1784) szybko zrozumiał, że filozofia o wolności brzmi żałośnie, gdy czyta się ją w celi, gdzie wszystko cuchnie wilgocią i cudzym strachem.

U PROGU XIX WIEKU DONŻON NIE SERWOWAŁ WINA, ALE OFEROWAŁ NIEOGRANICZONY CZAS, WIĘC BUTELKA NA TYNKU BYŁA NAJTAŃSZĄ FORMĄ KONSUMPCJI

W 1680 roku do tej ga­le­rii do­łą­czy­ła Ca­the­ri­ne De­sha­yes Mo­nvo­isin, zwa­na La Voi­sin (zm. 1680), tru­ci­ciel­ka i han­dla­rzy­ni bru­dem dwo­ru, prze­słu­chi­wa­na w Vin­cen­nes pod­czas Afe­ry Tru­ci­cie­li z lat 1679–1680, któ­ra obna­ży­ła ary­sto­kra­cję Lu­dwi­ka XIV ja­ko to­wa­rzy­stwo zdol­ne rzy­gać ja­dem na wła­sne pod­wór­ko. Skan­dal uru­cho­mił w Pa­ry­żu bru­tal­ne po­lo­wa­nie na cza­ro­wni­ce, a Vin­cen­nes sta­ło się chłod­nią na se­kre­ty, któ­re by­ły zbyt to­ksy­czne, by trzy­mać je na sa­lo­nach.

XIX-WIECZNA GRAFIKA ROBI Z CHÂTEAU DE VINCENNES KLIMAT JAK Z DARK DRAMY, GDZIE DOMNIEMANA TRUCICIELKA SIEDZI POD ŚCIANĄ, A CAŁA SCENA JEST NA MAXA DRAMATYCZNA

Jak pozbyć się ko­goś, kto bru­ździ, pod­ska­ku­je i za­czy­na być dla wła­dzy zwy­czaj­nie nie­wy­go­dny? W XVIII wie­ku nie kom­bi­no­wa­no dłu­go, się­ga­no po let­tre de ca­chet, kró­lew­ski pa­pier z pod­pi­sem, któ­ry dzia­łał szyb­ciej niż sąd i bru­tal­niej niż wy­rok, po­zwa­la­jąc bez ce­re­gie­li zam­knąć czło­wie­ka al­bo wy­gnać go z kra­ju, jak­by był wa­dli­wym to­wa­rem. Epo­ka, któ­ra lu­bi­ła mó­wić o ro­zu­mie i wol­no­ści, w prak­ty­ce po­słu­gi­wa­ła się kró­lew­skim pod­pi­sem jak pał­ką do uci­sza­nia kło­po­tli­wych lu­dzi. Dla­te­go De­nis Di­de­rot wy­lą­do­wał w Vin­cen­nes w 1749 ro­ku, a Ho­noré Ga­briel Ri­que­ti w 1777 ro­ku zo­ba­czył od środ­ka pań­stwo, któ­re fi­lo­zo­fię mia­ło na ustach, a klucz w rę­ku.

LETTRÉ DE CACHET Z 1760 ROKU, PODPISANY PRZEZ LUDWIKA XV, TO PIĘKNY, KALIGRAFICZNY DOKUMENT, KTÓRY DZIAŁAŁ PROSTO: KRÓL MA HUMOR, TY MASZ CELĘ

W tym właśnie czasie Vin­cen­nes przy­jął jed­ne­go ze swo­ich naj­bar­dziej kło­po­tli­wych lo­ka­to­rów, mar­ki­za de Sa­de (zm. 1814), któ­re­go ro­dzi­na żo­ny od­su­nę­ła na bok jak kom­pro­mi­tu­ją­cy ba­last, z któ­rym nikt nie chciał się tłu­ma­czyć. Spę­dził tam sie­dem lat, z cze­go sześć w par­te­ro­wej ce­li przy­kle­jo­nej do zie­mi, mo­krej i lo­do­wa­tej, za­pro­je­kto­wa­nej tak, by czło­wiek szyb­ciej my­ślał o wła­snym ro­zpa­dzie niż o ucie­czce. Uwię­zie­nie wy­kań­cza­ło go fi­zy­cznie, lecz za­miast tyl­ko prze­kli­nać i gnić w ci­szy, za­czął pi­sać Ju­sty­nę al­bo nie­szczę­ścia cno­ty, jak­by na złość miej­scu, któ­re mia­ło go zła­mać, a do­sta­ło w za­mian książ­kę.

SIEDEM LAT W CIEMNEJ CELI I CZŁOWIEK ALBO ZACZYNA ROZMAWIAĆ Z PLEŚNIĄ, ALBO ZACZYNA PISAĆ DŁUGIE LISTY, WIĘC MARKIZ DE SADE WYBRAŁ ATRAMENT ZAMIAST HALUCYNACJI:

"ZAPISAŁEM KAŻDE SŁOWO TAK, JAK PADŁO, ABY ŻADEN POBOŻNY CENZOR Z MANIĄ POPRAWEK NIE DOPISAŁ MI MYŚLI, KTÓRYCH NIE URODZIŁEM.
TEN OSZCZERCА MA DOŚĆ ZUCHWAŁOŚCI, BY REDAGOWAĆ NIE TYLKO MOJE ZDANIA, LECZ I MOJE INTENCJE — WIĘC UWIĘZIŁEM JE W ATRAMENCIE, GDZIE NIE SIĘGNIE JEGO PALUCH.
NIECH TERAZ KRĄŻY WOKÓŁ TYCH KARTEK, WYGŁADZAJĄC JE SWOIM OBURZENIEM — PAPIER PRZYJMIE WIĘCEJ PRAWDY NIŻ JEGO CNOTA.
A GDY MNIE JUŻ UCISZĄ, TE WIERSZE POZOSTANĄ ŚWIADECTWEM, KTO MÓWIŁ BEZ ZASŁON, A KTO ŻYWIŁ SIĘ CUDZYM FAŁSZEM."

W Vincennes sie­dział tak­że Jean Hen­ri La­tu­de (zm. 1805), oszust z wy­raź­nym ta­len­tem do ucie­czek, któ­ry dwu­kro­tnie wym­knął się stąd i raz z Ba­sty­lii, ośmie­sza­jąc sys­tem, któ­ry lu­bił uda­wać wszech­moc. W cza­sie re­wo­lu­cji fran­cu­skiej ce­le za­peł­ni­li głów­nie za­kon­ni­ce i za­kon­ni­cy od­ma­wia­ją­cy przy­się­gi na wier­ność pań­stwu, więc miej­sce stwo­rzo­ne do uci­sza­nia bun­to­wni­ków za­czę­ło słu­żyć do izo­lo­wa­nia su­mień, co mó­wi o tej epo­ce wię­cej niż ca­łe to­my de­kla­ra­cji.

JA PATRZĘ NA TĘ RYCINĘ Z UCIECZKĄ LATUDE’A Z BASTYLII I SOBIE MYŚLĘ, ŻE U NAS W GMINIE JAKBY KTOŚ STAŁ W ROWIE MELIORACYJNYM PO PAS, TO BY BYŁ CAŁY UMORUSANY, A TU PROSZĘ, PAN W FOSIE I ANI PLAMKI

W 1784 roku Mi­ra­beau opu­bli­ko­wał se­rię te­kstów, w któ­rych bru­tal­nie ob­na­żył nad­uży­cia kró­lew­skie­go są­do­wni­ctwa i pro­ce­der za­my­ka­nia lu­dzi bez wy­ro­ku, wy­cią­ga­jąc na wierzch to, co do­tąd gni­ło w ci­szy urzę­dów i mu­rów. Ta kom­pro­mi­ta­cja ode­bra­ła don­żo­no­wi w Vin­cen­nes ja­ką­kol­wiek po­li­ty­czną osło­nę, więc Lud­wik XVI chcąc nie chcąc zde­cy­do­wał o je­go zam­knię­ciu, świa­do­my, że dal­sze trzy­ma­nie te­go miej­sca gro­zi­ło już nie skan­da­lem, lecz wy­bu­chem.

1784 — PO PUBLIKACJACH MIRABEAU VINCENNES NIE BYŁO JUŻ TWIERDZĄ, TYLKO DOWODEM W SPRAWIE

Każde pię­tro jest, jak już po­wie­dzia­łem, zło­żo­ne z jed­nej wiel­kiej sa­li, któ­ra łą­czy się z czte­re­ma po­mie­szcze­nia­mi. Sa­la ta jest skle­pio­na krzy­żo­wo; jej śro­dek pod­trzy­mu­je ogrom­ny fi­lar, a w jed­nym z na­ro­żni­ków znaj­du­je się po­tęż­ny ko­mi­nek. Sa­la pier­wsze­go pię­tra na­zy­wa­ła się Sa­lą Py­ta­nia (Sa­lą Tor­tur). Gdy od­wie­dził ją pan Jallier, znaj­do­wa­ły się tam jesz­cze śla­dy okru­cień­stwa ka­tów: wi­dzia­no ka­mien­ne sie­dzi­ska, prze­zna­czo­ne do umie­szcza­nia nie­szczę­snych ofiar tor­tu­ro­wa­nych z roz­ka­zu kró­lów; wo­kół tych sie­dzeń bó­lu znaj­do­wa­ły się że­la­zne pier­ście­nie, za­mu­ro­wa­ne w ścia­nach, któ­re słu­ży­ły do krę­po­wa­nia ich człon­ków w chwi­li mę­ki. W tych lo­chach, po­zba­wio­nych po­wie­trza i świa­tła, znaj­do­wa­ły się je­szcze drew­nia­ne ło­ża, na któ­rych za­ku­wa­no w łań­cu­chy [...]

W TYCH LOCHACH, GDZIE NIEGDYŚ ZAKUWANO W ŁAŃCUCHY NA DREWNIANYCH ŁOŻACH, A POWIETRZE BYŁO LUKSUSEM, KTOŚ SKROBNĄŁ IMIĘ JOSEPHINE, JAKBY DONŻON BYŁ NOTESIKIEM, NIE ARCHIWUM BÓLU

Pod koniec lu­te­go 1791 ro­ku z Fau­bourg Saint-An­toi­ne ru­szył na za­mek tłum po­nad ty­sią­ca ro­bo­tni­ków, pro­wa­dzo­nych przez An­toi­ne’a Jo­se­pha San­ter­re’a (zm. 1809), któ­ry naj­wy­raź­niej uznał, że sko­ro re­wo­lu­cja już się roz­pę­dzi­ła, to nie ma sen­su trzy­mać no­gi na ha­mul­cu. Po Pa­ry­żu krą­ży­ła plo­tka, że Ko­ro­na szy­ku­je tu wię­zie­nie dla po­li­ty­cznie nie­wy­go­dnych, a w tam­tym kli­ma­cie wy­star­cza­ła sa­ma po­gło­ska, aby w ruch po­szły ło­my i ki­lo­fy, uży­wa­ne z ta­ką pa­sją, jak­by Ba­sty­lia ru­nę­ła do­pie­ro wczo­raj i kurz jesz­cze nie opadł. Za­pał ten ostu­dził mar­kiz de La­fa­yet­te (zm. 1834), któ­ry are­szto­wał kil­ku naj­bar­dziej za­pal­czy­wych, zbie­ra­jąc w na­gro­dę kpi­nę i gwi­zdy, czy­li stan­dar­do­wą wa­lu­tę uli­cy wo­bec lu­dzi w mun­du­rach.

POD KONIEC LUTEGO 1791 ROKU Z FAUBOURG SAINT-ANTOINE RUSZA NA VINCENNES PONAD TYSIĄC ROBOTNIKÓW, PODKRĘCANYCH PRZEZ KLUB KORDELIERÓW I PROWADZONYCH PRZEZ SANTERRE'A, KTÓRY TRAKTUJE POGŁOSKĘ O NOWYM WIĘZIENIU JAK OFICJALNE ZAPROSZENIE DO ROZBIÓRKI

Po rewolucji zamek okrzy­knię­to sym­bo­lem uci­sku, lecz Na­po­le­on I (zm. 1821) po­tra­kto­wał te de­kla­ra­cje jak zbęd­ny ko­men­tarz i znów zro­bił z nie­go wię­zie­nie, prze­no­sząc tu osa­dzo­nych z Tem­ple, któ­re ka­zał zbu­rzyć z oba­wy, że wy­ro­śnie na ro­ja­li­sty­czne mau­zo­le­um Ma­rii An­to­ni­ny (zm. 1793). Z ca­łej tej gry po­zo­sta­ły dziś w Vin­cen­nes opan­ce­rzo­ne drzwi ce­li i ka­flo­wy piec z jej po­ko­ju, przed­mio­ty upar­te jak hi­sto­ria sa­ma, trwa­ją­ce spo­koj­nie wte­dy, gdy ide­olo­gie zmie­nia­ją się szyb­ciej niż ha­sła na mu­rach.

TO SKRZYDŁO STANOWI MATERIALNĄ GRANICĘ MIĘDZY MONARCHICZNĄ TRANSCENDENCJĄ A REPUBLIKAŃSKĄ IMMANENCJĄ, GDZIE DREWNO STAJE SIĘ METAFORĄ DETRONIZACJI

Za panowania Na­po­le­ona Bo­na­pa­rte za­mek prze­stał uda­wać re­likt mi­nio­nej chwa­ły i zo­stał bru­tal­nie spro­wa­dzo­ny do ro­li uży­te­czne­go na­rzę­dzia, prze­cho­dząc prze­bu­do­wę pod­po­rząd­ko­wa­ną jed­nej idei: woj­sko ma mieć gdzie skła­do­wać że­la­zo, proch i lu­dzi. Sain­te-Cha­pel­le prze­cię­to drew­nia­nym stro­pem ni­czym tort bez sen­ty­men­tów, dzie­ląc ją na dwa po­zio­my i za­mie­nia­jąc w ma­ga­zyn amu­ni­cji, a Pa­wi­lon Kró­la oraz Pa­wi­lon Kró­lo­wej, nie­gdyś prze­zna­czo­ne dla ce­re­mo­nial­nych ge­stów i dwor­skiej ety­kie­ty, wy­peł­ni­ły się pry­cza­mi i żoł­nier­skim smro­dem. Więk­szość wież obron­nych, nad­gry­zio­nych cza­sem i za­nie­dba­niem, ro­ze­bra­no bez ża­lu, w peł­nej wy­so­ko­ści zo­sta­wia­jąc je­dy­nie Wie­żę Wsi, re­sztę trak­tu­jąc jak zbęd­ny ba­last po epo­ce, któ­ra wła­śnie wy­lą­do­wa­ła na śmie­tni­ku.

NAPOLEON BONAPARTE WOLAŁ MIEĆ PROCH POD RĘKĄ NIŻ RELIKWIE POD SUFITEM, WIĘC WJECHAŁ DO SAINTE-CHAPELLE Z PIŁĄ I Z GOTYCKIEJ STRZELISTOŚCI ZROBIŁ PRAKTYCZNY PRZEKRÓJ TECHNICZNY

Fosa zamku również do­sta­ła swo­ją po­nu­rą ro­lę, gdy 21 mar­ca 1804 ro­ku roz­strze­la­no tam księ­cia d’En­ghien , oskar­żo­ne­go o za­miar przy­wró­ce­nia mo­nar­chii, co w epo­ce Bo­na­par­te­go by­ło wy­star­cza­ją­cym po­wo­dem, aby za­koń­czyć ko­muś ka­rie­rę i ży­cio­rys jed­ną sal­wą. W miej­scu egze­ku­cji po­sa­dzo­no wierz­bę, drze­wo sen­ty­men­tal­ne, któ­re ro­śnie tam do dziś, przy­po­mi­na­jąc, że wła­dza lu­bi ma­sko­wać prze­moc zie­le­nią i sym­bo­la­mi.

1804 - EUROPA OBURZAŁA SIĘ NA EGZEKUCJĘ, ALE BONAPARTE UZNAŁ, ŻE LEPIEJ MIEĆ JEDNEGO MARTWEGO KSIĘCIA NIŻ JEDEN ŻYWY SYMBOL MONARCHII

W 1814 roku, gdy po ro­syj­skiej ka­ta­stro­fie Na­po­le­ona sprzy­mie­rzo­ne ar­mie VI ko­ali­cji za­czę­ły pod­cho­dzić pod Pa­ryż jak ko­mor­nik pod drzwi, zam­kiem w Vin­cen­nes do­wo­dził ge­ne­rał Pier­re Dau­me­snil (zm. 1832), czło­wiek z drew­nia­ną no­gą i z charakterem twardszym niż cała twierdza. Austriacy, Rosjanie i Prusacy zajęli stolicę, po czym spróbowali dobrać się do arsenału, licząc na rutynową kapitulację, lecz Daumesnil odpowiedział zdaniem, które przeszło do historii nie dzięki patosowi, lecz bezczelnej logice: Vincennes odda, gdy odzyska swoją nogę. Twierdza skapitulowała dopiero na rozkaz Ludwika XVIII (zm. 1824), dając jasno do zrozumienia, że Daumesnil miał w nosie całe oblężenie i ruszył się dopiero wtedy, gdy zmienił się pan na Paryżu.

W CZASIE, GDY PARYŻ JUŻ LEŻAŁ POD BUTEM KOALICJI, DAUMESNIL W 1814 ROKU POSTANOWIŁ, ŻE JEŚLI MA COŚ ODDAĆ, TO NAJPIERW LOS MA MU ZWRÓCIĆ KOŃCZYNĘ, KTÓRĄ HISTORIA ODCIĘŁA MU BEZ ZNIECZULENIA

W czasach Re­stau­ra­cji, a później Mo­nar­chii Lip­co­wej za­mek i park nie mia­ły już am­bi­cji sym­bo­li­cznych, słu­żąc woj­sku, głów­nie ar­ty­le­rii, któ­ra w 1826 ro­ku do­ro­bi­ła się tu wła­snej szko­ły, a te­ren za­mie­ni­ła w bło­tni­sty plac do mu­sztry, to­cze­nia dział i na­pa­rza­nia do sło­mia­nych ce­lów. W pier­wszej po­ło­wie XIX wie­ku wy­ro­sły tu trzy od­dziel­ne for­ty, póź­niej po­łą­czo­ne w je­den mi­li­tar­ny or­ga­nizm, któ­ry wchło­nął za­mek i je­go oko­li­ce, pod­po­rząd­ko­wu­jąc śre­dnio­wie­czne mu­ry no­wo­cze­snym pla­nom obro­ny Pa­ry­ża, sku­te­cznie od­bie­ra­jąc im reszt­ki ro­man­ty­cznych złu­dzeń.

I TAK OTO W ROKU PAŃSKIM 1849 POD WIEŻĄ, GDZIE NIEGDYŚ LUDWIK XIV LUBIŁ POKAZYWAĆ SIĘ ŚWIATU, ŻOŁNIERZE ĆWICZĄ SALWY DO SŁOMIANYCH CELÓW, A DONŻON PATRZY NA TO Z KAMIENNĄ CIERPLIWOŚCIĄ, KTÓREJ NIKT JUŻ NIE NAZYWA MAJESTATEM

Jeszcze przed 1860 ro­kiem Na­po­le­on III za­czął urzą­dzać na po­łu­dnio­wy wschód od mia­sta La­sek Vin­cen­nes, park pub­li­czny wzo­ro­wa­ny na La­sku Bu­loń­skim, czy­li zie­lo­ną prze­ciw­wa­gę dla ko­szar i ar­mat. 24 lip­ca 1860 ro­ku te­ren ten, z wy­jąt­kiem baz woj­sko­wych, prze­ka­za­no Pa­ry­żo­wi i włą­czo­no do XII dziel­ni­cy, udo­wa­dnia­jąc, że na­wet naj­bar­dziej woj­sko­wy te­ren mo­że do­cze­kać się dru­gie­go ży­cia ja­ko miej­sce na koc i ba­gie­tkę.

1863 W PRAKTYCE: HISTORYCZNY DONŻON JAKO BACKDROP DO CODZIENNEGO RUCHU — KILKU GAPIÓW, WOZY, KONIE, A CAŁA TA WIELKA POLITYKA NAPOLEONA III SPROWADZA SIĘ DO TEGO, ŻE MOŻNA TU PRZEJECHAĆ BEZ STRZAŁU

20 marca 1871 roku, led­wie dwa dni po tym, jak Ko­mu­na Pa­ry­ska prze­ję­ła wła­dzę w sto­li­cy, jej żoł­nie­rze po­ja­wi­li się w Vin­cen­nes i za­miast od­gry­wać te­atr wo­jen­ny, za­czę­li bra­tać się z re­gu­lar­nym woj­skiem, co za­koń­czy­ło się od­da­niem zam­ku bez jed­ne­go strza­łu, jak­by wszyst­kim zwy­czaj­nie nie chcia­ło się umie­rać za pro­ce­du­ry. Twier­dza prze­szła w rę­ce Ko­mu­ny gład­ko, po ci­chu i bez bo­ha­te­rów, co w re­aliach Pa­ry­ża 1871 ro­ku by­ło ra­czej obja­wem zmę­cze­nia niż ide­olo­gi­cznej fi­ne­zji.

DZIEDZINIEC GWARNY, WÓZ I KOŃ,
1870 — WISI DZWON,
TŁUM SIĘ ŚMIEJE, ŻOŁNIERZ STOI,
A HISTORIA JUŻ SIĘ ZBROi

Kilka tygodni póź­niej, 27 ma­ja, gdy ar­mia rzą­do­wa od­bi­ła już mia­sto uli­ca po uli­cy, Vin­cen­nes zo­sta­ło osta­tnim miej­scem, nad któ­rym jesz­cze po­wie­wa­ła czer­wo­na fla­ga, trzy­ma­na bar­dziej z upo­ru niż z re­al­nych szans. Przy­by­ły puł­ko­wnik nie si­lił się na dra­mat, tyl­ko do­ga­dał ka­pi­tu­la­cję, dzię­ki cze­mu sze­re­go­wi ko­mu­nar­dzi wy­szli cał­kiem spo­koj­nie, na­to­miast ofi­ce­ro­wie, któ­rzy prze­szli na stro­nę Ko­mu­ny, tra­fi­li pod sąd i pod ścia­nę w fo­sie zam­ku, gdzie re­wo­lu­cyj­na przy­go­da koń­czy­ła się szyb­ko i bez złu­dzeń. Dziś miej­sce to wska­zu­je ta­bli­ca pa­miąt­ko­wa, la­ko­ni­czna i chłod­na, jak­by na­wet pa­mięć wie­dzia­ła, że w tym pun­kcie nie ma już nic do do­da­nia.

PO TYM JAK W 1871 ROKU PARYŻ STRZELAŁ DO WŁASNYCH ULIC, W 1872 ROKU NA DZIEDZIŃCU LUDZIE PATRZĄ W NIEBO I KLASZCZĄ, BO TYM RAZEM COŚ WRESZCIE STRZELA W GÓRĘ, A NIE W SĄSIADA
MATA HARI
Podczas I wojny świa­to­wej w fo­sie zam­ku w Vin­cen­nes ro­ze­grał się fi­nał ka­rie­ry Ma­ty Ha­ri, a wła­ści­wie Mar­ga­re­thy Geer­tru­idy Mac­Leod, z do­mu Zel­le, ho­len­der­sko-uro­dzo­nej tan­cer­ki i nie­mie­ckiej szpie­gi­ni, któ­rą 15 paź­dzier­ni­ka 1917 ro­ku fran­cu­ski plu­ton egze­ku­cyj­ny po­tra­kto­wał jak sym­bol zdra­dy, za­my­ka­jąc jej le­gen­dę sal­wą, a nie okla­ska­mi, na ja­kie wcze­śniej pra­co­wa­ła na eu­ro­pej­skich sa­lo­nach.

TO, CO WIDZISZ, NIE JEST MOMENTEM ŚMIERCI Z 1917 ROKU, TYLKO JEGO REKONSTRUKCJĄ Z 1920, CZYLI TRAGEDIA JUŻ PRZEROBIONA NA SCENARIUSZ

Czternaście lat wcze­śniej Mar­ga­re­tha Zel­le przy­by­ła z Ho­lan­dii do Pa­ry­ża roz­po­czy­na­jąc ka­rie­rę pro­sty­tu­tki, gdzie dość szyb­ko na­uczy­ła się, że na­gość opra­wio­na w egzo­ty­czną le­gen­dę sprze­da­je się le­piej niż sa­ma na­gość. Przy­bra­ła więc pseu­do­nim ozna­cza­ją­cy oko dnia, ogło­si­ła się hin­du­ską księż­ni­czką i za­pre­zen­to­wa­ła pu­bli­czno­ści wła­sną cho­re­ogra­fię, w któ­rej fan­ta­zja Wscho­du by­ła waż­niej­sza niż ja­ka­kol­wiek au­ten­ty­czność, co wy­star­czy­ło, by zro­bić ka­rie­rę, tań­czyć na­wet w me­dio­lań­skiej La Sca­li i jed­no­cze­śnie funk­cjo­no­wać ja­ko luk­su­so­wa kur­ty­za­na w krę­gu po­li­ty­ków i woj­sko­wych, gdzie roz­mo­wy by­wa­ły rów­nie po­uf­ne jak sy­pial­nie.

MARGARETHA ZELLE WJEŻDŻA DO PARYŻA, REBRANDUJE SIĘ NA MATA HARI, DORZUCA TROCHĘ „EGZOTYKI”, TROCHĘ ZŁOTA I NAGLE WSZYSCY UDAJĄ, ŻE TO ŚWIĘTA TAJEMNICA, A NIE MARKETING

Z czasem publiczność się znu­dzi­ła, woj­na zam­knę­ła sa­lo­ny, a Ma­ta Ha­ri wró­ci­ła do Am­ster­da­mu, pró­bu­jąc ra­to­wać daw­ny styl ży­cia ja­ko utrzy­man­ka i ko­chan­ka ro­syj­skie­go ofi­ce­ra, jed­no­cze­śnie krą­żąc mię­dzy Hi­szpa­nią, Por­tu­ga­lią i Pa­ry­żem, co nie mo­gło ujść uwa­dze wy­wia­dów. Za­pro­po­no­wa­ła Fran­cu­zom współ­pra­cę za so­lid­ne pie­nią­dze, lecz za­miast kon­tra­ktu zo­sta­ła za­trzy­ma­na przez Bry­tyj­czy­ków ja­ko rze­ko­ma agen­tka Nie­miec i uwi­kła­na w grę wy­wia­dów, w któ­rej żad­na ze stron nie przy­zna­wa­ła się do od­po­wie­dzial­no­ści za jej los.

NO PROSZĘ, „HINDUSKA KSIĘŻNICZKA” NAGLE MA TŁO JAK W URZĘDZIE PASZPORTOWYM, A EGZOTYKA SKURCZYŁA SIĘ DO NUMERU SPRAWY. WOJNA NIE KLASZCZE, WOJNA PROSI O ZEZNANIA

Po powrocie do Pa­ry­ża w lu­tym 1917 ro­ku zo­sta­ła are­szto­wa­na i od po­cząt­ku by­ło ja­sne, że nikt nie za­mie­rza się z nią ba­wić w niu­an­se. Na pro­ce­sie po­wie­dzia­ła wprost, że od Niem­ców bra­ła pie­nią­dze za da­wa­nie du­py, nie za ta­je­mni­ce, że sprze­da­wa­ła cia­ło, a nie in­for­ma­cje. To nie by­ła li­nia obro­ny, tyl­ko fakt, któ­ry ni­ko­go nie in­te­re­so­wał. Spra­wa nie to­czy­ła się po to, że­by coś usta­lić, tyl­ko że­by ko­goś zam­knąć w pa­pie­rach i po­sta­wić krop­kę. Wy­rok był po­trze­bny, na­zwi­sko by­ło pod rę­ką, resz­ta by­ła for­mal­no­ścią.

— PROKURATOR TWIERDZI, ŻE MIAŁA PANI WIELU OFICERÓW
— MONSIEUR, TO BYŁA WOJNA. KAŻDY MIAŁ

W 1913 roku don­żon w Vin­cen­nes, do­tąd trak­to­wa­ny jak sta­ry me­bel sto­ją­cy w ką­cie hi­sto­rii, zo­stał grze­cznie wpi­sa­ny na li­stę Mo­nu­ments Hi­sto­ri­ques, co brzmia­ło do­stoj­nie, lecz w prak­ty­ce ozna­cza­ło ty­le, że przez kil­ka lat wszy­scy mo­gli się nim za­chwy­cać z bez­pie­cznej od­le­gło­ści, za­nim kto­kol­wiek od­wa­żył się do­tknąć mu­rów na se­rio. Re­no­wa­cję ru­szo­no do­pie­ro po I woj­nie świa­to­wej, gdy Eu­ro­pa otrze­pa­ła się z bło­ta oko­pów, jed­nak za­pał kon­ser­wa­tor­ski wy­pa­ro­wał już w 1936 ro­ku, kie­dy zza Re­nu za­czę­ły do­bie­gać dźwię­ki mar­szów i stu­kot bu­tów, sku­te­cznie przy­po­mi­na­ją­ce, że hi­sto­ria nie zna po­ję­cia „spo­koj­ny mo­ment”.

W 1911 ROKU VINCENNES PRZESZŁO Z FUNKCJI PENITENCJARNEJ DO AERODYNAMICZNEJ, CO POKAZUJE, ŻE NAWET TWIERDZA MOŻE ZOSTAĆ ZAPROSZONA DO EKSPERYMENTU Z GRAWITACJĄ

— WIESZ, CO JEST NAJLEPSZE W TEJ ROBIOCIE?
— CO?
— ŻE JAK SIĘ COŚ OSUNIE, TO POWIEMY, ŻE TO TAK BYŁO OD ŚREDNIOWIECZA

Zamiast za­pra­wy mu­rar­skiej po­ja­wi­ły się ki­lo­fy, a pod Pa­wi­lo­nem Kró­lo­wej za­czę­to drą­żyć bun­kier, so­lid­ny, be­to­no­wy i bez cie­nia ro­man­ty­zmu, prze­zna­czo­ny na sie­dzi­bę szta­bu ge­ne­ral­ne­go. To wła­śnie z nie­go ge­ne­rał Mau­rice Ga­me­lin (zm. 1958), a po nim Ma­xi­me Wey­gand (zm. 1965), pró­bo­wa­li ste­ro­wać obro­ną Fran­cji, przy­po­mi­na­jąc ka­pi­ta­nów sto­ją­cych na mo­stku sta­tku, któ­ry już na­bie­rał wo­dy. Stam­tąd ob­ser­wo­wa­no, jak blitz­krieg roz­kła­da w pył wszy­stkie stra­te­gi­czne pew­ni­ki, aż 14 czer­wca 1940 ro­ku pań­stwo, dum­ne z li­nii Ma­gi­no­ta i woj­sko­wych pa­rad, po pro­stu się za­ła­ma­ło.

POCZĄTEK XX WIEKU PRZYNOSI PŁASZCZE I TELEFONY Z KORBKĄ, ALE MUR ZAMKU NADAL MA GRUBOŚĆ, KTÓRA NIE ZAMIERZA PRZECHODZIĆ NA DIETĘ

Zamek, który miał być schro­nie­niem dla pla­nów, stał się na­rzę­dziem oku­pan­ta, słu­żąc Niem­com ja­ko ba­za woj­sko­wa i wię­zie­nie, w któ­rym za­my­ka­no lu­dzi ma­ją­cych czel­ność wie­rzyć, że Fran­cja to coś wię­cej niż ad­mi­ni­stra­cyj­na stre­fa pod za­rzą­dem III Rze­szy. Jed­nym z pier­wszych wię­źniów był Ja­cques Bon­ser­gent (zm. 1940), dzia­łacz ru­chu opo­ru, któ­re­go tu osą­dzo­no i roz­strze­la­no, szyb­ko i de­mon­stra­cyj­nie, aby nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, jak koń­czą się złu­dze­nia o sprze­ci­wie.

A GDY NASTAŁY LATA CZARNE I ORŁY ZE SWASTYKĄ ZAWISŁY NAD PARYŻEM, TAKŻE VINCENNES DOSTAŁ SIĘ POD OBCĄ STRAŻ, A Z WYSOKOŚCI KAPLICY WIDAĆ BYŁO BRAMĘ KRÓLA JUŻ NIE DLA MONARCHÓW, LECZ DLA PATROLI WERMACHTU

W sierpniu 1944 roku, gdy Pa­ryż za­czął ła­pać od­dech wol­no­ści, twier­dza od­po­wie­dzia­ła ge­stem po­nu­rym. Dwu­dzie­ste­go sier­pnia we wscho­dniej fo­sie roz­strze­la­no 26 po­li­cjan­tów i lu­dzi opo­ru, za­trzy­ma­nych przez Waf­fen-SS, po czym ich cia­ła wrzu­co­no do wspól­ne­go do­łu jak po źle ro­ze­gra­nym, krwa­wym przed­sta­wie­niu.

DWADZIEŚCIA SZEŚĆ CIAŁ WRZUCONYCH DO DOŁU, JAKBY BYŁY ODPADAMI WOJNY — TAK WYGLĄDA ODWAGA TYCH, KTÓRZY WIEDZĄ, ŻE JUŻ PRZEGRALI

Wieczorem 24 sier­pnia 1944 ro­ku, w dniu gdy 2. Dy­wi­zja Pan­cer­na ge­ne­ra­ła Phi­lip­pe’a Lec­ler­ca de Hau­te­clo­cque (zm. 1947) do­ta­rła do cen­trum Pa­ry­ża, nie­mie­ckie od­dzia­ły roz­po­czę­ły od­wrót z Vin­cen­nes w spo­sób ty­po­wy dla prze­gra­nych. Wy­sa­dzo­no trzy ma­ga­zy­ny amu­ni­cji, ni­szcząc Pa­wi­lon Kró­la i Pa­wi­lon Kró­lo­wej oraz roz­ry­wa­jąc mur mię­dzy pa­wi­lo­nem wej­ścio­wym a Wie­żą Pa­ry­ską, po czym za­mek po­zo­sta­wio­no w sta­nie kon­tro­lo­wa­ne­go cha­osu.

1944. W TLE WIDAĆ MIASTO, KTÓRE WRACA DO ŻYCIA, A NA PIERWSZYM PLANIE ZAMEK, KTÓRY MUSI NAJPIERW POZBIERAĆ SAMEGO SIEBIE.

Następnego dnia 4. Dy­wi­zja Pie­cho­ty Ar­mii Sta­nów Zje­dno­czo­nych wkro­czy­ła na te­ren twier­dzy, któ­ra prze­sta­ła peł­nić funk­cję woj­sko­wą, a nie zdą­ży­ła jesz­cze na­brać mu­ze­al­nej po­wa­gi. Na czwar­tym pię­trze don­żo­nu je­den z żoł­nie­rzy na­tra­fił na ołów­ko­we na­pi­sy więź­niów, la­ko­ni­czne za­pi­sy stra­chu i mo­no­to­nii, opor­nie trzy­ma­ją­ce się mu­rów mi­mo wy­bu­chów i ewa­ku­acji. Na sa­mym szczy­cie do­pi­sał Ster­nett, USA 1944, za­my­ka­jąc epi­zod wię­zien­ny bez ko­men­ta­rza, jak­by uznał, że fa­kty mó­wią tu wy­star­cza­ją­co gło­śno.

MUZEUM JESZCZE NIE ZDĄŻYŁO WSTAWIĆ TABLICZEK „PROSIMY NIE DOTYKAĆ”, A 4. DYWIZJA PIECHOTY ARMII STANÓW ZJEDNOCZONYCH JUŻ CHODZIŁA PO DONŻONIE I CZYTAŁA CUDZE STRACHY JAK GAZETĘ

Po wojnie Vin­cen­nes nie mu­sia­ło już uda­wać twier­dzy ani wię­zie­nia, więc w 1948 ro­ku prze­ka­za­no je Fran­cu­skiej Służ­bie Hi­sto­ry­cznej Obro­ny, któ­ra w don­żo­nie urzą­dzi­ła mu­zeum, za­mie­nia­jąc śla­dy po ce­li na ar­chi­wa i ga­blo­ty. Gdy w 1986 ro­ku ru­szy­ły pra­ce, Vin­cen­nes de­fi­ni­ty­wnie za­mie­ni­ło funk­cję: z prze­strze­ni uży­wa­nej w prze­strzeń obja­śnia­ną re­tro­spe­kty­wnie.

TE MURY WIDZIAŁY LUDWIKA XIV, EGZEKUCJĘ KSIĘCIA D’ENGHIEN W 1804 ROKU, AMERYKAŃSKICH ŻOŁNIERZY W 1944, A TERAZ W 1965 STOJĄ GRZECZNIE I SŁUCHAJĄ PRZEMÓWIENIA, BO REPUBLIKA TEŻ LUBI PARADY

OPIS ZAMKU


Dzisiejszy zamek to efekt sie­dem­na­sto­wie­cznej ope­ra­cji po­rząd­ko­wej, gdy ar­chi­te­kto­ni­czny nad­miar uzna­no za nie­przy­zwo­ity i za­stą­pio­no go dy­scy­pli­ną god­ną epo­ki pe­ruk. Za­miast śre­dnio­wie­czne­go misz­ma­szu po­ja­wił się czwo­ro­bok z dwo­ma dzie­dziń­ca­mi, don­żo­nem wpi­sa­nym w ob­wód mu­rów i ka­pli­cą sto­ją­cą oso­bno jak ktoś, kto ce­ni dy­stans. Z daw­nych wie­ków prze­trwa­ły głów­nie dwa ele­me­nty, don­żon wy­so­ki na 52 me­try i ka­pli­ca z XV stu­le­cia, któ­re pa­trzą na re­sztę jak sta­rzy lo­ka­to­rzy na świe­żo od­ma­lo­wa­ne ścia­ny. Re­szta zo­sta­ła uje­dno­li­co­na bez sen­ty­men­tów, z pre­cy­zją li­nij­ki i am­bi­cją wła­dzy, któ­ra nie lu­bi krzy­wych zdań ani krzy­wych mu­rów.

Z GÓRY WYGLĄDA TO JAK PORZĄDNY KOMPLEKS PAŃSTWOWY, TYLKO ŻE TEN PORZĄDEK POWSTAŁ Z WARSTW EGZEKUCJI, WIĘZIEŃ I WOJSKOWYCH REMONTÓW, CO TROCHĘ PSUJE TĘ ŁADNĄ, ZIELONĄ PERSPEKTYWĘ

Plan całości jest bez­li­to­śnie kon­kre­tny: pro­sto­kąt o ob­wo­dzie po­nad ki­lo­me­tra mie­rzą­cy 330 na 175 me­trów, co sku­te­cznie ga­si wy­obra­że­nia o ka­me­ral­nej re­zy­den­cji. Sześć wież i trzy bra­my mie­rzy­ły pier­wo­tnie po 42 me­try wy­so­ko­ści, a ca­łość ota­cza­ła głę­bo­ka ka­mien­na fo­sa peł­nią­ca funk­cję ar­gu­men­tu osta­te­czne­go. Wie­że wiel­kie­go ob­wo­du mu­rów do­trwa­ły tyl­ko do wy­so­ko­ści mu­rów, gdyż XIX wiek uznał je za zbęd­ny ba­last, oszczę­dza­jąc je­dy­nie Wie­żę Wsi na pół­no­cy.

JEŚLI KTOŚ MARZYŁ O UROCZEJ, KAMERALNEJ REZYDENCJI, TO TEN PROSTOKĄT O OBWODZIE PONAD KILOMETRA MÓWI WPROST: TU SIĘ NIE BUDUJE INTYMNOŚCI, TU SIĘ DOMINUJE TEREN

Południową część za­my­ka du­et skrzy­deł, Pa­wi­lon Kró­la i Pa­wi­lon Kró­lo­wej, usta­wio­nych na­prze­ciw sie­bie jak ele­gan­cka roz­mo­wa bez pod­no­sze­nia gło­su. Au­to­rem tej ka­mien­nej kon­wer­sa­cji był Lou­is Le Vau , który wie­dział jak na­dać wła­dzy for­mę kla­ro­wną, mo­nu­men­tal­ną i cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ną fał­szy­wej skrom­no­ści.

"A OTO W ROKU TYSIĄC OSIEMSET CZTERDZIESTYM ÓSMYM UKAZUJE SIĘ VINCENNES W CAŁEJ SWEJ POWADZE: BRAMA KRÓLA WYSUNIĘTA NAPRZÓD, PO BOKACH PAWILONY DLA MONARCHÓW WZNIESIONE, ZA NIMI DONŻON MOCNY JAK WIEŻA STRAŻNICZA CZASU ORAZ KAPLICA, CO MODLITWĘ NIOSŁA, A NAJDALEJ WIEŻA WSI, SKROMNA LECZ CZUJNA"

Wjazd na teren zam­ku pro­wa­dzi przez bra­mę, któ­ra od ra­zu usta­wia hie­ra­rchię i przy­po­mi­na, że to nie jest miej­sce na swo­bo­dne spa­ce­ry. Za nią otwie­ra się pier­wszy dzie­dzi­niec, oto­czo­ny ba­ro­ko­wy­mi dwu­pię­tro­wy­mi bu­dyn­ka­mi, po­rząd­ny­mi i gład­ki­mi jak urzę­do­wa pie­cząt­ka. Wszy­stko wy­glą­da tu re­pre­zen­ta­cyj­nie, rów­no i bez­pie­cznie, jak­by ar­chi­te­ktu­ra mia­ła uspo­ka­jać ner­wy jesz­cze przed wej­ściem da­lej. Dru­gi dzie­dzi­niec zmie­nia kli­mat bez ostrze­że­nia, gdyż wła­śnie tam sto­ją don­żon i go­ty­cka ka­pli­ca, ostre w for­mie i da­le­kie od sa­lo­no­wych ma­nier. W tym miej­scu za­mek prze­sta­je się uśmie­chać i po­ka­zu­je, że pier­wo­tnie cho­dzi­ło o wła­dzę, kon­tro­lę i twar­dą grę bez sen­ty­men­tów.

WIEŻA WSI, GŁÓWNY WJAZD DO ZAMKU, ZACHOWUJE SWOJĄ OŚ, CHOĆ DZIŚ WIĘCEJ TU KROKÓW NIŻ PODKÓW

Donżon ukoń­czo­no w la­tach 1369–1370 i od po­cząt­ku by­ło ja­sne, że nie po­wsta­je tu skrom­ny do­da­tek do mu­rów, lecz punkt cięż­ko­ści ca­łe­go za­ło­że­nia. Bu­do­wla mie­rzy 50 me­trów wy­so­ko­ści i do dziś po­zo­sta­je naj­wyż­szą te­go ty­pu kon­stru­kcją w Eu­ro­pie, co w XIV wie­ku sta­no­wi­ło ko­mu­ni­kat wła­dzy zro­zu­mia­ły bez na­pi­sów i sym­bo­li. Je­go for­ma jest pro­sta i bez­li­to­sna: kwa­drat o bo­ku 16,5 me­tra z czte­re­ma na­roż­ny­mi wie­ża­mi o śre­dni­cy 6,6 me­tra, każ­da do­pro­wa­dzo­na do wy­so­ko­ści głów­nej bry­ły. Pier­wo­tnie peł­ni­ła ona funk­cję re­zy­den­cji kró­lew­skiej i jed­no­cze­śnie dzia­ła­ła jak ka­mien­ny znak do­mi­na­cji, wi­do­czny z da­le­ka i trud­ny do zig­no­ro­wa­nia.

TO NIE BYŁ „SKROMNY DODATEK DO MURÓW”, TYLKO CENTRALNY SERWER WŁADZY: 50 METRÓW W GÓRĘ, CZTERY WIEŻE JAK WTYCZKI, KWADRAT JAK BLOK BETONOWY — ESTETYKA: PROSTO, TWARD0, BEZ EMOTIKON

Każda z jej kon­dy­gna­cji mie­ści cen­tral­ną sa­lę o bo­ku oko­ło 10 me­trów i wy­so­ko­ści się­ga­ją­cej 7–8 me­trów, co da­je prze­strzeń bar­dziej mo­nu­men­tal­ną niż przy­tul­ną. Czte­ry naj­niż­sze pię­tra wspie­ra ma­syw­ny fi­lar wzmac­nia­ją­cy skle­pie­nie, przy czym ko­lum­ny te nie by­ły ani su­ro­we ani asce­ty­czne. Rzeź­bio­no je bo­ga­to i ma­lo­wa­no ja­skra­wy­mi ko­lo­ra­mi, co po­ka­zu­je że wła­dza mia­ła tu nie tyl­ko stra­szyć ma­są ka­mie­nia, ale też ro­bić wra­że­nie na oku. Naj­bar­dziej za­ska­ku­je jed­nak ilość że­la­za, gdyż w ścia­ny wmu­ro­wa­no po­nad 2,5 ki­lo­me­tra prę­tów o róż­nych kształ­tach i funk­cjach. Wzmac­nia­ły one otwo­ry, ko­ry­ta­rze i skle­pie­nia, a do­da­tko­wo opa­sy­wa­ły ca­łą wie­żę na kil­ku po­zio­mach, jak me­ta­lo­wy pas bez­pie­czeń­stwa dla ka­mien­ne­go ko­lo­sa.

PRZEKRÓJ JEST LEKKO NIEDOKŁADNY, ALE ZASADA POZOSTAJE JASNA: DONŻON TO SYSTEM PIĘTER, KTÓRE UFUNDOWANO NA JEDNYM, WYJĄTKOWO CIERPLIWYM FILARZE

Parter don­żo­nu mie­ści stu­dnię i reszt­ki du­że­go ko­min­ka, co wska­zu­je że pier­wo­tnie krę­ci­ła się tu służ­ba kró­lew­ska, a nie do­stoj­ni­cy w fu­trach. W póź­niej­szych stu­le­ciach ten po­ziom zo­stał grun­to­wnie prze­bu­do­wa­ny, gdy ca­łość za­czę­ła peł­nić funk­cję wię­zie­nia, a pra­kty­czność bez ce­re­mo­nii wy­pa­rła daw­ną este­ty­kę. W je­go skle­pie­niu za­cho­wa­ły się dwa zwor­ni­ki, je­den z wi­ze­run­kiem smo­ka, dru­gi z je­le­niem pi­ją­cym wo­dę, czy­li ze­staw nie­przy­pa­dko­wy i czy­tel­ny na­wet bez ko­men­ta­rza te­olo­ga.

BEZPIECZEŃSTWO NA POZIOMIE PREMIUM — GRUBE MURY, JEDNO WEJŚCIE, PEŁNA KONTROLA RUCHU. IDEALNE DLA TYCH, KTÓRZY CENIĄ PRYWATNOŚĆ. BARDZO CENIĄ.

Smok, hy­bry­da ze skrzy­dła­mi i pa­zu­ra­mi, sym­bo­li­zo­wał zło w wer­sji to­tal­nej, zdol­ne dzia­łać pod zie­mią, na zie­mi i w nie­bie jed­no­cze­śnie. Je­leń, któ­re­mu od sta­ro­ży­tno­ści przy­pi­sy­wa­no zdol­ność po­że­ra­nia wę­ży, stał się w śre­dnio­wie­czu fi­gu­rą Chry­stu­sa, czy­li do­bra od­por­ne­go na jad. Ra­zem two­rzą one pro­stą sce­nę star­cia do­bra ze złem, bez ale­go­ry­cznych wy­gi­ba­sów i bez miej­sca na wąt­pli­wo­ści. Być mo­że ten ka­mien­ny ko­men­tarz był adre­so­wa­ny do służ­by pra­cu­ją­cej na par­te­rze, któ­ra mia­ła wie­dzieć ko­mu słu­ży i po któ­rej stro­nie stoi.

A NAD SKLEPIENIEM UMIESZCZONO ZNAKI, BY KAŻDY, KTO POD NIMI PRZECHODZI, WIEDZIAŁ, IŻ SMOK JEST OBRAZEM ZŁA, CO CZOŁGA SIĘ I LATA, A JELEŃ OBRAZEM DOBRA, CO WĘŻA POŻERA I JAD JEGO NIWEczy, I TAK MIAŁA BYĆ NAUKA W KAMIENIU WYRYTA

Na pierwszym pię­trze prze­strzeń zdo­mi­no­wa­ła sa­la Ra­dy Kró­lew­skiej, któ­ra w ra­zie po­trze­by płyn­nie prze­cho­dzi­ła w sy­pial­nię kró­lo­wej i dwo­ru, więc po­li­ty­ka do­sło­wnie spa­ła tam gdzie obra­do­wa­ła. To wnę­trze obi­to dę­bo­wą bo­aze­rią, dziś za­cho­wa­ną we frag­men­tach skle­pień, a den­dro­chro­no­lo­gia bez­li­to­śnie wska­zuje wy­rąb z lat 1367–1371 gdzieś nad Bał­ty­kiem lub na ob­sza­rze dzi­siej­szej Pol­ski. Drew­no nie zna­la­zło się tu z mi­ło­ści do na­tu­ry, dzia­ła­ło jak śre­dnio­wie­czna kli­ma­ty­za­cja i jed­no­cze­śnie cen­nik moż­li­wo­ści fi­nan­so­wych wład­cy. W efek­cie ra­da de­ba­to­wa­ła w cie­ple, kró­lo­wa spa­ła w pre­sti­żu, a ścia­ny ro­bi­ły za świad­ków wszyst­kie­go, co le­piej by­ło za­pa­mię­tać wy­biór­czo.

W DZIEŃ GŁOSY RADNYCH ODBIJAŁY SIĘ OD SKLEPIEŃ, W NOCY TE SAME ŚCIANY SŁUCHAŁY SZEPTÓW, KTÓRE MIAŁY ZNACZNIE WIĘKSZY WPŁYW NA PRZYSZŁOŚĆ NIŻ WSZYSTKIE OFICJALNE PROTOKOŁY

Drugie piętro oddano kró­lew­skiej sy­pial­ni, mie­rzą­cej bli­sko sto me­trów kwa­dra­to­wych prze­zna­czo­nych na sen, wła­dzę i bar­dzo dro­gie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ścia­ny po­mie­szcze­nia rów­nież tu­taj obło­żo­no dę­bo­wą bo­aze­rią, co by­ło roz­wią­za­niem spryt­nym i bru­tal­nie prak­ty­cznym, za­trzy­mu­ją­cym cie­pło tam, gdzie ko­min­ki mo­gły co naj­wy­żej uda­wać sku­te­czność. W re­zul­ta­cie ar­chi­te­ktu­ra pra­co­wa­ła tu­taj jak pan­cerz ter­mi­czny, a luk­sus za­czy­nał się od rze­czy tak przy­ziem­nej jak brak dre­szczy pod koł­drą.

STO METRÓW NA SEN BRZMI JAK PRZEROST FORMY, ALE KIEDY JESTEŚ KRÓLEM, TO NAWET DRZEMKA MUSI WYGLĄDAĆ JAK AKT PAŃSTWOWY

Dawniej po­mie­szcze­nie to by­ło tak obwie­szo­ne, że bra­ko­wa­ło tyl­ko zna­ku „uwa­ga, nad­miar splen­do­ru”. In­wen­tarz z 1380 ro­ku mó­wi ja­sno: król trzy­mał tu 56 rę­ko­pi­sów, część upchnię­tą w szka­tu­łach przy za­cho­dnim ok­nie, jak­by na­wet książ­ki wie­dzia­ły, kie­dy sie­dzieć ci­cho i nie wy­chy­lać się z pół­ki. Ar­chi­wa no­tu­ją ło­że, trzy skrzy­nie i kre­dens z za­sta­wą oraz bro­nią, więc sen le­żał tu obok woj­ny jak współ­lo­ka­tor, któ­ry ni­by śpi, ale bu­tów nie zdej­mu­je.

PROSZĘ PAŃSTWA KOCHANI, SPOJRZCIE NA TEN CUDNY FILAREK, JAKIE TU LISTECZKI, JAKIE ŁUKI, A PROSZĘ PAMIĘTAĆ, ŻE POD TYM WSZYSTKIM KRÓL SPAŁ SOBIE SPOKOJNIE W OTOCZENIU AŻ PIĘĆDZIESIĘCIU SZEŚCIU RĘKOPISÓW!

Nad tym wszystkim ciąg­nę­ło się skle­pie­nie ob­sy­pa­ne zło­ty­mi li­lia­mi na błę­ki­cie z la­zu­ry­tu, ka­mie­nia dro­gie­go i tak osten­ta­cyj­ne­go, że ja­sno po­ka­zy­wał jed­no: pie­nię­dzy by­ło w bród, gu­stu ani gra­ma. W grun­cie rze­czy by­ła to sy­pial­nia tyl­ko z na­zwy i moż­na po­dej­rze­wać, że w prak­ty­ce dzia­ła­ła jak pry­wa­tny fol­wark wła­dzy: król le­żał roz­par­ty jak wła­ści­ciel naj­le­psze­go he­kta­ra w kró­le­stwie, a słu­ga stał pod ścia­ną wy­pro­sto­wa­ny nie z wy­bo­ru, lecz z obo­wiąz­ku, że­by ca­łym cia­łem przy­swoić pro­stą za­sa­dę – tu się le­ży z uro­dze­nia, a stoi z na­da­nia i ra­czej bez wi­do­ków na awans.

DZIŚ SUFIT SYPIALNI KRÓLEWSKIEJ WYGLĄDA JAKBY PRZEPRASZAŁ ZA DAWNĄ PYCHĘ, ALE KIEDYŚ BŁYSZCZAŁ TAK, ŻE PODDANI MOGLI OŚLEPNĄĆ OD SAMEGO PATRZENIA W GÓRĘ

Trzecie piętro po­wie­la­ło układ dru­gie­go nie­mal co do ka­mie­nia, lecz już bez kró­lew­skich fa­jer­wer­ków, jak­by ar­chi­tekt do­stał po­le­ce­nie: „to sa­mo, tyl­ko pro­szę nie prze­sa­dzać z za­chwy­tem”. Naj­pew­niej wła­śnie tu lo­ko­wa­no go­ści — wy­star­cza­ją­co wy­so­ko, by od za­wro­tu gło­wy po­czu­li pre­stiż, i wy­star­cza­ją­co oszczęd­nie, by z każ­dym kro­kiem po po­sadz­ce pa­mię­ta­li, że są mi­le wi­dzia­ni, lecz jed­nak przej­ścio­wi; w tym do­mu su­fit był wspól­ny, ale su­we­ren­ność już nie.

A SCHODY TE PROWADZĄ NA TRZECIE PIĘTRO, GDZIE IZBY SĄ TAKIE JAK NIŻEJ, JEDNAK SKROMNIEJSZE, ABY GOŚĆ CIESZYŁ SIĘ WIDOKIEM, LECZ NIE ROSŁO MU SERCE NAD MIARĘ

Czwarte, piąte i szó­ste pię­tro to już zu­peł­nie in­na li­ga, ogo­ło­co­na z or­na­men­tów i naj­wy­raź­niej prze­zna­czo­na dla tych, któ­rzy mie­li pra­co­wać, pil­no­wać al­bo gi­nąć, a nie po­dzi­wiać. Ko­rzy­sta­ła z nich służ­ba i żoł­nie­rze, a przy oka­zji skła­do­wa­no tu amu­ni­cję do bro­ni usta­wio­nej w oknach czwar­te­go pię­tra oraz na ta­ra­sach wie­ży la­tryn i głów­ne­go kor­pu­su don­żo­nu, bo w tej ar­chi­te­ktu­rze na­wet wy­próż­nia­nie mia­ło wspar­cie ognio­we.

CZY TO TU KTOŚ WYGLĄDAŁ ZA SMOKIEM?

Szóste piętro mia­ło zaledwie dwa me­try wy­so­ko­ści i jed­no wej­ście, więc z wy­go­dą by­ło mu tak po dro­dze jak szu­bie­ni­cy z re­gu­la­mi­nem well­ness. Od 1752 ro­ku gór­ne kon­dy­gna­cje dzia­ła­ły już bez ście­my ja­ko ce­le wię­zien­ne, a kra­ty w oknach do dziś przy­po­mi­na­ją, że to nie był ża­den apar­ta­ment z wi­do­kiem. Graf­fi­ti z XVII i XVIII wie­ku to za­pis lu­dzi, któ­rym zo­sta­wio­no ścia­ny i nad­miar cza­su — sko­ro nie mo­gli dać o so­bie znać świa­tu, to przy­naj­mniej po­dra­pa­li mur, żeby za­zna­czyć: sie­dzę, ży­ję, nie zni­kam.

APARTAMENT Z SUFITEM NA WYSOKOŚCI ZWYKŁEJ POKORY I WEJŚCIEM, KTÓRE DZIAŁAŁO WYŁĄCZNIE W JEDNĄ STRONĘ, BRZMI JAK OFERTA, KTÓREJ NIKT NIE PROSIŁ, A WIELU DOSTAŁO

Wzniesiony w czasie woj­ny stu­le­tniej don­żon był ar­chi­te­ktu­rą obron­ną w wer­sji „na se­rio”, do­pra­co­wa­ną do gra­nic moż­li­wo­ści po­ło­wy XIV wie­ku. Do je­go wnę­trza pro­wa­dził ka­mien­ny most sta­ły, a tuż za nim most zwo­dzo­ny, bo nikt tu nie li­czył na do­brą wo­lę przy­by­szów. Wej­ścia pil­no­wał châ­te­let z bro­ną i as­so­mmoir, czy­li otwo­rem do za­ła­twia­nia spraw z gó­ry, za­nim kto­kol­wiek zdą­żył za­pu­kać, a ca­łość po­prze­dzał bar­ba­kan, że­by od po­cząt­ku by­ło wia­do­mo, kto tu roz­da­je cio­sy.

Z NIEKŁAMANĄ DBAŁOŚCIĄ O KOMFORT GOŚCI ZAPROJEKTOWANO SEKWENCJĘ MOSTÓW ORAZ CHÂTELET Z ASSOMMOIR, ABY KAŻDY PRZYBYWAJĄCY MIAŁ CZAS PRZEMYŚLEĆ SWOJĄ DECYZJĘ

TO WŁAŚNIE JEST TA PODSTAWA, KTÓRA DŹWIGA CAŁĄ WIEŻĘ I PRZY OKAZJI DŹWIGA TEŻ JEJ EGO

Dodatkową osłonę wie­ży za­pew­nia­ła che­mi­se, ze­wnętrz­ny mur z blan­ka­mi, strzel­ni­ca­mi i ma­chi­ku­ła­mi, po­sa­do­wio­ny na na­chy­lo­nych skar­pach, któ­re od­bi­ja­ły po­ci­ski jak źle wy­mie­rzo­ne pre­ten­sje. Ca­łość do­my­ka­ła fo­sa, któ­rej sens był pro­sty: na­pa­stnik miał naj­pierw wejść do wo­dy, ut­knąć, zmę­czyć się i po­jąć, że da­lej już tyl­ko umrze. Twier­dzę w Vin­cen­nes zbu­do­wa­no bo­wiem nie po to, że­by ład­nie wy­glą­dać, tyl­ko że­by król miał gdzie się scho­wać, gdy świat za mu­ra­mi stra­ci cier­pli­wość.

NAJPIERW SKARPA, ŻEBY SIĘ POŚLIZGNĄĆ, POTEM CHEMISE, ŻEBY DOSTAĆ Z GÓRY, A NA KOŃCU FOSA, ŻEBY SIĘ ZASTANOWIĆ, CZY TO NA PEWNO DOBRY DZIEŃ NA ATAK — TAK KRÓL URZĄDZIŁ SOBIE SPOKÓJ

Jednocześnie châtelet peł­nił ro­lę re­pre­zen­ta­cyj­ne­go wej­ścia do re­zy­den­cji wład­cy, więc obok czy­stej prze­mo­cy po­ja­wia­ła się de­ko­ra­cja, rów­nie prze­my­śla­na jak sys­tem obro­ny. Nad por­ta­lem wej­ścio­wym usta­wio­no po­są­gi Ka­ro­la V i je­go żo­ny Jo­an­ny de Bour­bon, flan­ku­ją­ce fi­gu­rę św. Krzy­szto­fa, two­rząc ze­staw, któ­ry wi­tał przy­by­wa­ją­cych za­nim jesz­cze zdą­ży­li się ro­zej­rzeć. Kró­lew­ska pa­ra zo­sta­ła przed­sta­wio­na w re­ali­sty­cznym sty­lu, po­do­bnym do te­go, ja­ki zna­my z rzeźb za­cho­wa­nych w Luw­rze, bo cho­dzi­ło o coś wię­cej niż ozdo­bę. By­ła to pu­bli­czna in­sce­ni­za­cja wła­dzy, po­kaz twa­rzy mo­nar­chy, któ­ry po raz pier­wszy w hi­sto­rii mógł być roz­po­zna­ny przez pod­da­nych bez pod­pi­su pod wi­ze­run­kiem.

MOSTEK, FOSA, OSTROŁUK I DWIE MASYWNE WIEŻE CHÂTELET ROBIĄ WRAŻENIE, ALE ŚWIADOMOŚĆ, ŻE NAD PORTALEM STAŁ KIEDYŚ KAROL V Z MAŁŻONKĄ, DODAJE TEMU WEJŚCIU WARSTWĘ, KTÓREJ NIE DA SIĘ ZESKANOWAĆ TELEFONEM

Mur osłonowy, zwa­ny che­mi­se, miał cha­ra­kter dwu­funk­cyj­ny i nie wi­dział w tym żad­nej sprze­czno­ści. Z jed­nej stro­ny był ma­szy­ną obron­ną w czy­stej po­sta­ci, na­szpi­ko­wa­ną ma­chi­ku­ła­mi, blan­ka­mi, strzel­ni­ca­mi i czte­re­ma na­roż­ny­mi wie­ży­czka­mi straż­ni­czy­mi, z któ­rych każ­dy kąt da­wa­ło się mieć na oku. Straż­ni­cy krą­ży­li po je­go ob­wo­dzie, pa­tro­lu­jąc cour­ti­ne i pil­nu­jąc, że­by nikt nie po­my­lił twier­dzy z za­pro­sze­niem. Z dru­giej stro­ny ten sam chod­nik stra­ży peł­nił funk­cję cał­kiem re­pre­zen­ta­cyj­ną, bo w śre­dnio­wie­czu był tak­że kró­lew­ską pro­me­na­dą, skąd wład­ca mógł spo­koj­nie pa­trzeć na oko­li­cę z dy­stan­su, któ­ry za­mie­niał rze­czy­wi­stość w de­ko­ra­cję.

WIDOK Z WIEŻY BRAMNEJ NA DONŻON VINCENNES POKAZUJE JEGO CYLINDRYCZNĄ MASĘ OTULONĄ CHEMISE, KTÓRA Z GÓRY WYGLĄDA JAK KAMIENNY PAS BEZPIECZEŃSTWA ZAPIĘTY NA OSTATNIĄ KLAMRĘ

Za cza­sów Ka­ro­la V chod­nik stra­ży po­zo­sta­wał od­kry­ty, a wie­ży­czki wień­czy­ły pła­skie, ta­ra­so­we da­chy z blan­ka­mi, co ozna­cza­ło, że straż­ni­cy i król dzie­li­li tę sa­mą po­go­dę, nie­za­le­żnie od hu­mo­rów nie­ba. Do­pie­ro w XVII stu­le­ciu do­da­no obe­cną, efe­kto­wną więź­bę da­cho­wą i przy­kry­to wie­ży­czki cha­ra­kte­ry­sty­czny­mi da­cha­mi w kształ­cie pieprz­ni­czek, co spro­wa­dza­ło się do pro­ste­go fa­ktu, że twier­dza za­czę­ła się stro­ić.

TE WIEŻYCZKI NA ZNACZKU Z 1938 ROKU, OGLĄDANE Z ZEWNĘTRZNEGO DZIEDZIŃCA, MAJĄ JUŻ DASZKI W KSZTAŁCIE PIEPRZNICZEK, CHOĆ ZA KAROLA V STRAŻ MOKŁA TU BEZ ŻADNEJ OSŁONY

Zewnętrzny mur obwo­do­wy ma po­nad ki­lo­metr dłu­go­ści i za­my­ka prze­strzeń wiel­ko­ści śre­dnio­wie­czne­go mia­sta, co sa­mo w so­bie jest ja­snym ko­mu­ni­ka­tem, że Ka­rol V nie pla­no­wał skrom­nej sie­dzi­by, tyl­ko pry­wa­tne pań­stwo w mi­nia­tu­rze. Mie­szka­ło tu kil­ka­set osób, czy­li do­kła­dnie ty­lu, ilu trze­ba, że­by obsłu­żyć wła­dzę i jesz­cze uda­wać, że to wspól­no­ta, a nie sta­ran­nie ogro­dzo­ny układ za­le­żno­ści.

PONAD KILOMETR MURU TO NIE OGRODZENIE, TYLKO DEKLARACJA, ŻE KAROL V POSTANOWIŁ WYMIERZYĆ WŁADZĘ W METRACH BIEŻĄCYCH

Dominantą w tym im­po­nu­ją­cym ob­wo­dzie by­ła Wie­ża Wsi, naj­więk­sza i naj­bar­dziej re­pre­zen­ta­cyj­na, zbu­do­wa­na tak, że­by na­wet po­seł kró­lew­ski z pa­pie­ra­mi wie­dział, że owszem, mo­że wejść, mo­że zo­stać przy­ję­ty, mo­że na­wet coś po­wie­dzieć, ale wy­łącz­nie w cu­dzym cza­sie, cu­dzym to­nie i z peł­ną świa­do­mo­ścią, że je­go obe­cność jest chwi­lo­wym wy­jąt­kiem, a nie żad­nym pra­wem.

JEŚLI PO TYM PRZEJEŹDZIE NADAL MASZ OCHOTĘ NEGOCJOWAĆ Z PEWNOŚCIĄ SIEBIE, TO ALBO JESTEŚ BARDZO ODWAŻNY, ALBO NIE ZROZUMIAŁEŚ, CO WŁAŚNIE MINĄŁEŚ

Wszystkie wieże mie­rzy­ły pier­wo­tnie oko­ło 40 me­trów wy­so­ko­ści i by­ły za­pro­je­kto­wa­ne do nor­mal­ne­go uży­tko­wa­nia, z ko­min­ka­mi, okna­mi, klat­ka­mi scho­do­wy­mi i la­try­na­mi, któ­re (nie­zbyt) dy­skret­nie od­pro­wa­dza­ły skut­ki ży­cia dwor­skie­go. Ich ścia­ny ob­wie­szo­no de­ko­ra­cją rzeź­biar­ską bez umia­ru, jak­by ka­mień rów­nież mu­siał pra­co­wać na pre­stiż i nie mógł po­zwo­lić so­bie na chwi­lę ci­szy. W su­mie po­wstał tu­taj ze­spół 33 kom­nat o po­wierz­chni do 3,500 me­trów kwa­dra­to­wych, prze­zna­czo­nych dla ro­dzi­ny kró­lew­skiej i jej naj­bliż­sze­go oto­cze­nia, czy­li dla lu­dzi, któ­rzy ży­li tu na­pra­wdę, pod­czas gdy re­szta by­ła tyl­ko ko­nie­cznym ko­sztem utrzy­ma­nia tej wy­go­dy.

GDYBY TA WIEŻA MIAŁA OFERTĘ NAJMU, BRZMIAŁABY „WIDOK NA LAS, KOMINEK, WŁASNA LATRYNA, OBLĘŻENIE W CENIE”

Zanim Louis Le Vau w ogó­le do­brał się do Wer­sa­lu, na po­le­ce­nie Ma­za­ri­na po­sta­wił dla mło­de­go Lud­wi­ka XIV dwa pa­wi­lo­ny, Kró­la i Kró­lo­wej, że­by od po­cząt­ku by­ło ja­sne, kto tu jest kim i gdzie ma miesz­kać wła­dza. Część no­wą, gład­ką i po­pra­wną jak pod­ręcz­nik ba­ro­ku, od­dzie­lił por­ty­kiem od sta­rej, śre­dnio­wie­cznej re­szty, jak­by hi­sto­ria by­ła czymś, co da się od­gro­dzić ko­lum­na­mi i uda­wać, że już nie prze­szka­dza. By­ło to zre­sztą osta­tnie kró­lew­skie za­mó­wie­nie na tym 8,7-hek­ta­ro­wym te­re­nie, po któ­rym moż­na by­ło jesz­cze uda­wać, że ska­la nie wym­knę­ła się spod kon­tro­li.

TE DWA PIONOWE SKRZYDŁA NA DOLE PLANU TO PIERWSZY SYGNAŁ, ŻE MŁODY LUDWIK XIV NIE ZAMIERZA MIESZKAĆ W ŚREDNIOWIECZNYM BAŁAGANIE, TYLKO W WYDZIELONEJ, WŁASNEJ STREFIE WŁADZY

Prace ruszyły w 1654 i w nie­speł­na osiem lat wo­kół roz­le­głe­go dzie­dziń­ca, na po­łu­dnie od don­żo­nu, wy­ro­sły dwa pa­wi­lo­ny usta­wio­ne na­prze­ciw sie­bie z ma­te­ma­ty­czną do­kła­dno­ścią, uzna­wa­ną wów­czas za naj­wyż­szą cno­tę ar­chi­te­ktu­ry. Pa­wi­lon Kró­lo­wej przy­padł An­nie Au­stria­czce i Ma­za­ri­no­wi , Pa­wi­lon Kró­la mło­de­mu Lud­wi­ko­wi XIV i je­go żo­nie, in­fan­tce Hi­szpa­nii Ma­rii Te­re­sie , że­by każ­dy miał swo­ją prze­strzeń i swo­je złu­dze­nie pry­wa­tno­ści.

BUDYNEK JEST DUŻY, SYMETRYCZNY I WYGLĄDA WAŻNIE, CO SUGERUJE, ŻE BYŁ WAŻNY ;-)

Dwie pozostałe stro­ny czwo­ro­bo­ku dom­knię­to łu­ka­mi trium­fal­ny­mi, któ­re uda­wa­ły bra­my, a w rze­czy­wi­sto­ści by­ły te­atral­nym ge­stem mó­wią­cym ja­sno, że od te­go miej­sca za­czy­na się te­ren kró­lew­ski i koń­czy zwy­kły świat. Ca­łość dom­knię­to aku­rat na dwu­dzie­ste uro­dzi­ny Lud­wi­ka XIV, któ­ry re­sztę ży­cia po­świę­ci do­pra­co­wy­wa­niu tej za­sa­dy.

ROK 1750: PAWILON KRÓLA I PAWILON KRÓLOWEJ NA PIERWSZYM PLANIE, A ŁUK TRIUMFALNY DOMYKA CZWOROBOK; TRIUMF DOTYCZY TU WYŁĄCZNIE SYMETRII, NIE WOJNY.

Apartament królewski skła­dał się z pię­ciu po­mie­szczeń na pier­wszym pię­trze, usta­wio­nych fron­tem na za­chód i pa­trzą­cych pro­sto w ogród, jak­by wła­dza po­trze­bo­wa­ła zie­le­ni do re­gu­la­cji od­de­chu. Ten układ miał swo­ją lu­strza­ną wer­sję w Pa­wi­lo­nie Kró­lo­wej, gdzie iden­ty­czny ze­staw po­koi wy­cho­dził już nie na na­tu­rę, lecz na dzie­dzi­niec i je­go co­dzien­ny zgiełk. Z cza­sem ta ele­gan­cka sy­me­tria za­czę­ła się sy­pać, więc w XVIII i XIX wie­ku wnę­trza naj­pierw pod­upa­dły, a po­tem zo­sta­ły nie­mal star­te na proch, zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie reszt­ki ma­lo­wa­nych stro­pów.

PAWILON KRÓLOWEJ STOI TAK PROSTO, JAKBY KTOŚ W XVII WIEKU MIAŁ ALERGIĘ NA KRZYWE MYŚLI I POSTANOWIŁ JE WYBIĆ MŁOTKIEM Z KAMIENIA

Ten proces dopełniła dru­ga woj­na świa­to­wa, gdy Niem­cy urzą­dzi­li w obu pa­wi­lo­nach ma­ga­zy­ny ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych, trak­tu­jąc daw­ną re­zy­den­cję jak wy­go­dny scho­wek. W sier­pniu 1944 ro­ku wszyst­ko to eks­plo­do­wa­ło w po­ża­rach wznie­co­nych przez wy­co­fu­ją­cych się oku­pan­tów, za­mie­nia­jąc kró­lew­skie apar­ta­men­ty w dy­mią­cy ko­men­tarz do hi­sto­rii. Dziś, już po re­wi­ta­li­za­cji, mie­ści się tu ar­chi­wum Mi­ni­ster­stwa Obro­ny, gdzie za­miast tro­nów sto­ją re­ga­ły, a ab­so­lu­tyzm osiąg­nął for­mę kar­to­nu z na­pi­sem „taj­ne”.

ANALIZUJĄC FOTOGRAFIĘ, NA KTÓREJ WIDAĆ ZNISZCZONĄ ELEWACJĘ PAWILONU KRÓLOWEJ, NALEŻY STWIERDZIĆ, ŻE ADAPTACJA OBIEKTU NA MAGAZYN MATERIAŁÓW WYBUCHOWYCH W 1944 ROKU MIAŁA SWOJE KONSEKWENCJE

Ciekawostką jest fakt, że część ma­lo­wa­nych i rzeź­bio­nych stro­pów pa­wi­lo­nów kró­lew­skich prze­ży­ła XIX wiek, któ­ry dla za­by­tków by­wał epo­ką bez­li­to­sną, lecz jesz­cze nie cał­kiem bez­myśl­ną. W tym cza­sie Lud­wik Fi­lip po­le­cił zde­mon­to­wać je­den z su­fi­tów pa­wi­lo­nu i wy­wieźć go z Vin­cen­nes, trak­tu­jąc prze­szłość jak cięż­ki przed­miot, któ­ry po pro­stu zmie­nia adres. Strop tra­fił więc do Lu­wru i za­wisł w sali 639 wśród sta­ro­ży­tno­ści egi­pskich i trwa, więc dziś nad sar­ko­fa­gami uno­si się ka­wa­łek Fran­cji, któ­ry naj­wy­raź­niej po­my­lił kon­ty­ne­nty.

TO TEN SAM STROP Z VINCENNES, KTÓRY LUDWIK FILIP KAZAŁ ZDEMONTOWAĆ I PRZENIEŚĆ DO SALI 639 LUWRU, GDZIE NAD SARKOFAGAMI WISI JAK TURYSTA, CO POMYLIŁ KONTYNENTY

W 1379 roku Karol V wpadł na po­bo­żny, a przy tym cał­kiem am­bi­tny po­mysł, by w zam­ku w Vin­cen­nes wznieść wła­sną Sain­te-Cha­pel­le na re­li­kwie Mę­ki Chry­stu­sa; nie­stety już rok póź­niej zmarł, a pro­jekt – jak to czę­sto by­wa – od­ło­żo­no „na chwi­lę”. Do po­my­słu wró­co­no w 1390 ro­ku za spra­wą je­go sy­na, Ka­ro­la VI , lecz oko­ło 1405 ro­ku bu­do­wa po­no­wnie sta­nę­ła, naj­wy­raź­niej uzna­jąc, że po­śpiech nie sprzy­ja sa­crum. Osta­te­cznie ka­pli­ca do­cze­ka­ła się fi­na­łu do­pie­ro w XVI wie­ku, za pa­no­wa­nia Fran­ci­szka I i Hen­ry­ka II , w la­tach 1552–1559 – pół­to­ra wie­ku po przer­wa­niu prac, co tyl­ko utwier­dza w prze­ko­na­niu, że w mo­nar­chii czas nie pły­nie — on się ma­je­sta­ty­cznie wle­cze.

KAMIEŃ TEJ KAPLICY MUSIAŁ PRZEŻYĆ WIĘCEJ KRÓLÓW NIŻ JEDNO PAŃSTWO REFORM, A TERAZ STOI PODŚWIETLONY I UDAJE, ŻE WSZYSTKO POSZŁO GŁADKO

Obiekt powstał na wzór pa­ry­skiej Sain­te-Cha­pel­le, ale nie ja­ko wier­na ko­pia, tyl­ko upro­szczo­na wer­sja tej sa­mej idei: wy­so­ko, ja­sno i z roz­ma­chem. Ca­ła kon­stru­kcja opie­ra się na jed­nej wy­so­kiej kon­dy­gna­cji, któ­ra od ra­zu da­je wra­że­nie du­żej, otwar­tej prze­strze­ni. Jed­no­na­wo­wą bry­łę pod­trzy­mu­ją smu­kłe skar­py zwień­czo­ne pi­na­kla­mi, a wscho­dnia fa­sa­da to kla­sy­czny go­tyk pło­mie­ni­sty — ażu­ro­we wim­per­gi, wy­raź­na ró­ży­ca i bo­ga­to opra­co­wa­ny por­tal ro­bią swo­je bez zbęd­nej osten­ta­cji.

INSPIRACJA SAINTE-CHAPELLE JEST BEZ WĄTPIENIA CZYTELNA, ALE TO RACZEJ WERSJA „BEZ NAPINKI” NIŻ PRÓBA PRZELICYTOWANIA PARYŻA

Gmach szczelnie obie­ga sys­tem rzy­ga­czy, a wnę­trze, dzię­ki du­żej licz­bie ja­snych wi­tra­ży, do­słow­nie to­nie w świe­tle. Sce­ny Apo­ka­li­psy we­dług św. Ja­na, ufun­do­wa­ne przez Hen­ry­ka II w la­tach 1556–59 i wy­ko­na­ne przez Ni­co­las Be­au­ra­ina, po­ka­zu­ją świe­tne wy­czu­cie ko­lo­ru — głę­bo­kie czer­wie­nie i błę­ki­ty do­brze gra­ją z żół­cia­mi i sza­ro­ścia­mi. Efekt jest pro­sty: ze­ro mi­sty­czne­go za­dę­cia, ma­ksi­mum świa­tła i ar­chi­te­ktu­ra, któ­ra po pro­stu dzia­ła.

CZARNO-BIAŁA KRATA POD NOGAMI PRZYPOMINA, ŻE TO NADAL BUDYNEK, NIE WIZJA Z OBJAWIENIA

Kaplica szczególnie bo­le­śnie ucier­pia­ła pod­czas re­wo­lu­cji fran­cu­skiej, gdy ide­olo­gi­czny za­pał szyb­ko za­mie­nił się w czy­sty wan­da­lizm: nie­mal wszyst­kie wi­tra­że oraz rzeź­by tym­pa­no­nów i por­ta­li zni­knę­ły, jak­by de­ko­ra­cja by­ła zbrod­nią sa­mą w so­bie. Z ca­łe­go te­go po­gro­mu prze­trwa­ło za­le­dwie kil­ka rzeźb XV-wiecz­nych, w tym przed­sta­wie­nie Trój­cy Świę­tej nad por­ta­lem za­cho­dnim — je­den z nie­li­cznych ele­men­tów, któ­rym hi­sto­ria da­ro­wa­ła ży­cie.

REWOLUCJA UZNAŁA, ŻE ANIOŁ TO PRAWIE URZĘDNIK STAREGO SYSTEMU. WIĘC CZĘŚĆ DOSTAŁA „ZWOLNIENIE DYSCYPLINARNE”. TE OCALAŁE PO PROSTU NIE ZŁAPAŁY SIĘ NA LISTĘ.

Zewnętrzne ściany ka­pli­cy pod­pie­ra­ją po­tęż­ne przy­po­ry wci­śnię­te mię­dzy ok­na, każ­da zwień­czo­na bo­ga­to zdo­bio­ną ster­czy­ną — cięż­ką, so­lid­ną i wy­raź­nie za­pro­je­kto­wa­ną z my­ślą o tym, że­by bu­dy­nek nie tyl­ko wy­glą­dał, ale też nie ru­nął przy pier­wszej oka­zji. Prze­trwa­ła rów­nież część wi­tra­ży w apsy­dzie, przed­sta­wia­ją­cych Apo­ka­li­psę we­dług św. Ja­na, czy­li wi­zję koń­ca świa­ta w wer­sji peł­nej ko­lo­ru i dra­ma­ty­zmu. Ich hi­sto­ria jest zre­sztą nie­mal tak bu­rzli­wa jak sa­me sce­ny: grun­to­wnie od­re­stau­ro­wa­no je w XIX wie­ku za pa­no­wa­nia Lud­wi­ka Na­po­le­ona , a na­stęp­nie po­no­wnie w XX wie­ku — co naj­le­piej po­ka­zu­je, że w tej hi­sto­rii wię­cej by­ło na­pra­wia­nia szkód niż spo­koj­ne­go trwa­nia.

PROSZĘ PAŃSTWA KOCHANI, JAKIE TU PIĘKNE KOLORY, JAKIE SKRZYDEŁKA I JAKIE ZŁOTE ZBOŻE, A PROSZĘ PAMIĘTAĆ, ŻE TO TA SAMA KAPLICA, GDZIE W APSYDZIE STRASZY APOKALIPSA, WIĘC KONTRAST JEST PO PROSTU CUDOWNY!

ZWIEDZANIE


Zamek Vincennes to jeden z naj­waż­niej­szych śred­nio­wie­cznych za­by­tków Fran­cji — i to ta­ki, któ­ry na­pra­wdę pa­mię­ta, co wi­dział. Ja­ko je­den z klu­czo­wych świad­ków hi­sto­rii kra­ju prze­trwał woj­ny, re­wo­lu­cje i zmia­ny mód ar­chi­te­kto­ni­cznych, by dziś, cał­kiem dum­nie, przyj­mo­wać zwie­dza­ją­cych pod skrzy­dła­mi Cen­tre des mo­nu­ments na­tio­naux.

ŁADNY, DUŻY, ROBI WRAŻENIE, ALE NAJLEPSZE JEST TO, ŻE NAPRAWDĘ BYŁ W ŚRODKU WYDARZEŃ, A NIE TYLKO NA POCZTÓWKACH

Do naszych czasów za­cho­wał się czy­tel­ny układ ca­łe­go za­ło­że­nia, im­po­nu­ją­co za­cho­wa­ny don­żon — naj­wy­raź­niej od­por­ny na wszy­stko — mu­ry obron­ne, ka­pli­ca oraz ba­ro­ko­we pa­wi­lo­ny, któ­re wy­glą­da­ją tak, jak­by po­ja­wi­ły się tu nie­co póź­niej, ale za to z roz­ma­chem.

Z TEGO WIDOKU WIDAĆ JEDNO: VINCENNES NIE JEST ZAMKIEM Z JEDNEGO MOMENTU, TYLKO ZBIOROWĄ UMOWĄ MIĘDZY EPOKAMI, KTÓRE MIAŁY RÓŻNE POMYSŁY NA WŁADZĘ, ALE ŻADNA NIE MIAŁA ODWAGI ZBURZYĆ TEGO, CO ZASTAŁA

Przetrwały również licz­ne de­ta­le ar­chi­te­kto­ni­czne, bę­dą­ce ci­chy­mi, choć bar­dzo wy­mo­wny­mi świad­ka­mi wra­żli­wo­ści este­ty­cznej śre­dnio­wiecz­nych twór­ców: kon­sol, klu­czy skle­pien­nych i ka­pi­te­li cen­tral­ne­go fi­la­ru jest tu ty­le, że trud­no oprzeć się wra­że­niu, iż ka­mie­nia­rze na­pra­wdę lu­bi­li swo­ją pra­cę — i mie­li spo­ro cza­su, by się nią po­pi­sać.

OCZYWIŚCIE MOŻNA BYŁO ZROBIĆ ZWYKŁY SUFIT, ALE GDZIE TU SATYSFAKCJA, SKORO MOŻNA ZROBIĆ KAMIENNĄ KORONKĘ I JESZCZE PODPISAĆ SIĘ W KLUCZU

Prawdziwa historia zamku sie­dzi tu jed­nak na ścia­nach. Graf­fi­ti z XVII i XVIII wie­ku zo­sta­wi­li więź­nio­wie, któ­rzy mie­li czas, ka­mień i pa­lą­cą po­trze­bę za­zna­cze­nia, że wciąż ist­nie­ją. Wśród tych śla­dów znaj­du­je się tak­że pod­pis Lud­wi­ka XIV, co spro­wa­dza Kró­la Słoń­ce do bar­dzo ludz­kie­go po­zio­mu ko­goś, kto rów­nież się nu­dził i — jak in­ni — skro­bał po mu­rze.

TO NIE DEKORACJA, TYLKO GRAFFITI WIĘŹNIÓW NA ŚCIANIE WAROWNI, GDZIE KAMIEŃ BYŁ JEDYNYM PAPIEREM, A NÓŻ JEDYNYM DŁUGOPISEM

Zamek Vincennes leży na ubo­czu, więc nie ma tłu­mów, sel­fi­ków ani nar­ra­cji „pro­szę spoj­rzeć w le­wo”. Ofe­ru­je on do­kła­dnie to, cze­go nie da­ją pa­ry­skie hi­ty: prze­strzeń, ska­lę i czas na spo­koj­ne cho­dze­nie, pa­trze­nie i my­śle­nie. Ogro­mny don­żon, kom­ple­tne mu­ry, ka­pli­ca, de­ta­le, któ­re są sta­re na­pra­wdę, a nie „sty­li­zo­wa­ne”. Bez ko­le­jek, bez ha­ła­su, bez tu­ry­sty­czne­go te­atru. Je­śli chcesz zo­ba­czyć śre­dnio­wie­czną Fran­cję bez fil­tra Di­sne­ya — to jest ten adres.

PRZESTRZEŃ JEST TAK DUŻA, ŻE CZŁOWIEK NAGLE ZACZYNA IŚĆ WOLNIEJ. NIKT GO NIE POPĘDZA, NIKT NIE FOTOGRAFUJE MU PLECÓW.
Zamek zwie­dza się we wła­snym tem­pie. W ce­nie bi­le­tu do­sta­jesz ta­blet i słu­chaw­ki (au­dio­prze­wo­dnik po an­giel­sku), któ­re pro­wa­dzą Cię przez im­mer­syj­ną, oko­ło 90-mi­nu­to­wą tra­sę au­dio — od śre­dnio­wie­cznych fun­da­men­tów po póź­niej­sze eta­py hi­sto­rii zam­ku. Bez gru­py, bez po­śpie­chu, bez „idzie­my da­lej”. Waż­ne: obiekt znaj­du­je się na te­re­nie woj­sko­wym, więc nie ma prze­cho­wal­ni ba­ga­żu. Do­zwo­lo­ny jest wy­łącz­nie ba­gaż do 30 × 40 × 15 cm. Bi­let ko­sztu­je 13 € (2026).
Na zwiedzanie warto za­re­zer­wo­wać od 1 do 2 go­dzin.
Psy nie są wpu­szcza­ne, z wy­jąt­kiem psów prze­wo­dni­ków i asy­stu­ją­cych.

DOJAZD


Zamek Vincennes stoi przy Ave­nue de Pa­ris, na dzi­siej­szej wscho­dniej gra­ni­cy mia­sta. Kie­dy go bu­do­wa­no, nie by­ło tu mia­sta — by­ła prze­strzeń, las i kró­lew­ska re­zy­den­cja po­za mu­ra­mi Pa­ry­ża. Mia­sto przy­szło póź­niej i po pro­stu za­mek do­go­ni­ło. Dziś ota­cza go gę­sta za­bu­do­wa, a Las Vin­cen­nes za­czy­na się tuż obok, bar­dziej ja­ko hi­sto­ry­czne przy­po­mnie­nie niż re­al­ne tło.

Po Paryżu generalnie nie po­le­cam po­ru­szać się sa­mo­cho­dem — nie ty­le przez ruch, co przez par­ko­wa­nie, któ­re by­wa spor­tem eks­tre­mal­nym. Do zam­ku naj­ła­twiej do­trzeć me­trem: sta­cja Châ­teau de Vin­cen­nes — wy­sia­dasz i masz go prak­ty­cznie pod rę­ką. Alter­na­ty­wa to ko­lej pod­miej­ska RER: sta­cja Vin­cen­nes, a po­tem krót­ki spa­cer. Pro­sto i bez ner­wów.

ZAMKI WE FRANCJI


ŹRÓDŁA


  1. ouvrage collectif: Château de Vincennes - Fiche de visite, Centre des Monuments Nationaux
  2. pl.wikipedia.org
  3. sekulada.com
  4. www.chateau-de-vincennes.fr
  5. en.wikipedia.org