
DZIEJE ZAMKU
Zamek Skála po raz pierwszy pojawia się w dokumentach z 1353 roku, czyli jeszcze zanim ktokolwiek uznał za stosowne wspomnieć o samej wsi, która dopiero siedem lat później dorobiła się własnej wzmianki. Fundatorem warowni był zapewne morawski rycerz Hynek z Valdštejna (zm. przed 1367), który nadał jej nazwę prostą i pozbawioną poezji – Skála (Skała). Dopiero w późniejszych źródłach pojawia się przydomek Hrubá (Gruba) – nie wiadomo, czy dla odróżnienia, czy z upodobania do mocnych określeń, lecz to on ostatecznie nadał nazwie jej dzisiejsze brzmienie.

Valdštejnowie utrzymywali zamek przez kilka pokoleń, aż w 1416 roku przeszedł on w ręce panów z Jenštejna – rodu oddanego Kościołowi i niechętnego wszelkim nowinkom religijnym. W miarę jak husyckie niepokoje trawiły kraj, a dawne sojusze ulegały rozluźnieniu, również Skála zmieniła właściciela. W 1460 roku znalazła się w posiadaniu Zajíców z Házmburka, rodu, który przez następne dziesięciolecia należał do najbardziej wpływowych w Czechach.

W 1469 roku Jan Zajíc (zm. 1495) opowiedział się po stronie katolickiego króla Węgier,
Macieja Korwina
, co sprowadziło na niego niełaskę Jerzego z Podiebradów – władcy Czech i umiarkowanego zwolennika husytyzmu, który niechętnie patrzył na podobne alianse. Wojska królewskie po krótkim oblężeniu zdobyły zamek, a Jan, pozbawiony realnych szans na dalszy opór, zdecydował się na ugodę. Dzięki temu konflikt wygasł bez dalszych zniszczeń, co w ówczesnych Czechach można było uznać niemal za szczęśliwy zbieg okoliczności.

W 1492 roku dobra skalskie trafiły w ręce rodu Svojanovskich z Bozkovic, pod których zarządem obejmowały już pięćdziesiąt cztery miejscowości – liczba, która musiała robić wrażenie, nawet jeśli połowa z nich znała pana jedynie z nazwiska. Jan Svojanovský, mniej przedsiębiorczy niż jego przodkowie, popadł jednak w długi i wkrótce zmuszony był rozstać się z majątkiem. Nabywcą został Zygmunt ze Smiřic (zm. 1548), przedstawiciel rodu, który posiadał dość środków, by cudze kłopoty zamieniać w swoje inwestycje – i wychodzić na tym lepiej niż poprzedni właściciele.

Syn Zygmunta, Jindřich (zm. 1569), zapisał się w dziejach nie tylko jako założyciel hruboskalskiej linii Smiřickich, lecz także jako człowiek ciekawy świata – skłonność, która wśród szlachty uchodziła raczej za ekstrawagancję niż cnotę. Właśnie ta dociekliwość zaprowadziła go do orszaku cesarza
Maksymiliana
i jego małżonki,
Marii Hiszpańskiej
, w drodze do Wiednia – wydarzenia, które łączyło zaszczyt z niecodzienną lekcją nowoczesności. Tam zobaczył, czym żyje Europa: renesansowymi pałacami, światłem, symetrią i nowym sposobem myślenia o świecie. Tam też zapewne nabrał pewności, że szlachcic jego formatu nie musi całe życie marznąć w wieży i udawać, że to oznaka hartu ducha.

Po zetknięciu z cesarskimi pałacami i wiedeńskim przepychem dawna warownia musiała wydać się Jindřichowi wspomnieniem czasów, które minęły bezpowrotnie, dlatego też przypuszcza się, że to właśnie on rozpoczął przebudowę gotyckiego zamku, pragnąc nadać mu formę bardziej godną człowieka renesansu niż rycerza z kronik. Jego potomkowie kontynuowali dzieło z gorliwością, która pod koniec XVI wieku odmieniła zamek w trójskrzydłową rezydencję renesansową – wciąż obronną, lecz już bardziej wystawną, bo w tych czasach potęga równie chętnie manifestowała się w murach, co w zdobieniach.

W 1594 roku na zamku Hrubá Skála przyszedł na świat
Albrecht Jan Smiřický
– człowiek, którego nazwisko miało wkrótce brzmieć w całych Czechach z równą siłą, co niegdyś nazwiska książąt. Jego pozycja była tak wysoka, że rozważano go nawet jako kandydata do korony królewskiej – co wśród czeskiej szlachty, gdzie każdy miał w herbie pół orła i całe ego, uchodziło niemal za dowód świętości. Albrecht należał do przywódców i inicjatorów powstania stanowego przeciw Habsburgom, a jego praski pałac stał się miejscem, gdzie opracowano plan słynnej
defenestracji
II defenestracja praska (23 maja 1618) – z okna Zamku Królewskiego na Hradczanach wyrzucono dwóch cesarskich namiestników – Jarosława Borzitę z Martinic i Wilhelma Slavatę – oraz sekretarza Fabriciusa. Doszło do tego z powodu wzburzenia przywódców czeskich protestantów dyskryminującą ich polityką cesarza Macieja. Pomimo upadku z wysokości kilkunastu metrów urzędnikom nic się nie stało (katolicy uznali to za cud). Wyrzuceni zostali z sali jadalnej i podobno uratowała ich góra naturalnego kompostu, powstała z resztek jedzenia wyrzucanych przez to okno po ucztach. Opisane wydarzenie jest uważane za bezpośrednią przyczynę wybuchu wojny trzydziestoletniej.
– i, rzecz jasna, sam gospodarz nie ograniczył się do roli obserwatora.

Wystąpienie przeciw cesarzowi było aktem odwagi graniczącej z desperacją, bo po upadku powstania kara była oczywista: śmierć i konfiskata dóbr. Los jednak, bardziej przewidujący niż kat, zakończył sprawę po swojemu – Albrecht zmarł nagle w listopadzie 1618 roku, zanim cesarscy prawnicy zdążyli sporządzić wyrok.

Dla rodu Smiřickich nie był to bynajmniej koniec, lecz osobliwy początek nowego rozdziału – majątek przypadł bowiem młodszemu bratu Albrechta, Jindřichowi Jiřiemu (zm. 1630), którego choroba umysłowa zwalniała z odpowiedzialności politycznej. Dzięki temu połowa dóbr, w tym Hrubá Skála, nie została skonfiskowana, lecz przeszła pod kuratelę „opiekuńczą”. Funkcję tę objął nie byle kto –
Albrecht von Wallenstein
(zm. 1634), dawny sojusznik, który, jak przystało na człowieka czynu, trzymał swego podopiecznego w więzieniu i majątek w najlepszym porządku. Ród Wallensteinów utrzymał Skałę aż do 1821 roku, co dowodzi, że los bywa łaskawy dla tych, którzy potrafią przejąć cudze troski razem z ich dochodami.

Podczas wojny trzydziestoletniej (1618–1648) Hrubá Skála miała więcej gości, niż kiedykolwiek planowano – zaglądali tu kolejno Sasi, cesarscy i Szwedzi, każdy zostawiając po sobie nieco popiołu i wspomnień. W 1658 roku zapadła nawet decyzja cesarska, by zamek zniszczyć, aby nie kusił kolejnych armii do rozbicia tu obozu.

Ocalał on jedynie dzięki nieustępliwości właścicieli, którzy potrafili wytłumaczyć urzędnikom cesarskim, że ruiny mogą cieszyć poetów, lecz z pewnością nie skarb państwa. Los nie przestał jednak wystawiać Skály na próby: w 1710 roku pożar strawił budowlę niemal doszczętnie, a odbudowa w barokowym duchu nadała jej łagodniejszych kształtów i tyle ozdób, ile tylko pomieściła przyzwoitość epoki. Przez następne sto lat zamek trwał bez większych wstrząsów w swojej barokowej szacie, aż los – jak to miał w zwyczaju – ponownie się o niego upomniał. Po stuleciu spokoju ogień powrócił, jakby chciał dopilnować, by tradycja zniszczeń nie poszła w zapomnienie.

W 1821 roku
Franz de Paula Adam
(zm. 1823), ostatni z rodu Wallensteinów na Hrubej Skále – a przy tym austriacki przyrodnik i podróżnik, który częściej spoglądał w niebo niż w księgi rachunkowe – sprzedał majątek Johannowi Antonowi Lexa von Aehrenthal (zm. 1824). Nowi właściciele wnieśli na Skałę powiew epoki: ich syn, baron Johann Lexa von Aehrenthal (zm. 1898), wraz z żoną, hrabiną
Marie de domo Thun und Hohenstein
, przebudowali zamek w latach pięćdziesiątych XIX wieku, nadając mu kształt zgodny z duchem romantyzmu – neogotycki, malowniczy i całkowicie nieprzydatny do obrony. W jego otoczeniu założyli park krajobrazowy w stylu angielskim, w którym wszystko miało wyglądać na dzieło przypadku, choć wymagało starannego planu.

W 1854 roku w murach Hrubej Skały przyszedł na świat
Alois Lexa von Aehrenthal
(zm. 1912), późniejszy minister spraw zagranicznych Austro-Węgier – ten sam, który wciągnął monarchię w aneksję Bośni i Hercegowiny, zapewniając jej więcej problemów, niż mogła unieść. Po II wojnie światowej rodzina Aehrenthalów została wywłaszczona, a niemieckojęzyczna ludność Hrubej Skały wysiedlona zgodnie z
dekretami Beneša
Dekrety Beneša - seria aktów prawnych wydanych przez rząd Republiki Czechosłowackiej na uchodźstwie w latach 1940–1945. Najbardziej znane z nich zostały wydane w 1945 i dotyczyły całkowitej konfiskaty mienia Niemców sudeckich oraz części Węgrów, pozbawienia ich obywatelstwa czechosłowackiego oraz przymusowego wysiedlenia ponad 3 milionów Niemców do amerykańskiej strefy okupacyjnej i Austrii oraz przeszło 100 tysięcy Węgrów na Węgry.
. W czasach komunistycznych zamek pełnił już funkcję znacznie skromniejszą – dom wypoczynkowy dla tych, którzy z historią woleli mieć kontakt jedynie widokowy.

– byłym szefem pionu inwestycyjnego państwowego koncernu zbrojeniowego Rostec, dostarczającego rosyjskiej armii niemal cały arsenał nowoczesnych technologii wojennych. Szelkow, jeden z właścicieli koncernu VSMPO-AVISMA, pozostaje związany z
Sergiejem Czemiezowem
– dawnym oficerem KGB i
znajomym Putina
z czasów drezdeńskich, dziś figurującym na większości list sankcyjnych.Na razie jednak (2023), jak przystało na dzieje Hrubej Skały, nowi właściciele przetrwali każdą burzę: zarówno Kharebava, jak i Szelkow uniknęli europejskich sankcji, jakby współczesność niczego nie nauczyła się z przeszłości w kwestii nagradzania wpływów.

OPIS ZAMKU
Zamek wzniesiono na dwóch potężnych blokach skalnych, które niczym strażnicy doliny Libuňki wyrastają na sześćdziesiąt metrów ponad jej dno. Skały te same w sobie stanowiły już połowę obrony – od północy, południa i wschodu odcinały dostęp tak skutecznie, że człowiek mógłby się tu czuć bezpiecznie nawet bez murów. Od zachodu naturze zabrakło już zapału, ale i tam sytuację naprawiono, przerzucając nad naturalną szczeliną drewniany most zwodzony, który skutecznie oddzielał zamek od reszty ówczesnego świata.

Mury poprowadzono wzdłuż krawędzi wzgórza, zamykając wewnątrz niewielki dziedziniec, przy którym stanęły dwa budynki po przeciwnych stronach – północny i południowy – oraz przylegająca do północnego czteroboczna wieża. Nieco później, zapewne w XV wieku, na skale górującej nad podzamczem wzniesiono kolejną wieżę – zwaną Prochową – która pilnowała zachodniego przedpola zamku i drogi dojazdowej. W ten sposób Hrubá Skála zyskała obronę, której nie powstydziłby się żaden rycerz, choć – jak to zwykle bywało – wystarczyło kilka stuleci, by okazała się ona równie efektowna, co niepraktyczna.

Podczas XVI-wiecznej przebudowy wzdłuż zachodniej kurtyny murów wzniesiono długi budynek z wieżą bramną, nadając całości kształt bardziej reprezentacyjny niż obronny. Zamek, przeobrażony w duchu renesansu, przybrał formę trójskrzydłowego pałacu, który z biegiem stuleci — po kolejnych modernizacjach, najpierw po pożarze w 1710 roku, potem w połowie XIX wieku — zyskał cechy eklektyczne, jakby każda epoka chciała zostawić na nim własny podpis.

STAN OBECNY
Dziś trapezowy dziedziniec otaczają z trzech stron budynki z pseudogotycką fasadą i renesansowym sgrafitem, a nad całością dominuje smukła wieża północnego skrzydła z galerią widokową – przestrzenią stworzoną już nie do czuwania, lecz do podziwiania. Do zamku prowadzi kamienny most przerzucony nad wąwozem, ozdobiony barokowymi rzeźbami świętych Floriana i Wawrzyńca z 1725 roku — jedynych strażników, którym przez wieki udało się tu zachować swoje miejsce.


Zamek Hrubá Skála, wraz z pobliskim Valdštejnem i łączącym obie warownie skalnym miastem Hruboskalsko, należy dziś do najbardziej rozpoznawalnych miejsc w regionie zwanym Czeskim Rajem – krainie, w której natura i historia od dawna żyją w zgodnej symbiozie. Miejsce to cieszy się niesłabnącą popularnością również wśród Polaków; w majowy weekend nietrudno odnieść wrażenie, że czeski raj bywa chwilami wyjątkowo polski.



Na dziedziniec wejść można bez biletu, lecz za wspinaczkę na wieżę przewidziano niewielką opłatę – około dziesięciu złotych (2022).
Zamek da się obejrzeć w niespełna 30 minut, lecz kto zechce zajrzeć także do skalnego miasta i pobliskiego Valdštejna, powinien zarezerwować przynajmniej cztery godziny – to okolica, której nie wypada traktować w biegu.

DOJAZD
Hrubá Skála leży w samym sercu trójkąta wyznaczonego przez trzy znane czeskie miasta – Mladą Boleslav, Jičín i Liberec – w odległości około 20–40 kilometrów od każdego z nich. Najbliższa stacja kolejowa znajduje się w Radvánovicach (Hrubá Skála, 2,5 km), skąd na zamek prowadzi niebieski szlak turystyczny.
U podnóża zamku mieści się parking – płatny, choć jeszcze bez opłaty klimatycznej.
Rowery można wprowadzić na dziedziniec – i to bez oblężenia.
WARTO ZOBACZYĆ
W światowym zagłębiu Škód, czyli w Mladá Boleslav, znajduje się miejsce, w którym nawet zapach oleju silnikowego ma już rangę dziedzictwa narodowego – muzeum poświęcone historii tej czeskiej marki i jej przodka, firmy Laurin & Klement. Trudno o lepszą lokalizację: to właśnie tu, w 1895 roku, dwóch panów z inicjatywą – mechanik Václav Laurin i księgarz Václav Klement – postanowiło, że skoro nie da się kupić porządnego roweru z Niemiec, to najlepiej zrobić własny. Z czasem z rowerów przesiedli się na motocykle, potem na samochody, aż w końcu stworzyli coś, co dziś zna cała Europa: Škodę – markę, która przez dekady udowadniała, że czeska solidność nie musi być szybka, by być skuteczna.



Samo muzeum mieści się w dawnych halach produkcyjnych – pięknie odrestaurowanych, z zachowanym duchem epoki, kiedy dźwięk silnika uchodził za muzykę postępu. Ekspozycja obejmuje około 340 pojazdów: od nieśmiałych prototypów i rajdowych potworów, po eleganckie limuzyny, które niegdyś woziły ministrów, a dziś wożą wspomnienia. Obok samochodów można zobaczyć także motocykle i rowery – te pierwsze przypominają, że nawet skromny początek potrafi mieć napęd.



Wystawa podzielona jest na trzy części: Ewolucję, Tradycję i Precyzję. Pierwsza opowiada o narodzinach marki i jej kolejnych wcieleniach, druga – o ambicjach sportowych i o tym, jak zmieniało się logo (częściej niż ustroje), a trzecia pozwala zajrzeć w warsztatową codzienność fabryki. Całość przygotowano z czeskim poczuciem porządku i lekkim przymrużeniem oka – w końcu to muzeum, które pamięta, że samochód ma przede wszystkim cieszyć, a nie moralizować.



To obowiązkowy przystanek nie tylko dla miłośników motoryzacji. Muzeum w Mladá Boleslav pokazuje, że Škoda nie jest już „czeskim autem”, lecz częścią europejskiej klasyki – choć wciąż z odrobiną tego wdzięku, który każe traktować sukces z przymrużeniem oka.



ZAMKI W CZECHACH
- Karlštejn – zamek cesarski Karlštejn z XIV w., 119 km